Lekkoatletyka

Najpierw trzeba się wykazać, a potem oczekiwać na wsparcie

Fotorzepa, Roman Bosiacki
Asafa Powell, były rekordzista świata w biegu na 100 m, przed dzisiejszym startem w Szczecinie
Czy sądzi pan, że wreszcie zostanie pierwszym sprinterem, który w Polsce przebiegnie 100 m poniżej 10 sekund?
Asafa Powell: Podczas poprzednich dwóch mityngów w Warszawie było bardzo zimno i mokro, obawiałem się wtedy trochę o swoje nogi. Teraz jest inaczej – to jest mój ostatni start w tym roku. Mogę obiecać, że dam z siebie wszystko, by dobrze zakończyć sezon i pokonać tę granicę właśnie w Szczecinie. Jak wpływa na pana obecność Usaina Bolta na torze obok? Wydaje się, że bez niego biega pan znacznie lepiej.
To nieprawda. Najlepszy bieg w tym sezonie miałem w Brukseli, właśnie gdy biegłem z Boltem. Czas może nie był rewelacyjny – 9,83, ale biegliśmy pod wiatr 1,8 m na sekundę i przegrałem bardzo niewiele. Najlepszy wynik miałem w Lozannie – 9,72, ale to wcale nie był mój najlepszy bieg. Zapowiedział pan, że w przyszłym roku ktoś pobiegnie 100 m w 9,5 sekundy. Miał pan na myśli konkretnego sprintera? Sądzę, że w 2009 roku ja i Usain Bolt będziemy w bardzo dobrej formie i może któryś z nas osiągnie taki wynik. Nie wykluczam jednak, że może zjawić się ktoś trzeci, kto ustanowi nowy rekord świata. Przecież rok temu nikt nie słyszał o Bolcie. Czy 9,5 sekundy to dla pana granica możliwości człowieka na 100 metrów? To przede wszystkim granica dla mnie. Kiedyś myślałem, że nie jestem w stanie pobiec tak szybko, że 9,7 to koniec moich możliwości, ale dziś sądzę, że mogę trochę przesunąć ten wynik. Co będzie dalej, trudno powiedzieć. Czy w Pekinie bardziej pana zaskoczyły zwycięstwa Bolta, czy słabsza forma Tysona Gaya? Odpowiedź jest prosta – Bolt sprawił największą niespodziankę nie tylko w lekkiej atletyce, ale w całych igrzyskach. Wiedzieliśmy, że Gay był wcześniej kontuzjowany, jego porażka była przewidywalna. Jak pan reaguje na opowieści, że o sukcesach nowego rekordzisty świata i mistrza olimpijskiego decyduje jedzenie kurczaków z McDonalda lub słodkich patatów z Jamajki, jak twierdzi jego ojciec? Mówię, że nie jestem Usainem Boltem, i jem to, co chcę. Jak na Jamajce działa system wspierania lekkoatletów przez państwo? Są tacy, którzy mają stypendia, i tacy, którzy muszą liczyć tylko na kontrakty ze sponsorami. Uważam, że nie należy się oglądać na państwo. Nie od tego się zaczyna. Trzeba działać od drugiej strony – najpierw się wykazać, a potem oczekiwać na wsparcie. Najważniejsze jest zawsze to, co chcesz dać z siebie. Ma pan jakiś sposób na stresy związane ze startami? Najlepsze dla mnie są dobre relacje z przyjaciółmi, zwłaszcza z tymi, z którymi trenuję. Po biegu zawsze mogę z nimi pogadać, to wystarczy, by zapomnieć o stresie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL