fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Rosja: bój się nas, Europo

AFP
Wydawało się, że jedyną gwiazdą rosyjskiej drużyny jest Guus Hiddink. Do meczu ze Szwecją, gdy pierwszy raz piłki dotknął Andriej Arszawin
Tylko po awansie Turków klaksony trąbiły głośniej. W środę niedługo przed jedenastą w nocy zaczęła się szalona jazda ulicami Moskwy i wszystkich innych miast, w których byli Rosjanie i ich samochody. Kibice rzucali się z radości nawet na mundurowych na służbie. „Nareszcie!” – wybił wielkimi literami na pierwszej stronie „Sport Express”.
To jest rok w Rosji: najpierw wygrana walka o zimowe igrzyska w Soczi w 2014, potem Puchar UEFA dla Zenitu Sankt Petersburg, mistrzostwo świata hokeistów, a teraz awans do drugiej rundy mistrzostw Europy. Pierwszy sukces w wielkim turnieju, od kiedy upadł Związek Radziecki.
Awans jest niespodzianką, ale jeszcze większą łatwość, z jaką zespół Hiddinka pokonał Szwedów. Wynik meczu mówi niewiele, zamiast 2: 0 mogło być 6: 0. „Od dwóch lat Hiddink nas przekonywał, że Rosjanie mają we krwi atak, że musimy grać agresywnie i ofensywnie. Nie wierzyliśmy mu. Myśleliśmy, że krew w naszych żyłach już prawie zamarzła. Aż przyszła godzina prawdy. Dziękujemy ci, trenerze. Wskrzesiłeś rosyjski futbol” – przyznaje się do niewiary „Sport Express”.
„Dopiero zagraniczny trener potrafił przypomnieć naszym piłkarzom znaczenie słowa patriotyzm. Zrozumieli, że nie jest ważne, kto nosi jakie buty i jak są dzielone premie. Liczy się tylko ciężka praca” – pisze „Sowiecki Sport”. W tytule wzywa: „A teraz dalej!”.
Dalej czeka Holandia: ojczyzna Hiddinka, najładniej grająca drużyna Euro, rywal, który dobrze się w Rosji kojarzy. W 1998 roku w walce o mistrzostwo Europy ZSRR wprawdzie przegrał z Holandią, a jedną z bramek strzelił Marco van Basten, ale z perspektywy dwudziestu lat suszy tamten awans do finału jest uważany dziś za wielki sukces. Rosjanie też zachwycają się grą piłkarzy Marco van Bastena w rundzie grupowej, jednak euforia po awansie bierze górę. „Bój się nas, Europo!” – krzyczy tabloid „Twoj Dień”.
Nie tylko on uważa, że to Holandia powinna się obawiać. „Rosja może jej sprawić bardzo niemiłą niespodziankę” – przewiduje „Svenska Dagbladet”, a „Dagens Nyheter” pisze nawet, że nie było wstydem przegrać z „rosyjską drużyną przyszłości”. „Nagle się okazało, że Brazylia też gra w Euro” – zachwyca się szwajcarski „Der Bund”. Więcej jest jednak porównań do Holandii i jej ryzykownego, efektownego stylu gry, który holenderscy trenerzy starają się przenieść wszędzie tam, gdzie pracują.
W Innsbrucku w środowy wieczór zderzyły się dwa światy. Najmłodsza drużyna Euro z jedną z trzech najstarszych. Zespół szwedzkich obieżyświatów zarabiających w 22 klubach, od rumuńskiego CFR Cluj po Deportivo La Coruna, z rywalem, u którego tylko jeden piłkarz, Iwan Sajenko, gra w zagranicznej drużynie. Zastęp potężnie zbudowanych Szwedów z Rosjanami, którzy wiedzieli, że zderzeń z przeciwnikami nie wygrają, więc muszą podawać sobie piłkę tak szybko, by w ogóle nie mieć z nimi kontaktu.
To nie byłoby możliwe, gdyby nie piłkarz, którego zdjęcie znalazło się na okładkach większości rosyjskich gazet: Andriej Arszawin, strzelec drugiej bramki, nieustające zagrożenie dla Szwedów. On, jak napisał komentator agencji Reuters, zamienił przewidywalną grupę spacerowiczów, z obroną popełniającą zawstydzające błędy, w zespół, który wygrał mecz decydujący o awansie.
Myśleliśmy, że krew w naszych żyłach już prawie zamarzła. Aż przyszła godzina prawdy - Sport Express
– Andriej sprawia, że wszyscy grają lepiej – mówi Hiddink. Mało kto mu wierzył, gdy tłumaczył przed meczem, że waha się, czy wystawić Arszawina. Nie po to przecież brał na turniej piłkarza, który z powodu dyskwalifikacji nie mógł zagrać w dwóch pierwszych spotkaniach, by trzymać go na ławce. Ale mało kto się spodziewał, że rozgrywający z Sankt Petersburga znaczy dla reprezentacji aż tak wiele. Arszawin nie traci piłki, widzi wszystko, błyskawicznie podejmuje decyzje. Jest też bardzo szybki, ale to akurat można po meczu ze Szwecją powiedzieć o wszystkich rosyjskich piłkarzach.
Dla Rosji awans do drugiej rundy to powód do wielkiego święta, dla Guusa Hiddinka normalność. Jego drużyny jeszcze nigdy nie odpadły w fazie grupowej mistrzostw Europy i świata. Holender lubi takie wyzwania, jakie czekały na niego w Moskwie. Nawet ciągłe wypominanie królewskiej pensji, płaconej z kieszeni Romana Abramowicza, nie robiło na nim wrażenia. Przejął drużynę załamaną niepowodzeniami, dostał niemal nieograniczoną swobodę.
Podobnie było wcześniej w Korei Południowej i Australii. Kiedy zaczynał pracę z Australijczykami, Mark Viduka zapytał go: „Trenerze, po co to panu? Zszarga pan sobie reputację”. Hiddink odpowiedział spokojnie: „Jeśli się nie weźmiesz do pracy, to twoja będzie zszargana”. Potem nie tylko wywalczyli razem pierwszy od 32 lat awans do mundialu, ale byli w Niemczech blisko wyeliminowania Włochów w drugiej rundzie. Z Holandią Hiddink zajął czwarte miejsce w mistrzostwach świata 1998. Przeciw niej jego drużyny jeszcze nigdy w meczach o stawkę nie grały. – Cieszę się sukcesem Guusa, Rosja gra ładnie, ale myślę, że to my zwyciężymy – mówi Marco van Basten. Hiddink niczego nie chce obiecywać, przypomina, że van Basten nawet z drużyną rezerwowych potrafił pokonać Rumunię.
Po meczu Hiddink był wzruszony, ale szybko wrócił do formy. Do sali konferencyjnej przy stadionie w Innsbrucku też dotarł w pewnym momencie dźwięk klaksonu. – Muszę już iść – przerwał trener. – To nasz autobus.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA