fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Zastraszyć historyków

Który z historyków, po zaszczuciu Cenckiewicza, podejmie się ryzyka uczciwego opisania wydarzeń z najnowszej historii, narażając się najbardziej wpływowym środowiskom w Polsce? – pyta publicysta „Rzeczpospolitej” Bronisław Wildstein
Cenzorzy naszej pamięci wygrali kolejną rundę. Trudno inaczej ocenić wymuszenie odejścia z IPN historyka Sławomira Cenckiewicza, współautora książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”. Nagonka rozpętana przez „Gazetę Wyborczą” i podchwycona przez inne ośrodki opiniotwórcze przeciw IPN i książce, którą odważył się wydać, była powtórką z podobnych akcji typowych dla lat 90. Jej charakter definiował list protestujący przeciw wydaniu książki jeszcze przed jej publikacją, a podpisany przez „autorytety”, które jej treści nie znały, co nie przeszkadzało im się na nią oburzać.
Nikt nie zakwestionował faktów przytoczonych przez autorów pracy o Wałęsie ani nie zarzucił im metodologicznych błędów. Dwóch historyków, którzy wzięli na siebie rolę oskarżycieli: Andrzej Friszke i Paweł Machcewicz, nie zrobiło tego również. Zarzucali Cenckiewiczowi i Gontarczykowi jednostronność i publicystyczność.
Publicystyczność owa polegała na analizie debaty publicznej, jaka trwała w III RP na temat uwikłania Lecha Wałęsy we współpracę z SB. Odtwarzanie istotnych dyskusji publicznych jest ważnym elementem historii, o czym wiedzą również wymienieni historycy. „Jednostronność” wytykana autorom polegała na dokonanym przez nich wyborze tematu, w sposób oczywisty istotnego, gdyż budzącego wielkie społeczne kontrowersje. Atakowanie ich za to, że nie napisali wyczerpującej biografii Wałęsy, jest zarzutem zdumiewającym. Nie to było ich celem.
Można oczywiście dyskutować nad rozłożeniem akcentów, możliwymi interpretacjami itp., dyskusja ta i krytyka nie może jednak doprowadzić do dezawuowania książki. Tylko, że z książką i jej autorami nie prowadzono dyskusji. Dziesiątki dziennikarzy, którzy nagle odkrywali w sobie kompetencje historyków, odsądzali Cenckiewicza i Gontarczyka od czci i wiary, często zresztą powołując się na Friszkego i Machcewicza i przytaczając ich nieistniejące opinie. Przyznać trzeba, że historycy ci stworzyli jednak aurę, w której można ich było wykorzystywać w nagonce, a do książki mieli negatywny stosunek, zanim się z nią zapoznali.
Atak na autorów książki o uwikłaniach Wałęsy, który polegał głównie na mnożeniu epitetów i pomówień, był próbą rozprawienia się z IPN. Nie chodziło w nim ani o Wałęsę, ani o książkę. Gra toczyła się o IPN i o dostęp do naszej współczesnej historii.
Lata 90. to czas monopolu na obraz naszych najnowszych dziejów sprawowanego przez część byłej antypeerelowskiej opozycji. Emanacją tej grupy była „Gazeta Wyborcza” i sprzymierzone z nią środowisko postkomunistyczne. Manifestem tego stanu rzeczy był artykuł Włodzimierza Cimoszewicza i Adama Michnika apelujący o przyjęcie obowiązującej wykładni historii współczesnej, która byłaby efektem porozumienia środowisk obu autorów. Tekst ten wywołał protest nawet w redakcji gazety Michnika.
Wezwanie do zadekretowania historii dużo mówi o atmosferze intelektualnej tamtych lat. Powstanie IPN, który zaczął badać najnowsze losy Polski, przełamując monopol dominującego środowiska opiniotwórczego i nie pytając o zgodę „autorytetów”, wywołało popłoch i oburzenie. Książka traktująca o najbardziej kontrowersyjnym aspekcie naszej najnowszej historii stała się dogodnym pretekstem do próby rozprawienia się z niebezpiecznym instytutem.
Walka z IPN toczona jest od momentu jego powstania, a nasileniu uległa, od kiedy prezesem został niepodatny na środowiskowe naciski prof. Janusz Kurtyka. Pojawiło się dzielenie historyków polskich na historyków IPN i historyków po prostu, a sam instytut usiłowano naznaczyć piętnem podobnym temu, którym w PRL naznaczano Radio Wolna Europa.
Znamienne, że środowisko, które „wzięło w obronę” Lecha Wałęsę, swojego czasu nie pozostawiało na nim suchej nitki. Dziś nie znajduje miary w bałwochwalstwie. Traktując poważnie owe wypowiedzi, musielibyśmy uznać, że Wałęsa indywidualnie obalił komunizm i ofiarował nam wolność. W rzeczywistości „SB a Wałęsa” nie kwestionuje roli lidera „Solidarności” w naszej najnowszej historii.
Atak na autorów książki o Wałęsie, który polegał na mnożeniu epitetów i pomówień, był próbą rozprawienia się z IPN
Zresztą do swojego uwikłania we współpracę z SB Wałęsa przyznawał się parę razy, w sposób charakterystyczny dla siebie, czyli poplątany i niekonsekwentny. Potem odwoływał swoje słowa. Najbardziej wymowne było to w 1992 roku, gdy znajdując swoje nazwisko na „liście Macierewicza”, w depeszy PAP Wałęsa przyznał się (niekonkretnie) i przeprosił za swoje postępowanie, aby po zorientowaniu się w układzie sił, tego samego dnia, wyprzeć się wszystkiego.
Zwykli Polacy podeszli do sprawy z rozsądkiem. Badania statystyczne pokazały, że w większości przyjmowali fakty mówiące o czasowej współpracy Wałęsy z SB, a jednocześnie uznawali jego wielką rolę w obaleniu komunizmu. To „obrońcy” usiłowali zaprezentować sprawę tak, jakby rewelacje zawarte w książce odbierały liderowi „Solidarności” jego historyczną rolę.
W całej sprawie mieliśmy do czynienia ze stężeniem hipokryzji typowym dla kampanii nienawiści organizowanych przez „Gazetę Wyborczą” w minionych latach. W imię walki z oszczerstwami – rzucano oszczerstwa, w imię walki z nienawiścią – usiłowano zaszczuć myślących inaczej. Gdyby zaś spróbować wyłuskać racjonalne ziarno owych ataków, należałoby przyjąć, że o pewnych sprawach i osobach całej prawdy mówić nie wolno, gdyż zaszkodzi to naszemu wizerunkowi, a ogólnie jest niepedagogiczne.
Głosili to ci, którzy nawołują, aby nie budować „narodowych kapliczek”, a do dziejów własnego narodu podchodzić krytycznie. Wbrew pozorom nie jest to sprzeczne. Chodzi o kontrolę nad przeszłością, która przekłada się na władzę nad teraźniejszością. I chodzi o to, aby to oni sprawowali tę kontrolę.
Spektakl zaszczuwania niepokornych historyków i dewastowania jednej z ważniejszych instytucji naszego życia publicznego był odrażający. Zwłaszcza że obok organizatorów brały w nim udział całe zastępy pożytecznych (dla nich) idiotów, którzy bezmyślnie powtarzali absurdalne tezy oraz pomówienia i w owczym pędzie licytowali się w oskarżeniach. Teraz świętują triumf. Jak przekłada się to na nasze życie publiczne?
Ilu historyków podejmie dziś badanie naszych najnowszych dziejów? Prawdziwe badanie, które nigdy nie sprowadza się do pisania panegiryków i hagiografii. Właśnie mija 20 lat od pierwszych rozmów w Magdalence, których zwieńczeniem był Okrągły Stół. Igor Janke w internetowym Salonie 24 narzekał, że nie obchodzimy tych rocznic. Może jednak warto by wcześniej dokonać ich nieco bardziej wnikliwej analizy.
Opowieści o Okrągłym Stole rozpięte są między dwoma stereotypami: objawienia dziejowego rozumu i zdrady narodowej. Tymczasem mieliśmy do czynienia ze skomplikowanym procesem historycznym, w którym przegrywająca formacja komunistyczna, wykorzystując swoją uprzywilejowaną pozycję i bez porównania pełniejszą wiedzę, usiłowała zachować możliwie dużo ze swojej władzy. Z drugiej strony występowała heterogeniczna koalicja antysystemowej opozycji, którą rozdzierały różne orientacje, projekty polityczne i interesy; opozycji w pewnym stopniu infiltrowanej przez władze.
Do dziś nie mamy żadnej monografii na ten temat, tak jak na temat innych kluczowych wydarzeń naszej najnowszej historii. A materiałów na ten temat, właśnie w IPN, znajduje się już sporo. Który z historyków podejmie się jednak ryzyka opisania tych wydarzeń, narażając się najbardziej wpływowym środowiskom w Polsce, uznającym, że o dziejach ich i ich bohaterów pisać można jedynie na kolanach? Kto narazi się na nagonkę, której przykład mieliśmy ostatnio?
Kampania zastraszania przynosi rezultaty.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA