Piłka nożna

Dwa gole, jeden pechowiec i siódme życie trenera

Reuters
Liverpool – Chelsea 1:1. Chelsea jest blisko swojego pierwszego finału Ligi Mistrzów. Liverpool prowadził 1:0, ale jego plany zepsuł John Arne Riise, wbijając piłkę do własnej bramki w ostatniej akcji meczu. Piłkarzom Avrama Granta wystarczy w rewanżu bezbramkowy remis
Riise po ostatnim gwizdku sędziego pochylił się nisko i zajął odwijaniem plastrów podtrzymujących ochraniacze. Skończył szybko, ale głowy nie podnosił. Na jego miejscu nikt pewnie nie miałby odwagi spojrzeć od razu w stronę któregokolwiek z kolegów z drużyny. Pepe Reina jeszcze długo stał na linii bramkowej z rękami założonymi za głowę i próbował przekonywać samego siebie, że to nie stało się naprawdę.
Była 95. minuta, Liverpool prowadził z Chelsea 1: 0. Gdy te dwie drużyny spotykają się w Lidze Mistrzów, gole padają średnio raz na 2,5 godziny, więc następnego należało się spodziewać w przyszłą środę, w końcówce rewanżu na Stamford Bridge. Los chciał inaczej. Po szczęśliwie wywalczonym przez Chelsea wyrzucie piłki z autu Salomonowi Kalou udało się przejąć piłkę i dośrodkować, mimo że pilnowało go dwóch rywal. Piłka leciała nisko, wzdłuż bramki, a Riise wiedział, że musi coś zrobić, bo za jego plecami jest Nicolas Anelka. Bał się wybijać nogą, bo musiałby to zrobić prawą, a tego nie lubi i nie umie. Więc rzucił się i przystawił głowę – tak nie w porę, że piłka poleciała do bramki Reiny.
Szczęściarz Avram Grant musi mieć siedem żyć jak kot, ale chyba i on nie wierzył, że wyjedzie z Anfield Road z tak dobrym wynikiem. Nie wykorzystał nawet wszystkich zmian (dwie wystarczyły: i Kalou, i Anelka weszli w drugiej połowie), obserwował z dość bezradną miną to, co się działo w końcowych minutach. Po golu ruszył do świętowania spóźniony, zrywając się z ławki rezerwowych jako ostatni. Chelsea miała wcześniej w tym spotkaniu swoje szanse, ale je zmarnowała. To nie był dobry wieczór dla gwiazd z Londynu. Frankowi Lampardowi odskakiwała piłka, Florent Malouda grał tak, jakby nie wiedział, że mecz już się zaczął, a Didier Drogba konsekwentnie odmawiał świadczenia pracy, wyszukując sobie kolejne powody do manifestowania niezadowolenia. W ostatnich minutach to raczej Liverpool był bliski zdobycia drugiego gola. Strzał Stevena Gerrarda jakimś sposobem obronił Petr Cech, niewiele zabrakło do szczęścia Fernando Torresowi. I właśnie w takich okolicznościach piłka spadła na głowę Riise. Jego w ogóle nie powinno wówczas być na boisku. Od dawna jest w Liverpoolu tylko rezerwowym, Rafael Benitez ma niedługo zdecydować, czy pozbyć się go z klubu, czy nie. I Riise pozostałby w rezerwie, gdyby nie kontuzja Fabio Aurelio w 61. minucie. Norweg go zastąpił, strzelba została zawieszona i w ostatnim akcie wypaliła. Teraz to Chelsea jest bliżej finału. Liverpool wierzył w magię Anfield Road, ale i Chelsea ma w co wierzyć. Nie przegrała na Stamford Bridge w LM od dwóch lat, za tydzień wystarczy, że nie da sobie strzelić bramki.Jeśli Cech – po ostatniej kontuzji ma nie tylko kask, ale jeszcze ochraniacz na brodę – będzie w rewanżu w takiej formie jak na Anfield, Liverpoolowi może być trudno o strzelenie bramki. Wczoraj drużyna Beniteza potrzebowała do tego serii przypadków jeszcze dłuższej niż przed golem Riise. Zaczęło się od błędu Ashleya Cole’a, który nie zdążył wrócić pod własną bramkę. Dirk Kuyt ruszył wzdłuż linii bocznej, jego dośrodkowanie wybił John Terry, ale potem piłka trafiła do Lamparda, który za późno zobaczył obok siebie Xabiego Alonso oraz Kuyta. Niepotrzebnie próbował dryblować i stracił piłkę, Alonso podał piętą do Javiera Mascherano, a świetnie grającemu Argentyńczykowi zdarzył się kiks, ale szczęśliwy dla Liverpoolu. Zamiast na lewo, jak chciał, Mascherano podał na prawo, a tam w polu karnym czekał Kuyt. Gdy zbierał się do strzału, Claude Makelele spadł mu na plecy z wysoko wyciągniętą nogą, ale na Kuycie nie zrobiło to wielkiego wrażenia. Utrzymał równowagę i kopnął piłkę do bramki między nogami Cecha. Po półfinale Liverpool – Chelsea w 2005 roku dziennikarze wychwalali Jamiego Carraghera, pisząc, że grał tak, jakby się rozdwoił. Teraz to samo mogą napisać o Kuycie, największym bohaterze pierwszej połowy. Przed strzeleniem bramki najpierw zrobił sprint wzdłuż linii, potem odebrał piłkę Lampardowi i jeszcze zdążył ustawić się w polu karnym, czekając na podanie Mascherano. Były takie chwile, gdy można było odnieść wrażenie, że co drugi piłkarz gospodarzy to Kuyt. Riise był tylko jeden, ale na nieszczęście Liverpoolu – wystarczyło. Bramki: dla Liverpoolu – D. Kuyt (43); dla Chelsea – J. A. Riise (90+5, samobójcza). Sędziował K. Plautz (Austria). Widzów 42 180. Liverpool: Reina – Arbeloa, Carragher, Skrtel, Fabio Aurelio (62, Riise) – Xabi Alonso, Mascherano, Gerrard, Kuyt – Babel (76, Benayoun), Torres. Chelsea: Cech – Ferreira, Terry, Carvalho, A. Cole – Lampard, Makelele, Ballack (86, Anelka) – Malouda, Drogba, J. Cole (63, Kalou) Więcej o Lidze Mistrzów na stronie www.uefa.com
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL