fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Szekspir rodem z Bollywood

Patrycja Soliman i Grzegorz Małecki w „Wiele hałasu o nic”. Wcześniej grali popisowo w „Ślubach panieńskich” Jana Englerta
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Gdyby nie wspaniały duet Patrycja Soliman i Grzegorz Małecki, o spektaklu Macieja Prusa najlepiej informowałby tytuł szekspirowskiej komedii: „Wiele hałasu o nic”
W przedstawieniu dobrych jest tylko kilku aktorów, scenografia, kostiumy i muzyka. Maciej Prus zrobił z komedii Szekspira teatr błahy, drętwy, staroświecki. Do tego naprawdę trzeba mieć antytalent, a po znakomitych inscenizacjach Krzysztofa Warlikowskiego – niesamowity tupet.
Narodowy po odbudowie, poczynając od „Króla Leara” Prusa, nie pokazał zresztą żadnego udanego szekspirowskiego spektaklu. Ale w „Ryszardzie II” Seweryna czy „Otellu” Olsten widać było przynajmniej zamysł interpretacyjny.
„Wiele hałasu o nic” nie usatysfakcjonuje nawet leniwych licealistów chodzących do teatru, by nie czytać lektur. Mądrość w stylu: „kto się lubi, ten się czubi” – tyczącą pary złośliwców, Beatrycze i Benedicka – znają z ludowego przysłowia.
Patrząc na księcia don Juana, można pomyśleć, że dzieci z nieprawego łoża to łajdaki pokroju Ryszarda III. Zrobią wszystko, by szczęśliwcom z legalnego związku dopiec, a nawet ich do grobu wpędzić. Ależ z tego Szekspira nietolerancyjna szuja! Na szczęście na koniec się zreflektował i napisał happy end jak w Bollywood.
Czym więc reżyser Teatru Narodowego zajmował się na próbach? Nagrano świetną modernistyczno-jazzującą muzykę Macieja Małeckiego. Na pewno ekipa techniczna pomyślnie ćwiczyła ustawianie dekoracji Marcina Jarnuszkiewicza. Jest znakomita. Scenograf żartobliwie strawestował formułę sceny pudełkowej charakterystycznej dla dawnego teatru. Oglądamy szarobiały karton wciśnięty spodem w głąb sceny, otwarty u góry ku widowni. Jarnuszkiewicz ponacinał ściany, tworząc drzwi i okien bez liku, by aktorzy mogli wejść na scenę, skąd się tylko da, i grać wszędzie na wyścigi ze światłem. Wkleił też w podwórzec messyńskiego pałacu dwa szklane balkony, uzyskując efekt współczesnego biurowca sir Normana Fostera, jaki stoi przy Narodowym.
Niestety, Maciej Prus nie wiedział, co zrobić z tak zaprojektowaną wolną przestrzenią. Markowany bal, a raczej podrygi skomponowane przez Emila Wesołowskiego, podkreśla bezradność reżysera. Jego pomysłem na ożywienie dwóch dużych sekwencji z księciem Don Pedro (dobry Artur Żmijewski) jest posadzenie aktorów na krzesłach. Arcyciekawy paradoks!
Z kolei balkon w głębi unieruchamia ruchliwego Grzegorza Małeckiego w czasie monologu. Aktor musi się tam czuć jak w klatce. Para Hero (Anna Grycewicz) – Claudio (Krzysztof Wieszczek) jest bezbarwna. Scena ze strażnikami śmieszy tylko chwilami, co przy znakomitym przekładzie Stanisława Barańczaka jest żartem dość ponurym.
Jest na szczęście Patrycja Soliman. Mówi Szekspira i gra zakochaną złośnicę z taką swobodą i naturalnością, że w jej Beatrycze Benedick Grzegorza Małeckiego musiał się zakochać po uszy. Małecki też czuje się na scenie jak ryba w wodzie. Po rewelacyjnych rolach w „Ślubach panieńskich” Englerta i „Opowiadaniach dla dzieci” Cieplaka wyszczuplał, jeszcze lepiej gra ciałem. Malajkatowi i Maciejowi Stuhrowi przybył w komedii konkurent. W ten sposób Maciej Prus odniósł sukces. Obsadowy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA