fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Robert Duvall: Nie chcę już umierać w filmach

Dobert Duvall
Reuters
Wiem, co umiem, i na co mnie stać jako aktora. Szukam więc ról, w których coś mnie zainteresuje. Dlatego lubię grać z młodymi aktorami, bo oni są dla mnie wyzwaniem - z Robertem Duvallem rozmawia Roman Rogowiecki
Czy pańskie znakomite aktorstwo to efekt talentu czy ciężkiej pracy?
To kombinacja wielu elementów. Wszystko zależy od chwili. Czasami trudniej unieść szklankę i wypowiedzieć jakąś kwestię, niż zagrać skomplikowaną, emocjonalną scenę.
Czy po tylu wspaniałych, różnorodnych rolach może pan powiedzieć, że poznał aktorstwo na wylot i wie wszystko o życiu? Jak dobrze poznał pan ludzką naturę?
Aktorstwo jest ściśle związane z ludzką naturą. Według mnie to początek i koniec aktorstwa. Różne sytuacje wymagają zrozumienia, bo są bardzo złożone i często pełne sprzeczności. Podczas grania szuka się w postaci targających nią sprzeczności, tego, co jest po drugiej stronie osobowości, by odkryć wszystkie jej barwy.
Niedawno mogliśmy oglądać pana w „Królach nocy”. Jak trafił pan do obsady?
Reżyser James Gray zadzwonił i zapytał, czy chcę zagrać w jego filmie. Mój przyjaciel James Caan grał u niego w „Ślepym torze” i opowiadał o talentach reżyserskich Graya, więc chciałem sam się o nich przekonać. Ani trochę nie przesadził w swoich zachwytach. James jest jednym z najlepszych reżyserów, z jakimi pracowałem.
Czasami trudniej unieść szklankę i wypowiedzieć jakąś kwestię, niż zagrać skomplikowaną, emocjonalną scenę
Jak się panu grało z młodymi wilkami: Joaquinem Phoeniksem i Markiem Wahlbergiem?
Wiem, co umiem, i na co mnie stać jako aktora. Szukam więc ról, w których coś mnie zainteresuje. Dlatego lubię grać z młodymi aktorami, bo oni są dla mnie wyzwaniem. W tym filmie był nim Phoenix z powodu dziwnych pomysłów na planie. Jego gra bardzo wzbogaciła wątek relacji mojej postaci ojca z synem.
W „Królach nocy” musiał pan umrzeć na ekranie...
Zostało to zrobione szybko i gładko, bez specjalnych najazdów kamery. Nie lubię umierania na ekranie, ale wiem, że czasem trzeba. Jednak odrzuciłem sporo ról, w których miałem umierać.
Czy takie sceny prowokują myśli o własnej śmierci?
Tak właśnie jest. Wcześniej umarłem w „Kolorach”, w „Na południe od Brazos” i w „Geronimo — amerykańskiej legendzie”. To były trzy naprawdę dobre sceny śmierci i dlatego teraz nie chcę już umierać w filmach.
Ale umarł pan także w „Dziękuję za palenie”, choć widzowie tego nie zobaczyli.
Umarłem tam?
Tak, ale poza ekranem.
Tak może być, to jest ok.
Jak pan wspomina pracę z polskim reżyserem Jerzym Skolimowskim?
Pracowaliśmy razem przy „Latarniowcu”. Nadal spotykam się z nim raz na kilka lat. To miły i nieco szalony człowiek. Zawsze szuka wzrokiem ładnych dziewczyn. Jerzy to prawdziwy Casanova.
Jest pan zawsze pełen życia, wesoły, miły, uśmiechnięty. Co pozwala tak cieszyć się życiem?
Sam nie wiem. Chyba polega to na tym, by przejść od kołyski do grobu bez sprawiania bólu zbyt wielu ludziom. By robić to, co chce się robić, wypełniając tym swoją przegródkę i co ludziom może się podobać. A przy okazji nie nadeptywać im na odciski, choć tak całkiem nie da się tego uniknąć.
Czy zdarza się panu, oglądając w telewizji własny film, stwierdzić: jestem niezły, dobrze to zagrałem?
Aktorzy mówią o innych aktorach, że mają momenty. To coś, co widz może dostrzec, ale nie wie, co to naprawdę znaczy. Jeśli więc widzę, że mam taki moment, i to jest coś unikatowego, czego nikt nie może mnie pozbawić, umiem go docenić. Jedne postacie gra się lepiej, inne gorzej. Ja zagrałem bardzo wiele różnych ról, bo jestem aktorem charakterystycznym. Ale najbardziej lubię grać w westernach.
W westernach?
Uwielbiam westerny. Kiedyś, gdy miałem zagrać w telewizyjnym serialu o kowbojach, kupiłem konia rok przed zdjęciami. Chciałem się naprawdę dobrze przygotować...
Podziwialiśmy pana w „Ojcu chrzestnym” i „Czasie Apokalipsy”. Którą ze swoich ról ceni pan najbardziej?
Zdaję sobie sprawę, że role, które pan wymienił, zapadły publiczności w pamięć i jestem z nich naprawdę dumny. Jeśli jednak miałbym sam wybierać, wskazałbym rolę Augustusa „Gusa” McCrae’a z westernu „Na południe od Brazos”. Ten film ma wspaniały scenariusz, znakomitą dramaturgię, no i postacie, które przywodzą na myśl najlepsze sztuki teatralne.
Jest pan znany z poczucia humoru. Czytałem, że podczas kręcenia pierwszej części „Ojca chrzestnego” waszą ulubioną zabawą z Marlonem Brando i Jamesem Caanem było pokazywanie sobie na planie gołych tyłków?
To prawda. Nie pamiętam dokładnie, kto zaczął tę zabawę, ale chyba James Caan. Jechaliśmy ze wspólnego czytania tekstu Second Avenue w Nowym Jorku i James wystawił tyłek przez okno samochodu tak, by mógł go widzieć Marlon, który jechał drugim wozem. James miał kościsty tyłek, więc niewiele było widać, ale Marlona to rozbawiło. Potem każdy z nas zaczajał się, by w najmniej oczekiwanym miejscu pokazać tyłek kolegom na planie. Marlon był leniwy, ale w tym okazał się mistrzem. Pokazał tyłek w obecności 500 statystów. Ale ja też go kiedyś zaskoczyłem przy dużej scenie. Marlon dostał od nas specjalny pas z napisem „Mistrz świata w pokazywaniu gołego tyłka”, bo zorganizowaliśmy sobie takie mistrzostwa i on wygrał.
Jak się pan czuje jako legenda kina?
Legenda, która ciągle się starzeje. Czuję się z tym dobrze, nie myślę o tym. Wszystko jest dobrze tak długo, jak długo mój status legendy jest uwierzytelniany przez innych aktorów, którym podoba się moja praca. To dla mnie ważniejsze niż opinie innych ludzi. Nie obchodzi mnie, co piszą dziennikarze, którzy nie mają pojęcia o tym, co robię.
Jak ma się różne hobby, można przejść przez życie, nie szkodząc innym
Wiem, że oprócz aktorstwa kocha pan tango. Czy ma pan jeszcze inne pasje?
Jakie mam hobby? Kiedyś zapytano mnie, co powinien robić młody aktor w czasie, gdy nie pracuje. Odpowiedziałem: powinien mieć wiele różnych hobby, by nie wpaść w szpony narkotyków. Wiadomo, że czasami człowiek się nudzi. Ja zawsze miałem różne hobby. Teraz lubię podróżować, często jeżdżę do Argentyny, do rodziny mojej żony. Tango to nadal moja wielka pasja. We wrześniu 2006 r. oglądałem w Argentynie mistrzostwa świata w tym tańcu. Znałem wielu uczestników tych zawodów, wiadomo, że zawsze wygrywają Argentyńczycy, bo są najlepsi. Dobrze tańczyli też Włosi. Nie było amerykańskich tancerzy, choć mamy takich, którzy świetnie tańczą. Uwielbiam tango, uwielbiam Buenos Aires, to moje ulubione miasto. Lubię dobre jedzenie, choć nie przepadam za winem. Jak ma się różne hobby, można przejść przez życie, nie szkodząc innym.
Podobno, co jest rzadkością w Stanach Zjednoczonych, lubi pan piłkę nożną?
To fantastyczny sport! Zawsze mówię to tym, co wolą baseball. Żałuję, że Kubańczycy nie grają w piłkę nożną, bo wierzę, że mieliby świetną drużynę, Gdyby nie odnosili takich sukcesów w baseballu, może graliby w piłkę. Lubię oglądać w akcji najlepsze drużyny: Brazylię, Francję, Włochy.
Jest pan niezłym wokalistą, dlaczego nie śpiewał pan w filmach?
Nie. To mój brat naprawdę dobrze śpiewa. Ja podśpiewuję sobie czasami country and western. Nawet nagrałem płytę, ale nigdy nie została wydana.
Szkoda. Często w filmach posługuje się pan bronią. Jest pan dobrym strzelcem?
Takim sobie. W wojsku byłem OK, choć lepiej szło mi z bagnetem. Wtedy krzyczało się jeszcze: zabij go, zabij!, i do tej pory potrafię to dobrze zagrać jako aktor. Strzelam nieźle, umiem to robić, ale w sumie to nie jest mi do niczego potrzebne. Natomiast jako młody aktor codziennie dosiadałem na oklep konia, nauczyłem się zeskakiwać i wskakiwać w biegu, dobrze trzymać się w siodle. To dla mnie ważniejsze od strzelania. Dobra jazda na koniu to duża sztuka, a przecież 150 lat temu to był jedyny środek transportu. Wtedy liczyła się jazda konna, strzelanie o wiele mniej. To mi przypomina, że jedną z najlepszych kawalerii na świecie była polska kawaleria w XVII wieku. Ona wtedy pokonała Muzułmanów w Austrii, a Francuzi ich wtedy poparli. To wy uratowaliście Europę. Muszę się wybrać do Polski. Rycerze na koniach ze skrzydłami! To było fantastyczne. Zmietliście Muzułmanów w proch. No i pierwsi wyzwoliliście się spod tej komunistycznej parasolki. Cenię za to Polaków.
Robert Duvall w tym tygodniu w filmach: „60 sekund” (Ale kino!, sobota, godz. 22.05) i „Dziękujemy za palenie” (Canal+ Film, niedziela, godz. 7.00, Canal+ Sport (środa, godz. 12.25)
Jest wszechstronny. Ma na koncie sześć nominacji do Oscara. Z czego jedna zamieniła się w statuetkę za główną rolę w „Pod czułą opieką” (1984). Jednak o tym, że stał się żywą legendą Hollywood, zadecydowały dwie inne kreacje. Robert Duvall stworzył niezapomnianą kreację jako Tom Hagen – consigliere mafijnej rodziny Corleone w dwóch pierwszych częściach „Ojca chrzestnego”. Był także szalonym pułkownikiem Billem Kilgorem w „Czasie Apokalipsy”, który prowadził atak helikopterów na wioskę wietnamską przy akompaniamencie wagnerowskiej muzyki. Jego słowa: „kocham zapach napalmu o poranku” – to jeden z najsłynniejszych cytatów w historii kina. Urodził się w 1931 r. w San Diego. Nie miał w planach aktorstwa, ale za namową profesora w szkole średniej, który dostrzegł w nim talent, zmienił zdanie. Początki nie były łatwe. Recenzenci chwalili jego grę w przedstawieniach na Broadwayu, ale żeby się utrzymać, musiał – oprócz grania – pracować jako pomywacz i kierowca taksówki. Przebił się dopiero w 1961 r., gdy wystąpił w filmie „Zabić drozda” (1961) u boku Gregory’ego Pecka. Od tego momentu jego kariera kwitła. Zagrał u największych – m.in. Petera Yatesa, Roberta Altmana, Sidneya Lumeta, Francisa Forda Coppoli. Czasami sam staje za kamerą, np. realzując „Apostoła” (1998).
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA