fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Konserwatysta ugięty, czyli złamany

Bez rozumienia języka opisu nie można zrozumieć świata. A jak tu rozumieć cokolwiek, skoro takie podstawowe dla opisu polityki określenia jak konserwatyzm i liberalizm, lewica i prawica przestały mieć uniwersalny charakter, a stały się raczej określeniami lokalnymi w sensie geograficznym.
W Niemczech chadeccy konserwatyści są entuzjastami państwa opiekuńczego i jak najgłębszej integracji europejskiej, a jedyną siłą polityczną, która występuje konsekwentnie przeciwko UE i NATO są postkomuniści, byli aparatczycy z SED i funkcjonariusze Stasi, wszyscy należący do obozu postępu.
U nas z kolei, pomijając, że takie pojęcia jak konserwatysta i liberał stały się wyzwiskami, postkomuniści wraz z ideą postępu weszli Europy i na salony, a eurosceptycy wszelkiej maści zaszufladkowani zostali bez względu na motywy jako szowiniści i ciemnogrodzianie. W Rosji Żyrinowski jest liberałem, a Ziuganow konserwatystą.
Przyklejanie etykiet jest praktyką bardzo wygodną dla reprezentantów mojego rzemiosła, dziennikarzy, ponieważ niesłychanie ułatwia pracę. Raz przyklejona etykietka trzyma się jednak na ogół przez wdzięczność, ponieważ nie ma silniejszego kleju niż ludzka ślina wzmocniona intelektualnym lenistwem. Gdzie tam klejowi Atlas do ludzkiej śliny. Ktoś – jednostka czy zbiorowość – przydzielony określonej formacji, zaetykietowany bywa na zawsze, jeśli nie wykona wolty pozwalającej na nalepienie mu na starą etykietkę nowej. A takie etykiety bardzo utrudniają zorientowanie się w politycznych zawiłościach rzeczywistości.
Na Zachodzie w latach 70. w ogóle nie było wierzących i praktykujących konserwatystów przyznających się otwarcie do tego, że są konserwatystami wartości. Konserwatystą bywało się mianowanym wbrew własnej woli, jeśli głosiło się poglądy nieakceptowane przez kontrolerów opinii publicznej. Kto został zaetykietowany jako konserwatysta, przestawał istnieć. Nie było potrzeby z nim polemizować, wystarczyło wzgardliwe stwierdzenie, że to przecież konserwatysta.
W latach 80., nie bez wpływu wydarzeń w Polsce, wróciła na europejską scenę konserwatywna inteligencja próbująca stawiać opór kontrkulturze i bronić tradycji kul-ury europejskiej, a więc przede wszystkim humanizmu. Ale zamieszanie nomenklaturowe pozostało. Kogóż to już nie określano mianem konserwatystów – fundamentalistów, populistów, liberałów, faszystów, przedstawicieli wszystkich możliwych ortodoksji.
Oczywiście było i tak, że konserwatyści bronili absolutnie wszystkiego, co chyliło się do upadku – władzy królewskiej i demokracji szlacheckiej, protekcjonizmu i wolnego handlu, państwa scentralizowanego i federalizmu. To rezultat istnienia dwóch rodzajów konserwatyzmu – konserwatyzmu idei i konserwatyzmu instytucji.
Wynika stąd, że komunista może być tak samo konserwatystą jak chadek, ponieważ konserwatyzm nie jest teorią polityczną, tylko sposobem myślenia, którego jądrem jest przeświadczenie o istnieniu drugiej natury człowieka ukształtowanej przez tradycje i przyzwyczajenia. Socjologia zajmująca się właśnie badaniem tej drugiej, społecznej natury człowieka – o ile nie jest zajęta układaniem słupków poparcia albo analizowaniem preferencji konsumentów papieru toaletowego – jest najbardziej konserwatywną z nauk.
To stwierdzenie oburzy zapewne socjologów uważających się za reprezentantów nauk progresywnych, ale trudno. To ojciec konserwatyzmu David Hume odkrył społeczeństwo jako instancję moralną i do dziś konserwatywny sposób myślenia wymaga socjologicznej analizy instytucji społecznych.
W sensie wyznawanej hierarchii wartości jestem konserwatystą. I nie mam większych złudzeń. Należę do przegranych. Tradycyjne wartości, a raczej wartości w ogóle, nieegoistyczne i nietraktowane koniunkturalnie są w dzisiejszym świecie nie do obrony. Nie ma na to skutecznej metody.
Najpopularniejsze sposoby zdobywania rozgłosu, poparcia, popularności i wpływów są dla konserwatystów idei nie do zastosowania. Powstrzymują ich od tego właśnie wyznawane wartości. Przyzwoitość trzyma za nogi i nie pozwala kłamstwo (w każdym razie zbyt bezwzględne i jaskrawe), krętactwo, brutalność czy bezwzględność. Apostołowie postępu nie mają takich skrupułów, bo dla nich przeciwnik ideowy najpierw jest wrogiem bezwzględnym, a potem przestaje być nawet człowiekiem.
Kulturkampf jest najbrutalniejszym ze starć, w którym wszystkie środki są dozwolone. Ładnie ilustruje to rola „Gazety Wyborczej” w ostatniej aferze aborcyjnej. Wysłuchałem w ostatni piątek na falach TOK FM przeglądu prasy w wykonaniu Jacka Żakowskiego. Był to nie tyle przegląd prasy, co przegląd duszy Żakowskiego. Dziesięć minut relacji językowo stosownej do opisu bitwy meneli na kufle pod budką z piwem w okolicach bazaru Różyckiego. Knajactwo na froncie walki światopoglądowej.
Jacek Żakowski jest uznanym intelektualistą, redaktorem „Niezbędnika inteligenta” dołączanego do „Polityki”. Może by tak „Polityka” wydrukowała stenogram tej audycji, aby konsumenci „Niezbędnika” mogli się zorientować, że bez snobizmu na intelekt lepiej i łatwiej dadzą sobie radę ze współczesnością.
I cóż może temu rwącemu nurtowi postępu nawet w języku przeciwstawić konserwatysta? Nawet skrajny wstecznik ojciec Rydzyk ze swoimi – używając wykwintnego określenia Żakowskiego – katolami nie da rady. To jest w ogóle inna liga.
Jeszcze trochę, a staroświeccy konserwatyści ze swoimi przestarzałymi poglądami na zasady moralne zostaną zamknięci w rezerwatach jak amerykańscy Indianie. Wstęp dla młodzieży wzbroniony bez duchowej opieki Żakowskiego. Howgh, powiedziałem.
Toteż dużo racji miał redaktor naczelny „Dziennika” Robert Krasowski, który w eseju o konieczności zmodernizowania i uprogresowienia konserwatyzmu namawiał konserwatystów do przejścia do obozu postępu i do zaakceptowania nowych prądów. Słuszna idea uwzględnienia w antykwarycznym już opisie trzciny myślącej (niebo gwiaździste nade mną, porządek moralny we mnie!) także wichru historii. Jak wiadomo, również trzcina ugina się na wietrze. Trzeba się ugiąć, żeby się nie złamać. Cóż, kiedy ugięty konserwatysta nawet w swoich własnych oczach będzie uchodził za złamanego.
Pozostaje nam jedna tylko pociecha, że postęp, tak jak jest dziś interpretowany, sam pochodzi z konserw z zapasów strategicznych.
Autor jest publicystą i felietonistą dziennika „Fakt”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA