fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Genialny koncert Boba Dylana w Stodole

Podczas pobytu Boba Dylana w Warszawie obowiązywał całkowity zakaz fotografowania artysty. Na zdjęciu podczas koncertu w Nowym Orleanie, 2006 r.
AP
Tylko w Polsce amerykański bard wystąpił w klubie: bez przebojów, piekielnie ostry, dla najwierniejszych fanów.
Trzy czarne autobusy z zaciemnionymi szybami, całkowicie samowystarczalne – naszpikowane elektroniką i antenami telewizyjnymi – zaparkowały w sobotę przed warszawskim klubem Stodoła. Otoczone żelaznymi balustradami tworzyły przestrzeń eksterytorialną, która podlegała tylko jurysdykcji króla tego cygańsko-rockandrollowego taboru – Boba Dylana. Kto się zbliżył choć na krok – miał do czynienia z barczystymi bramkarzami.
"Zamaskowany i anonimowy", tytuł filmu, w którym amerykański bard zagrał przed kilku laty, to jego dzisiejsze credo. Wydał całkowity zakaz fotografowania. Nie zgodził się na żadną prasową akredytację. Podczas drobiazgowej kontroli nawet amatorskie aparaty trafiały do depozytu. Przyjechał grać, a nie pozować, spotkać się z fanami, a nie lansować się w mediach czy na YouTube.
Warszawski koncert był wyjątkowy również dlatego, że tylko u nas zdecydował się wystąpić w kameralnej przestrzeni dla 1700 widzów. Jakby chciał sobie przypomnieć granie z początków kariery, kiedy muzykowało się w towarzystwie przyjaciół – w prawdziwej stodole. Dlatego do stolicy zjechali fani z całego świata. Tłum był niemiłosierny i z podziwem patrzyłem na siedemdziesięcioletnie, siwiutkie jak gołąbki rówieśnice muzyka, wytrzymujące ścisk i duchotę, w których omdlało kilku facetów w sile wieku.
Dwugodzinny koncert rozpoczął się kompozycją "Tweedle Dee & Tweedle Dum" z albumu z "Love and Theft" i właśnie muzyka z trzech płyt nagranych podczas ostatniej dekady zdominowała repertuar wieczoru. To był energetyczny, pierwotny rock and roll z posmakiem amerykańskiego folku i bluesa, mocną perkusją i wibrującą solową gitarą Denny'ego Freemana.
Główny bohater wieczoru wystylizował się – trzeba przyznać subtelnie – na folkowych mistrzów z Południa, guru jego młodości. Grający perfekcyjnie i żywiołowo muzycy nosili jednolite czarne kostiumy retro. Na ich tle wyszywana koszula Dylana wyróżniała się białym, delikatnym oblamowaniem kołnierzyka. Twarz przysłaniało szerokie rondo gustownego hiszpańskiego kapelusza.
Zaskoczeniem dla fanów mogło być to, że muzyk ani razu nie chwycił za gitarę. Skoncentrował się na grze na organach i śpiewaniu chrapliwym, szorstkim głosem. Klawiaturę instrumentu rozświetlały dwie lampki, a po każdej kompozycji scena ginęła w egipskich ciemnościach. Przy ostrzejszych rytmach natężenie światła rosło, ale żadnych wizualnych fajerwerków nie było. Tylko zwykłe, święcące na żółto reflektory, przygaszane podczas wolniejszych utworów.
Wzruszająco zabrzmiała piosenka "Workingman's Blues #2". Dylan szydził w niej z tych, którzy chcą przekupić robotników. "Beyond the Horizon" swingował w rytm nadawany przez kiwającego się na boki kontrabasistę Tony'ego Garniera. Dramatycznie wypadło "Ain't Talkin"" – modlitwa wygłoszona bez wiary: biblijna przypowieść o tym, że świat nie ma swojego ogrodnika.
Nie było żadnych akustycznych kompozycji, a najostrzej, wręcz hardrockowo, Dylan zagrał antykapitalistyczny song "Highway 61 Revisited". Rekordy rockandrollowego tempa pobiło "Honest With Me". Mistrzostwo boogie-woogie muzyk osiągnął w "Summer Days". To właśnie wtedy w tłumie przed sceną kilku parom, choć przez chwilę, udało się zatańczyć. Sam Dylan tylko kilka razy się zabujał i ruszyły mu do tańca nogi.
Do chwili, gdy pod koniec koncertu przedstawił muzyków – nie odezwał się ani razu. Wszystko, co powiedział to: "Thank you, friends". Stojąc za organami, bokiem do widowni, zwrócił się twarzą do publiczności i podniósł w indiańskim geście otwartą dłoń. Drugi raz widownia miała szansę zobaczyć go w całej okazałości, gdy się żegnał, ale scena szybko została wyciemniona.
Twarz miał przez cały wieczór skupioną, jednak przed finałem zaczął się uśmiechać. Musiała mu się spodobać atmosfera i przyjęcie, bo chociaż nie planował wykonywać na bis "Like a Rolling Stone" – zagrał swój hymn. I, tak jak zapowiedział, niczym kamień potoczył się dalej, na południe Europy, na czele swojego taboru.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA