fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Ambitny saksofonista potrafi zabawić

Rzeczpospolita
Kenny Garrett pokazał, że potrafi grać trudne improwizacje. Ale publiczność nie puszczała go ze sceny
Kilkunastominutowa improwizacja amerykańskiego saksofonisty w stylu Johna Coltrane’a otworzyła 17. edycję festiwalu Warsaw Summer Jazz Days.Ekspresyjny początek zwiastował muzykę, którą jazzfani znają dobrze z płyt Kenny’ego Garretta. Intensywną, pełną zawiłych nut, a przede wszystkim bezkompromisową w wyrażaniu emocji.
Muzyk, balansując ciałem, podnosił saksofon ponad głowę, co jeszcze dodawało muzyce dynamiki. Kiedy po kilku minutach takiej ekwilibrystyki stwierdził, że muzyka nie ma jeszcze odpowiedniej temperatury, odwrócił się do sekcji rytmicznej, pokazując, że potrzebuje mocniejszego wsparcia. I otrzymał je. Rytm zgęstniał i przyspieszył, dodając soliście skrzydeł. O to mu chodziło, bo wtedy wspiął się na wyżyny jazzowej improwizacji. Co było zaskakujące, to monotonny, funkowy puls, rzadko stosowany w muzyce jazzowej wywodzącej się z głównego nurtu.
To był początek według recepty Hitchcocka: film zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rośnie. Tyle że później oglądaliśmy już inny film. Garrett postanowił odpocząć w spokojniejszych utworach i ten nastrój lepiej pasował do sielskiej atmosfery panującej w parku przy Królikarni. Większość słuchaczy rozsiadła się wygodnie na trawie, tylko po bokach placu stały galerie bardziej wytrwałych słuchaczy. Wśród nich był Tomasz Stańko, którego często można zobaczyć na jazzowych koncertach. Niektórzy przyszli całymi rodzinami, z dziećmi i psami, rozłożyli koce. Z dala od sceny dwie rodziny konsumowały spokojnie wspólną kolację przyniesioną w koszykach.
Koncert kwartetu Kenny’ego Garretta miał trzy części. Po niezwykle ambitnym wstępie nastąpiła część funkowa, w której artysta usiadł przy elektronicznej klawiaturze. Jak na saksofonistę okazał się dobrym pianistą, ale grał zbyt długo. Przecież wszyscy przyszli posłuchać jego saksofonu. Wreszcie krzyknął: „Czy jesteście szczęśliwymi ludźmi? To wstańcie wszyscy!”. I zaintonował swój przebój „Happy People” z albumu pod tym samym tytułem. Publiczność zawrzała i wtedy zaczęła się zabawa. Kiedy już się wydawało, że to ostatnie dźwięki, Garrett pytał: Czy chcecie jeszcze raz? A ponieważ nie mogło być innej odpowiedzi niż twierdząca, powtarzał chwytliwe frazy tematu bez końca. Publiczność podeszła bliżej sceny, zaczęły się tańce, zupełnie jakby to nie był jazzowy koncert.
Rzadko się zdarza, by artysta tej klasy zagrał tak zróżnicowany stylistycznie koncert. Ale dzięki temu wszyscy się doskonale bawili.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA