fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zima ludów

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek Mirosław Owczarek
Atak na prezydenta Klausa pokazuje, jak niecierpliwie socjaliści i zieloni poutykani głęboko w strukturach UE czekają na ograniczenie roli rządów narodowych na rzecz eurobiurokracji – pisze publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2008/12/11/tomasz-wroblewski-zima-ludow/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Dawno tak wielu nie obiecywało sobie tak wiele po tak trudnych czasach. Kryzys wyzwolił imponujące pokłady energii światowej lewicy. To nie jest już tylko samotna Naomi Klein zachwycona nadchodzącym kryzysem jako okazją do przebudowy architektury społecznej i politycznej świata. Przejrzyjmy zachodnie gazety, dział komentarzy i opinii z ostatnich dni. Roi się w nich od odważnych teorii ludzi do niedawna zapełniających najwyżej blogi skrajnie lewicowych stron akademickich, rzadko wychylających się poza "New York Times" czy "Die Tageszeitung".
[srodtytul]Wybuch lewicowego aktywizmu[/srodtytul] Z pozornie chaotycznych planów naprawy gospodarczej, ulicznych protestów, rewolucji klimatycznej, biurokratyczno-lewicowej wizji Europy i socjalnej przebudowy Ameryki jawi nam się całkiem składny obraz zimy ludów. Zamrażania ludzkiej energii i wolności rynkowych na rzecz wielkich projektów socjalizmu państwowego. Jak w każdej rewolucji najszybciej zmienia się semantyka. Słowa: interwencjonizm, renacjonalizacja, ekoindustrializacja, nieuniknioność zmian, o których Daniel Cohn-Bendit mówił na sławnym już "szczycie wykręcania ręki" w Pradze czeskiej, wypierają hasła: mniej państwa, więcej wolności. Wydarzenia w Grecji to najbardziej spektakularny wybuch lewicowego aktywizmu. Socjalistyczna i komunistyczna mniejszość próbuje wykorzystać niezadowolenie społeczne do obalenia większościowego rządu konserwatystów. To, czego nie udało się dokonać w wyborach, chcą wywalczyć na barykadach. Podobne scenariusze, niekoniecznie tak burzliwe, zobaczymy i w innych krajach borykających się z kryzysem. Lewica podpala, żeby później ratować z pożaru. Recesja, której źródeł należy szukać w nadmiernym interwencjonizmie amerykańskiego rządu, zaniechania reform rządów Europy Zachodniej mają być leczone jeszcze większym interwencjonizmem i ostatecznym pogrzebaniem reform rynkowych. Chora Grecja Śmierć 15-latka w Atenach była tym, co pociągnęło za spust, ale skala zamieszek to już dobrze zorganizowana akcja potęgowana rywalizacją w samej greckiej lewicy. Poststalinowskie ugrupowania walczą o wpływy z populistyczno-nacjonalistycznymi socjalistami. Zostawia to mnóstwo miejsca na starcia pomniejszych frakcji: anarchistów i zwykłego lumpenproletariatu upatrującego swojej szansy w każdej awanturze. Bezrobocie wśród greckich 20-latków sięga 21 proc. Całe pokolenie mieszka kątem u rodziców. Nie trzeba ich specjalnie zachęcać do wyjścia na ulice. Z jednej strony brak perspektyw, z drugiej – rodzice, którym coraz trudniej wiązać koniec z końcem. Grecja to też fantastyczny przyczynek do dyskusji o spóźnionych reformach rynkowych i wprowadzaniu euro na siłę. Podobnie jak obserwujemy to dziś w Polsce, tak i w Grecji decyzja o wejściu do strefy euro była mocno upolityczniona. Do tego stopnia, że nie zawahano się podrasować liczb. Rząd skłamał co do prawdziwej skali deficytu budżetowego. Zlekceważono poważne symptomy choroby, a później po przejęciu władzy przez konserwatystów zabrakło politycznej odwagi, by przeprowadzić reformy. Konserwatywny rząd Costy Karamanlisa unikał koniecznych cięć budżetowych, reformy systemu edukacyjnego, emerytalnego i służby zdrowia. W rezultacie Grecja ma dziś największy deficyt budżetowy w Europie (15 proc.), dług publiczny ponad 90 proc. wpływów do budżetu i największy procent złych kredytów w Unii. Sytuację pogarsza dodatkowo załamanie się ruchu turystycznego. Czy ratunkiem będzie przejęcie władzy przez socjalistów optujących za większym interwencjonizmem i wstrzymaniem reform? [srodtytul]Anioły spadają na ratunek [/srodtytul] Podobnych paradoksów mamy w Europie więcej. W kolejce czeka już Hiszpania. Po latach lewicowej dezynwoltury premiera José Luisa Zapatero kraj ma dziś 15-procentowe bezrobocie, na które nakłada się problem emigrantów. Rząd uciekał się do takich półśrodków jak opłacanie emigrantom z Ameryki Południowej drogi powrotnej do domu, ale dziś już widać, że ani budżet tego nie udźwignie, ani problem emigrantów sam nie zniknie. Po pierwszych zamieszkach w Barcelonie Hiszpania czeka na własny wybuch. Wielka Brytania, niegdyś wzór przezorności ekonomicznej i racjonalnych rządów, po latach rządów Partii Pracy ma przed sobą dość ponure perspektywy. Brak dyscypliny fiskalnej, rozbuchane struktury administracji i świadczeń socjalnych zaowocowały długiem narodowym przekraczającym bilion funtów, a Skarb Państwa zaciąga kolejne 500 miliardów na poczet interwencji w sektorze bankowym i wspomagania strategicznych gałęzi gospodarki. Z tej sumy 20 miliardów funtów pochłonie redukcja podatku VAT. Posunięcie w normalnych czasach godne liberała, niekoniecznie może być lekarstwem na zapaść w handlu. Nie ma pewności, czy sklepy przekażą oszczędności klientom, a nawet jeżeli, to czy będą one zauważalne gołym okiem. Niemiecki minister finansów Peer Steinbrück oburzony kolejnym planem topienia kryzysu w pieniądzach powiedział: "To fascynujące, że ci sami ludzie, którzy nigdy nie zatroszczyli się o redukcję deficytu budżetowego, teraz mówią, iż wyjściem z kryzysu będzie powrót do Keynesianismu". Czyli jeszcze większy deficyt. Ktoś mógłby dodać, że ci sami ludzie, którzy skutecznie blokowali wolnorynkowe reformy, teraz winą za kryzys obciążają kapitalizm i proponują antyrynkowe rozwiązania. To, co tak niepokoi rząd w Berlinie i kanclerz Angelę Merkel, francuski prezydent Nicolas Sarkozy i szef UE José Manuel Barroso uważają za trzon wielkiego planu ratowania Europy. Prezydent Francji już wyłożył 400 mln euro dla producentów samochodowych. Medialny książę Silvio Berlusconi mający na koncie wykupywanie za państwowe pieniądze długów Alitalii teraz chce ratować podupadające włoskie firmy samochodowe. Lewicowe rządy jak aniołowie spadają na podupadające przedsiębiorstwa i udzielają pomocy ludziom pracy. Historia jak z bajki, ale w prawdziwym życiu pieniądze nie biorą się z nieba. Rząd sam ich nie produkuje. Tylko je redystrybuuje. Każde 100 mln pomocy to co najmniej 140 milionów więcej w podatkach i długu publicznym. Według wyliczeń harwardzkiego profesora Johna Galbraitha, jednego z najwybitniejszych analityków skutków rządowego interwencjonizmu, średnio 40 proc. każdej państwowej inwestycji to koszt zaangażowania urzędników – nowe urzędy, szkolenia i co nieco dla innych agencji rządowych. [srodtytul]Układy z molochów [/srodtytul] Amerykański Kongres z 700 miliardów dolarów dla banków rozdysponował 150 mln na programy towarzyszące. Zbudował już biura i organy nadzorcze z sekretarkami, samochodami i kontraktami, zanim cokolwiek drgnęło w ekonomii. Włoski rząd przy okazji obrony Alitalii wywalczył lepsze warunki zatrudnienia i wcześniejsze emerytury dla pracowników naziemnych. Zarówno amerykański Kongres, brytyjski premier Gordon Brown, jak i Nicolas Sarkozy zażądali od banków ograniczenia wynagrodzeń i bonusów dla menedżerów. Lepsze relacje ze związkami zawodowymi, populistyczne cięcia pensji – to wszystko może pomóc w następnych wyborach. Ale im większa pomoc państwa, tym większe zależności. Uratowane korporacje muszą się zgodzić na większą ingerencję państwa. W ten sposób powstają potężne, półpaństwowe molochy. W równym stopniu oddziałujące na państwo, jak państwo na nie. Bardziej zajęte budowaniem dobrych relacji i układów niż mnożeniem zysków i rozwojem gospodarczym. Na czele konglomeratów zamiast głodnych pieniędzy menedżerów zasiadają biznesmeni z politycznego rozdania. Klasa sama w sobie. Może i mniej zarabiają, ale nie muszą się martwić o pozycję. Ich nikt nie rozliczy z braku wyników, kochanek na etacie, służbowych limuzyn i wakacji pod pozorem imprezy szkoleniowej. Przykładów nie brakuje we francuskich, włoskich czy hiszpańskich molochach samochodowych, telekomunikacyjnych. A ile razy w Polsce zadawaliśmy sobie pytanie: dlaczego w państwowych spółkach wciąż lądują ci sami ludzie zamiast prawdziwych menedżerów? [srodtytul]Wielka przebudowa[/srodtytul] Zamiast rozwoju gospodarczego mamy uwłaszczającą się grupę uzależnionych od państwa menedżerów. Grupę podatną na hasła lewicy, dla której od dobrobytu jednostki, konkurencyjności i wolnego rynku ważniejsza jest sztuczna architektura państwa, która będzie odpowiadała wyimaginowanym wzorcom sprawiedliwości. Im więcej szczytnych ideałów wpisywanych jest w pseudo reformy, tym trudniej obronić dotychczasowy system gospodarczy. Rewolucja klimatyczna, redukcja emisji CO2 na niespotykaną w historii skalę (pomijając już mocno wątpliwe przesłanki naukowe) jest w rzeczywistości częścią wielkiej lewicowej przebudowy. Zarówno prezydent elekt Barack Obama, jak i Nicolas Sarkozy mówią o wykorzystaniu recesji do przestawienia przemysłu na ekologiczne tory. Jak każde rewolucyjne hasło, to też brzmi seksownie. Gorzej, kiedy zaczynamy się pochylać nad liczbami i zadawać politycznie niepoprawne pytania. Jak to możliwe, że wszystko to, na co nie było nas stać w czasach prosperity, teraz nagle ma nam się opłacić. Nie stworzyliśmy wielkiej infrastruktury dla energii alternatywnej w czasach, kiedy moce przerobowe tradycyjnych elektrowni były na wyczerpaniu. Dlaczego? Bo ani wiatraki, ani biomasy, ani słońce nie były na tyle efektywne i na tyle tanie, żeby ktoś zechciał w to inwestować. Nie przestawiliśmy samochodów na prąd, w czasach gdy ropa kosztowała 150 dolarów za baryłkę, bo nikomu się to nie opłacało. Jakim zatem cudem będzie się to opłacało teraz, kiedy ropa kosztuje 40 dolarów za baryłkę, a nowe źródła tego surowca wciąż są odkrywane? Żaden z tych projektów nie wytrzyma presji deficytów budżetowych na świecie. Dla wielkich korporacji opłaty za nadprodukcje dwutlenku węgla w czasach recesji będą gwoździem do trumny. To pchnie je w ramiona państwa, a raczej Unii Europejskiej, bo żadne państwo samotnie takim kosztom nie podoła. Unii Europejskiej, czyli wszystko regulujących komisji. Jeszcze jeden wielki krok w stronę nowego ustroju zachodniej cywilizacji. [srodtytul]Unieważnić głos większości [/srodtytul] Do tego potrzebny jest jednak traktat lizboński oddający więcej władzy w ręce Brukseli. Stąd też niepokój w szeregach lewicowych elit. Sławne już praskie spotkanie i bezprecedensowy atak na prezydenta Vaclava Klausa pokazuje, jak niecierpliwie socjaliści i zieloni poutykani głęboko w strukturach UE czekają na ratyfikację i ograniczenie roli rządów narodowych na rzecz eurobiurokracji. To, czego nie daje się przeprowadzić w wolnych wyborach, trzeba wymusić nakazami. Kryzys wygląda coraz groźniej, lewica ma powody do zadowolenia, ale wciąż nie ma pewności, że zdoła przeforsować swój model państwa. Obecne spotkanie na szczycie w Brukseli może jeszcze pokrzyżować plany wielkiego lewicowego projektu. Niemcy wystraszone kosztami socjalnych apetytów Francji, Wielkiej Brytanii i Hiszpanii mogą zgodnie ze słowami Angeli Merkel wycofać swoje poparcie i odwołać się do interesów wyborców. W najbliższym czasie spodziewajmy się więcej demonstracji lewicowego zniecierpliwienia. To pewnie przypadek, ale po drugiej stronie oceanu, w Kalifornii, gdzie w referendum odrzucono prawo do małżeństw homoseksualnych, zawiązał się nowy lewicowy ruch społeczny – wolnego wyboru. Obrońcy praw mniejszości seksualnych planują masowe demonstracje, moralny szantaż mediów i konserwatywnych polityków – wszystko w nadziei, że w maju Sąd Najwyższy Kalifornii będzie zmuszony unieważnić głos większości wyborców. [i]Autor jest publicystą, był m.in. redaktorem naczelnym tygodnika "Newsweek Polska" oraz wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA