Świat

Zacięta walka o wyborców w Pensylwanii

Barack Obama na lotnisku w Pittsburghu w Pensylwanii
AFP
Wczorajsze prawybory w Pensylwanii wzbudziły rekordowe zainteresowanie wyborców. Ale czy będą miały decydujący wpływ na wyborczy klincz, którego nie potrafią zwycięsko zakończyć ani Obama, ani Clinton? Piotr Gillert pisze z Yorku w Pensylwanii
Słońce nie zdążyło jeszcze wychylić się zza wzgórz i dwóch wielkich kominów wznoszących się nad spalarnią śmieci, gdy przed Miejskim Ośrodkiem Zarządzania Odpadami w miasteczku York ustawiła się niewielka kolejka.
Okoliczni mieszkańcy nie przyjechali tu w ten rześki wtorkowy poranek, by sprzedać plastikowe butelki, lecz by oddać głos w prezydenckich prawyborach. W schludnych biurach spalarni urządzono bowiem punkt wyborczy.
Ten okręg na przedmieściach Yorku jest niewielki, wystarczyły więc cztery elektroniczne maszyny do głosowania ustawione w niewielkiej sali konferencyjnej. – Głosuję tu od lat, ale pierwszy raz widzę kolejkę – mówi starsza pani na końcu ogonka, patrząc na ponad 20 osób stojących przed nią. Rzeczywiście, wszystko wskazywało, że podobnie jak w wielu innych stanach, które głosowały wcześniej, prawyborcza frekwencja w Pensylwanii będzie zdecydowanie wyższa niż w poprzednich latach dzięki emocjonującemu pojedynkowi dwojga kandydatów do demokratycznej nominacji prezydenckiej. York, który miał swą chwilę wielkości w 1777 roku, gdy na dziewięć miesięcy stał się tymczasową stolicą rodzących się właśnie Stanów Zjednoczonych, jest małym miasteczkiem, w którym niewiele się dzieje. Ostatnich sześć tygodni było jednak dla wielu mieszkańców czasem wyjątkowo ekscytującym. Swoje wyborcze wiece mieli tu i Hillary Clinton, i Barack Obama. W miejskiej spalarni zdecydowanie dominowali starsi, biali wyborcy. – Hillary – odpowiada większość na moje pytanie, kto jest ich faworytem.Jeden wskazuje na wpięty w klapę zielony znaczek z białym napisem AFSCME. Pod tym dziwnym akronimem kryje się potężny związek pracowników administracji państwowej i lokalnej, który oficjalnie poparł Hillary Clinton. O poparcie związków toczyła się między kandydatami zaciekła walka. Związkowcy stanowią bowiem 15 procent zarejestrowanych wyborców w tym stanie i prawie jedną trzecią demokratycznego elektoratu. – A przede wszystkim jesteśmy zorganizowani i zdyscyplinowani. Idziemy głosować bez względu na pogodę czy samopoczucie – wyjaśnia Zach, działacz AFSCME, którego spotykam podczas wiecu Clinton w pobliskiej stolicy stanu – Harrisburgu. Las zielonych koszulek na trybunach to właśnie członkowie AFSCME. Barackowi Obamie także udało się zyskać poparcie paru znaczących central, takich jak reprezentujące pracowników przemysłu spożywczego UFCW (żółte koszulki na jego wiecach wyborczych). Ale niewielką przewagę w tej walce o dusze związkowców wydawała się mieć jego rywalka, tak zresztą jak wśród szerszej rzeszy wyborców. Hillary Clinton jeszcze wczoraj starała się pokazać Amerykanom, że będzie twardym przywódcą – w wywiadzie dla telewizji ABC zapowiedziała, że jako prezydent jest gotowa zaatakować Iran, jeśli ten uderzy na Izrael. Ostatnie sondaże wskazywały na jej kilkupunktową przewagę nad Obamą. On sam stwierdził, że nie spodziewa się zwycięstwa, liczy jednak na to, że otrzyma niewiele mniej głosów.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL