fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Adwokaci

Jak wynagradzać pełnomocników prawnych: nie robić zamieszania

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Umowa o udzielenie pomocy prawnej jest umową starannego działania, a nie rezultatu – pisze Jakub Jacyna adwokat, rzecznik prasowy Okręgowej Rady Adwokackiej w Warszawie
W artykule „Jak wynagradzać pełnomocników prawnych” („Rz” z 3 czerwca) dr Michał Zaremba porusza ważne z punktu widzenia praktyki obrotu prawnego kwestie.
Niewątpliwie zastosowanie ekonomicznej nauki prawa (L&E) do badania zasad i sposobu rozliczeń za świadczenie pomocy prawnej może prowadzić do ciekawych wniosków. Zasady L&E nakazują jednak, by badane kwestie rozpatrywać z uwzględnieniem zarówno specyfiki problemu, jak i przy użyciu wszelkich dostępnych instrumentów.
Stwierdzenie, że tylko umowa uwzględniająca zasady contingency fee zagwarantuje możliwie optymalny poziom opieki prawnej, nie uwzględnia zasadniczego problemu: umowa o udzielenie pomocy prawnej jest umową starannego działania, a nie rezultatu. Rozważania autora prowadzą zaś do stwierdzenia: „brak zgody adwokata czy radcy prawnego na ten rodzaj wynagrodzenia stanowić będzie dla potencjalnego klienta informację o zasadności jego roszczeń”. Nie zgadzam się z tym wnioskiem, jest zasadniczo inaczej. Według mnie brak zgody na przyjęcie sprawy na takich warunkach oznacza tylko to, że temu konkretnemu prawnikowi (kancelarii) takie rozliczenie się nie opłaca. Nawiasem mówiąc, nawet w USA, ojczyźnie success fee, zasady wykonywania zawodu ograniczają jego wysokość do 40 proc. uzyskanej kwoty.
Przeciwnie, szereg firm prawniczych tam działających w umowach z klientem wprowadza klauzulę retaining fee (zaliczka wypłacana dla adwokata), czyli kaucji, która zostaje wpłacona z góry przez klienta i nie podlega zwrotowi; zostaje zaliczona na poczet ostatniej raty umownego wynagrodzenia. Jest to wyraz zaufania klienta do kancelarii i usuwa wątpliwość, co do tego, czy klient rozliczy się za wykonaną usługę.Autor pominął problem dochodzenia przez prawnika należnego mu od klienta honorarium w postaci tego procentu od wygranej. Chodzi o sytuacje, gdy klient nie chce się rozliczyć, co w warunkach polskich jest nagminne. Szereg problemów powstałoby również w księgowości prawników, do dziś przepisy podatkowe nie przewidują takiej możliwości i data wystawienia faktury jest datą odprowadzenia należnego podatku dochodowego i VAT.
Co więcej: przyjęcie tego modelu prowadziłoby do tego, że cała grupa klientów z trudnymi sprawami zostałaby pozbawiona pomocy prawnej. Będzie im trudno dochodzić swoich spraw o niejasnej i skomplikowanej prawnie podstawie, bo nikt ich nie przyjmie, szacując ostrożnie ryzyko przegranej. W rezultacie ta grupa nigdy tej pomocy by nie uzyskała.Tego zagrożenia autor nie dostrzega. Co gorsza: jest to ta kategoria spraw, w których potencjalny klient może znajdować się (ze względu na wysokość swoich dochodów) poza dostępem do bezpłatnej pomocy prawnej świadczonej z urzędu. Zresztą bardzo trudno jest sobie wyobrazić funkcjonowanie pomocy prawnej z urzędu na rynku, gdzie zasadą byłoby rozliczanie wynagrodzeń w zależności od wyniku sprawy.
A przecież prawnicy działający w obsłudze prawnej wiedzą, jak bardzo i jak szybko zmienia się orzecznictwo w Polsce, jak wiele spraw jeszcze wczoraj niemożliwych już dziś wygląda inaczej (odszkodowania zasądzane za śmierć osoby bliskiej doszły już do miliona zł – podała „Rz”).
Czy jednak wprowadzenie procentowych rozliczeń „od wyniku” coś tu zmieni? Nie ma na to dowodu. To od sądów działających na podstawie systemu prawa kontynentalnego, a nie case law, zależy wynik sprawy. Tym bardziej trudno go przewidzieć i ocenić szansę na uzyskanie wynagrodzenia.
Trudno przewidzieć, jak bardzo przyjęcie tego systemu rozregulowałoby funkcjonowanie systemu pomocy prawnej. Zapewne w rezultacie tej ryzykownej gry o wynik przegrałaby ta część kancelarii i prawników indywidualnych, którzy by „źle obstawili wynik”. Nie da się udowodnić, że to jest ta grupa prawników, która nienależycie wykonywała swoje obowiązki względem klienta. Być może wprowadzenie bankructwa osobistego złagodziłoby skutki tej regulacji, ale do tego jeszcze daleka droga.Poza dużymi firmami prawniczymi, które są ubezpieczone na dużo większe kwoty niż przeciętny prawnik z kancelarii indywidualnej, nigdzie nie znajdziemy również funduszy tworzonych na potrzeby rezerwowego kapitału na ewentualne pokrywanie strat wynikających z braku pokrycia dla poniesionych ogromnych kosztów w konkretnej sprawie. Dopuszczenie takiej możliwości, by pokrywanie wszelkich wydatków (opinie biegłych, analizy instytutów badawczych) obciążało wyłącznie prawnika reprezentującego powoda, prowadziłoby w rezultacie do zachwiania płynności kancelarii, która przecież ponosi tzw. koszty stałe utrzymania (czynsz, media, pracownicy i ich wynagrodzenia). Jak wysoko więc musiałyby wzrosnąć te procentowo wyrażane honoraria, by zniwelować straty poniesione we wszystkich przegranych procesach? Pamiętajmy, że w warunkach polskich procesy odszkodowawcze trwają nie rok czy dwa, ale dziesięć, piętnaście lat.
W rezultacie system contingency fee prowadziłby do naruszenia zasad uczciwej konkurencji, eliminując z rynku podmioty małe i średnie. W efekcie stawki by realnie znacznie wzrosły, nawet przyjmując, że płacone by były jako określony procent od wygranej sprawy.
Twierdzeniu, że „to zjawisko i tak występuje” można przeciwstawić co najmniej kilka poglądów, ale sprowadzają się do jednego: tym zjawiskom zapobiega postępowanie dyscyplinarne prowadzone przez organy samorządowe oraz postępowanie skarbowe prowadzone przez organy kontroli skarbowej.Reasumując: zamiast wprowadzać zamęt na rynku i stwarzać klientom złudne iluzje, lepiej skoncentrujmy się na realnych problemach reformy systemu ochrony prawnej i dostępu do pomocy prawnej.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA