Publicystyka

Tajemnica popularności Platformy

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Deklarowanie sympatii dla Platformy sytuuje osobę głoszącą takie poglądy w gronie oświeconych i rozumnych. Głosowanie na „czerwonego” lub na „faszystów” to obciach i wstyd – pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego
Niedawno w „Rzeczpospolitej” opisałem, jak bardzo wyborcy Platformy mają prawo czuć się rozczarowani rocznymi rządami tej partii. Dotyczy to wszystkich właściwie grup społecznych, które w październiku ubiegłego roku poparły formację Donalda Tuska – zarówno tych, którzy chcieli gwałtownej modernizacji i liberalizacji kraju, jak i tych, którzy chcieli „dorżnięcia watah PiS, rozliczeń z poprzednią ekipą i likwidacji instytucji i zwyczajów tzw. IV RP”. Dlaczego zatem, rodzi się pytanie, Platforma ma tak wysokie poparcie? Dlaczego, jeśli jest tak źle, jest tak dobrze? Dlaczego grupy społeczne, które powinny być rozczarowane rządami PO, wciąż ją popierają?
Zacznijmy od oczywistości – Platforma jest dla nich bezalternatywna. Nawet jeśli opadł już ich entuzjazm dla niej, który udzielił się im zaraz po obaleniu „reżimu Kaczyńskich”, to nie mają innej partii, którą mogliby obdarzyć zaufaniem. Bo co mogą zrobić? Przerzucić swoją sympatię na PiS? Za wcześnie na to, zbyt świeża jest pamięć o jego rządach. Na SLD? Ten sam powód. Obie formacje walczą z przylepionymi im etykietkami – PiS nie może pozbyć się łatki formacji oszołomskiej, inkwizytorskiej, autorytarnej, obciachowej i prymitywnej. Wciąż pokutuje stereotyp wypracowany przez PO w czasie kampanii wyborczej, opisujący ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego jako reprezentanta ciemnogrodu, Polski B, nieudaczników i frustratów. Z kolei SLD nie może się wyzwolić od swego emploi z czasów afery Rywina i afery starachowickiej. Wciąż postrzegany jest jako partia złodziei i przestępców. Może więc wyborca PO mógłby zagłosować na kogoś innego? Konkurencyjne formacje prawicowe (np. Polska XXI) są dopiero w budowie i ich ewentualna walka o zawiedzionego wyborcę Platformy to dopiero pieśń przyszłości. Dlatego nawet jeśli dzisiejszy zwolennik PO widzi, że rządy tego ugrupowania dalekie są od tego, co obiecywano w kampanii wyborczej, to i tak partia ta zasługuje na poparcie z braku jakiejkolwiek akceptowalnej alternatywy. To jak w sporcie, nie trzeba być dobrym – wystarczy być najlepszym. Po drugie – opozycyjne wobec PO formacje były do niedawna w poważnych wewnętrznych kłopotach. W PiS miał miejsce bunt części polityków pod przywództwem Ujazdowskiego, Zalewskiego, Polaczka i Sellina, zakończony ostatecznie ich secesją. Dopiero od niedawna partia powtórnie jest powolna swemu prezesowi i może skupić się na walce z rządem, a nie na rozwiązywaniu wewnętrznych problemów. Tuska chwali się zarówno wtedy, gdy chce kierować do Sejmu jak najmniej projektów ustaw, bo nasze życie jest przeregulowane, jak i wtedy, gdy zapowiada, że jesienią rząd zasypie parlament ustawami Podobnie w SLD – ledwie przed paroma tygodniami zakończyła się wyniszczająca rywalizacja Olejniczka z Napieralskim, która osłabiała całą formację i gorszyła lewicowych wyborców, nieprzywykłych do takich sytuacji. Te turbulencje w obu formacjach opozycyjnych musiały się odbić na ich mniejszej skuteczności w walce z głównym ugrupowaniem rządowym. Trzecim powodem wciąż dużej popularności PO jest przychylność ogromnej części mediów, zwłaszcza elektronicznych. Pisałem już o tym wielokrotnie (także na łamach „Rzeczpospolitej”), więc ograniczę się tutaj jedynie do lapidarnego powtórzenia, że bardziej niźli interesami szefów korporacji medialnych czy innymi ukrytymi przyczynami, sytuacja ta spowodowana jest faktem, iż większość dziennikarzy jest młoda, dobrze sytuowana, lepiej wykształcona i mieszka w dużych miastach, a to – w sposób naturalny – czyni ich elektoratem Platformy. Po prostu poglądy i program tej partii jest najbliższy myśleniu większości dziennikarzy i dlatego są wobec niej mniej krytyczni niż np. wobec Samoobrony czy PiS. Dlatego też Tusk i jego koledzy są traktowani bardziej ulgowo niż ich poprzednicy, a tym samym do społeczeństwa dociera ich bardziej pozytywny obraz. Łezka się w oku kręci na wspomnienie tych, którzy jeszcze za rządów PiS twierdzili, że rolą dziennikarzy jest być w opozycji. Ten głupawy pogląd (głupawy, bo media nie powinny być ani za rządem, ani przeciw niemu, lecz winny być po stronie prawdy – tylko tyle) dzisiaj już nie obowiązuje, a jego głosiciele bardzo często przejawiają zadziwiającą wyrozumiałość wobec grzeszków polityków partii rządzącej. Platformersom wybaczane jest o wiele więcej niż ich przeciwnikom. Żucie gumy przez premiera na spotkaniu z Angelą Merkel jest jedynie powodem do żartów, natomiast niezauważenie w porę jej wyciągniętej ręki przez prezydenta „ośmiesza nas na arenie międzynarodowej”. Marszałkowi Bronisławowi Komorowskiemu nie wypomina się, że Norwegię zaliczył do państw UE, ale przekręcenie przez Lecha Kaczyńskiego nazwisk piłkarzy jest tematem do kpin najpoważniejszych żurnalistów w kraju. Ze zrozumieniem przyjmuje się zarówno twierdzenia premiera Tuska sprzed czterech miesięcy, że chce on kierować do Sejmu jak najmniej projektów ustaw, bo nasze życie jest przeregulowane, jak i obecne przechwałki, że w październiku rząd zasypie parlament ustawami. W obu przypadkach pochwały wielu dziennikarzy są zapewnione. Obsadzanie stanowisk w zarządach i radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa oraz wszelkich możliwych agencjach krewnymi, partyjnymi kolesiami lub skaptowanymi do współpracy politycznymi odpadkami (przypadek Marka Dyducha w Dolnośląskiem i działaczy Samoobrony w Lubuskiem, którzy zostali wynagrodzeni ciepłymi synekurami w zamian za poparcie PO w sejmiku) to jedynie zjawisko do umiarkowanej krytyki. Ale nagrana rozmowa Renaty Beger z Adamem Lipińskim, w której ten ostatni… odmawiał działaczce Samoobrony stanowiska wiceministra, odmawiał także wstrzymania wobec niej procesów sądowych i rozważał jedynie teoretycznie możliwość wyłożenia za nią środków z Kancelarii Sejmu do czasu zakończenia procesów o tzw. czeki in blanco – otóż to było nazwane taśmami prawdy, stanowiło podstawę do kilkutygodniowej histerii na temat korupcji politycznej i pozwalało na snucie opowieści o końcu demokracji w Polsce. Oprócz przychylności świata mediów przyczyną popularności PO jest także poparcie w środowisku liderów opinii. Dziś partia Donalda Tuska spełnia tę rolę, którą przez lata spełniała UD/UW – to znaczy formacji wyznaczającej styl i smak. Przez lata duża część naszego społeczeństwa snobowała się, głosując na partię Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Geremka. W dobrym tonie było przyznawanie się do sympatii wobec tego ugrupowania, natomiast obdarzanie zaufaniem takiego na przykład PC czy ZChN to był totalny obciach. Najlepiej przejawiało się to w badaniach społecznych, w których do głosowania na UW przyznawało się zazwyczaj dwa razy więcej osób, niż miało to miejsce w realnych wyborach. Dzisiaj mamy do czynienia z analogiczną sytuacją – głośne deklarowanie sympatii dla Platformy jest w dobrym tonie i sytuuje osobę głoszącą takie poglądy w gronie oświeconych i rozumnych, podczas gdy deklaracja chęci głosowania na PiS czy SLD skutkuje utratą miana inteligenta lub nawet osoby dobrze wychowanej. Wiadomo bowiem, że głosowanie na „czerwonego” lub na „faszystów” to obciach i wstyd. Wyborcy – przyznając się do swych proplatformerskich sympatii – stają się w swoich oczach częścią wykształconego, cywilizowanego i kulturalnego Zachodu. Nie ma znaczenia, że ludzie Platformy są często bardzo chamscy – nazywają swych przeciwników matołkami, osłami, frustratami, dewiantami, bydłem, kretynami, kurduplami, karłami, durniami. Publicznie sugerują swym oponentom homoseksualizm i alkoholizm, a o perspektywie tańca z Marią Kaczyńską mówią, że „już są na to nagrzani”. Mimo to głosowanie na PO czyni głosującego, w jego własnej opinii, kimś lepszym. To ważne zwycięstwo tej partii w walce na wizerunki (czy narracje, jakby powiedział Eryk Mistewicz). Ten polityczno-towarzyski snobizm także pompuje notowania PO. Partia Donalda Tuska zyskuje w sondażach popularności także dlatego, że unika jak ognia jakiegokolwiek starcia społecznego. Schodzi z linii ciosu prawie każdej grupie społecznej lub grupie interesu, opiniotwórczemu środowisku czy też potężnym instytucjom. Nie chce wchodzić w zwarcie w celu realizacji jakiegoś ambitnego zadania i celu. Dlatego ustępuje wszędzie tam, gdzie tylko jest to możliwe, i to bez względu na to, czy przeciwnikiem są nauczyciele akademiccy, rolnicy ubezpieczeni w KRUS, współkoalicjant czy urzędnicy unijni. Jedynym przeciwnikiem, z którym chętnie wchodzi w konflikty, a nawet je celebruje i dba o ich temperaturę, jest nielubiany przez większość Polaków Lech Kaczyński. W tym tkwi następna przyczyna popularności PO – umiejętne rozgrywanie emocji społecznych i wskazywanie winnych swojej inercji i błędów. Najczęstszym obiektem tego typu zabiegów jest właśnie prezydent – to jego Platforma oskarża o niemożność realizowania swoich obietnic wyborczych. Weto prezydenckie stało się wygodnym alibi dla słodkiej maňany, w której tkwi rząd. Bo jeśli jakieś pomysły rządu mają spotkać się z owym wetem, to po co w ogóle zabierać się do czegokolwiek? Wyborcy PO mogą więc spokojnie wytłumaczyć sobie opieszałość gabinetu Tuska w spełnianiu obietnic destruktywną rolą Lecha Kaczyńskiego i opozycji. To, że prezydent w ciągu roku zawetował zaledwie parę ustaw nie ma tu nic do rzeczy. Został on obsadzony przez rządowych speców od PR w roli wielkiego hamulcowego i to wystarcza. A jeśli nie, to zawsze można winę zwalić na niekonstruktywną opozycję. Gra emocjami, znajdowanie czarnego luda i zastępczych kozłów ofiarnych (jak w przypadku Wojciecha Jasińskiego), skuteczne zrzucanie odpowiedzialności na innych – to także pomaga Platformie. I wreszcie – premierowi i jego kolegom w sukurs idzie w miarę dobra koniunktura ekonomiczna. Gdyby bezrobocie rosło, i nie było wzrostu gospodarczego, wiele powyższych zabiegów i manewrów nie byłoby skutecznych. Ale jeśli mamy niezłą sytuację makroekonomiczną, to jest czas na wojnę podjazdową z prezydentem, unikanie reform itp. Polacy wciąż grillują – by użyć sformułowania Pawła Śpiewaka – chcą odpoczynku po burzliwych rządach poprzedniej koalicji, pragną cieszyć się przypływem gotówki w ich portfelach, delektują się atmosferą miłości zaproponowaną im przez obecną ekipę rządową. W razie jakichś zawirowań w polityce światowej lub gwałtownego kryzysu gospodarczego mogłoby się to dramatycznie zmienić i być może przyszedłby czas na polityków mniej sympatycznych, za to bardziej stanowczych. Tego typu zagrożenia widać jednak dopiero na horyzoncie i przeciętny Kowalski nie jest ich świadom. Koniunktura światowa także, jak widać, sprzyja PO, ale tak to już jest w polityce, że – podobnie jak w życiu – trzeba mieć trochę szczęścia. Platforma ma go sporo.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL