fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Prezes TUI: Zimą zdobyliśmy nowych klientów

archiwum prywatne, Filip Frydrykiewicz F.F. Filip Frydrykiewicz
Jeśli najwięksi touroperatorzy dotrzymają słowa, ten rok uda się zamknąć turystyce wyjazdowej nadwyżką - przewiduje prezes TUI Marek Andryszak. Jednocześnie zapowiada drugi etap ofensywy zimowej swojego biura podróży

Kontynuujemy rozmowy z szefami największych biur podróży, które rozpoczęliśmy jeszcze na początku marca, podczas targów turystycznych ITB w Berlinie. Interesuje nas podsumowanie wczesnej sprzedaży, przygotowanie do sezonu i prognozy na najbliższe miesiące.

- Notujemy ciągle bardzo wysoki wzrost. Kiedy rozmawialiśmy ostatnio (czytaj: „Biura podróży - trudny start do nowego sezonu") było to 57 procent, teraz ten wskaźnik zmalał do 51 procent, ale nadal bardzo jesteśmy z niego zadowoleni – mówi Marek Andryszak.

- Wynik popsuł nam trochę zamach w Tunezji. Do tego wydarzenia sprzedaż wyjazdów do Tunezji rosła bardzo silnie. Zapowiadało się, że udział Tunezji w całym naszym wolumenie [wyjazdów - red.] wzrośnie z 3 – 4 do 5 procent. Ale po zamachu ten dynamiczny ruch w górę się zatrzymał, a nawet Tunezja zaczęła notować spadek w stosunku do roku poprzedniego.

Żal Tunezji

TUI nie latał jeszcze w tym roku do Tunezji, nie musiał więc zawieszać lotów, jak inne firmy, ale dał klientom, którzy kupili wakacje w Tunezji, możliwość zmiany kierunku, bez ponoszenia dodatkowych opłat. Jak mówi Andryszak, 20 – 25 procent z nich skorzystała z tego. Zamach w Tunisie wpłynął też na sprzedaż Egiptu. W tym wypadku wcześniejsze decyzje zmieniło około 10 procent klientów. - Gdyby nie te czynniki, nasza sprzedaż rosłaby teraz nie o 51, ale o 53 procent – podkreśla prezes TUI Poland. - Dlatego żal mi Tunezji.

- Wypadek z Tunezją powoduje, że będziemy musieli uwzględnić w naszych samolotach przesunięcie ruchu turystów, chociaż mieliśmy już wszystko przygotowane do sezonu, „zapięte". Ponieważ nie jesteśmy wielkim graczem na tym kierunku, skonsolidujemy się z innymi touroperatorami - dodaje.

Fenomenalnie w TUI rośnie sprzedaż wakacji na Balearach – prawie 200 procent w stosunku do roku zeszłego. Świetnie też idą wyjazdy do Turcji i Bułgarii – z około 75 -procentowym wzrostem. Gorzej z Wyspami Kanaryjskimi, które utrzymują się na poziomie zeszłorocznym. - A w zeszłym roku o tej porze mieliśmy 3 – 4 procent sprzedaży więcej niż z kolei w 2013 roku. Przypomnę, że cały 2014 rok zakończyliśmy 13-procentowym wzrostem – mówi Andryszak.

Turcy opuścili ceny, Grecy raczej nie

- W Berlinie na ITB spotykałem się z kolegami z koncernu i z hotelarzami ważnymi z naszego, polskiego, punktu widzenia. Nie jest to jednak impreza, podczas której decydowałyby się istotne dla polskiej spółki TUI rzeczy, z tego względu, że nasze kontrakty prowadzą menedżerowie koncernu i wszelkie zmiany, dostosowywanie liczby miejsc w hotelach do popytu, odbywa się na bieżąco. Nie kumulują się nam więc problemy do rozwiązania w Berlinie, jak to ma miejsce u innych polskich touroperatorów, poza Neckermannem, który działa na podobnej zasadzie jak my, bo jest częścią koncernu Thomas Cooka.

Rozmawiałem z hotelarzami tureckimi, greckimi i cypryjskimi. Ich największym zmartwieniem jest teraz spadek rezerwacji klientów rosyjskich. W zależności od regionu, różnie się to odbija na ich biznesie. Najmocniej odczuł to Kemer w Turcji, który miał zwykle największy odsetek turystów z Rosji. Najmniej - Turcja Egejska i Grecja. Turcy liczą ciągle, że rynek rosyjski jeszcze się obudzi. A Grecy odetchnęli z ulgą, bo okazało się, że choć wycofała się z przyjazdu spora liczba Rosjan, wzrosło zainteresowanie przyjazdami Niemców.

Dla nas oznacza to, że Turcy są skłonni – odwrotnie niż dwa, trzy lata temu – do negocjowania cen pokojów w hotelach. Grecy już nie tak bardzo, poczuli się bowiem pewniej - podsumowuje Andryszak.

Zima dała w kość

Ostatnia zima była dla trzech największych biur podróży – Itaki, Rainbow Tours i TUI – okresem ostrej walki na rynku turystyki egzotycznej. TUI, zgodnie z zapowiedzią swojego prezesa, wszedł z samolotem szerokokadłubowym sprowadzonym z należącej do koncernu holenderskiej czarterowej linii lotniczej Arkefly. Realizował nim loty do Meksyku i na Dominikanę. To spowodowało dużą nadpodaż miejsc na wycieczki do dalekich krajów, a co za tym idzie spadek cen.

Każdy z wielkiej trójki touroperatorów na tym stracił, bo żeby zapełnić samoloty, musiał sprzedawać dalekie wycieczki niemal w cenie wyjazdów europejskich. Za tysiąc złotych więcej można było zamiast na Wyspy Kanaryjskie polecieć do Meksyku, na Dominikanę czy do Kenii. Turyści chętnie z tego skorzystali. Przybyło więc w statystykach wielu klientów, tylko że organizatorzy drogo za to zapłacili.

- Z punktu widzenia liczby turystów, którzy zimą polecieli do egzotycznych krajów, ostatnia zima była rewelacyjna. TUI przybyło 85 – 90 procent klientów. Ale z punktu widzenia finansowego zima była katastrofalna – przyznaje Andryszak.

Straciliśmy pieniądze, zyskaliśmy klientów

- Chociaż zapowiadałem, że TUI chce mieć udział w rynku wyjazdów egzotycznych, koledzy mi nie uwierzyli. Taki touroperator, jak nasza firma, nie może być pozbawiony własnego produktu zimowego. Nie możemy być jedynie biurem podróży na lato. Stąd mój ruch.

Nie żałuję go, bo klienci wrócili bardzo zadowoleni. Zobaczyli, że TUI jest dobrym organizatorem takich wyjazdów. Byli od początku do końca pod naszą opieką – kupowali wyjazd w sieci TUI Centrum Podróży lub na naszej stronie, lecieli samolotem ze znaczkiem TUI, a na miejscu mieszkali w hotelach silnie powiązanych z TUI, na przykład sieci Riu. Kiedy mamy nad tym wszystkim kontrolę, łatwiej nam zapewnić najlepszą jakość usług. To bardzo wzmacnia wizerunek marki w oczach klientów. A proszę pamiętać, że wielu z nich było z nami pierwszy raz.

Ile na tym straciliśmy? Tyle ile zakładaliśmy. Nadal będziemy zabiegać o swój udział w tym rynku. Na przyszły rok planujemy już nie dwa, ale trzy kierunki. Nie powiem jednak jeszcze, jaki będzie ten trzeci. Mogę tylko zdradzić, że takiego nasi konkurenci nie mieli do tej pory - zapowiada Andryszak.

Turcja za pół ceny

Zimą TUI organizował też, jako jedyny na rynku, loty czarterowe do Turcji. Samoloty latały raz w tygodniu z Warszawy do Antalyi, a od połowy lutego także z Poznania. Konkurenci kręcili głową z niedowierzaniem, uważając, że to nie jest kierunek, który pozwoli wypełnić turystami choćby jeden samolot tygodniowo. Tymczasem, jak zapewnia Andryszak, samoloty były dobrze obłożone, a klienci wracali zadowoleni.

- To byli inni klienci, niż ci, którzy pierwszy raz polecieli z nami do kraju egzotycznego. Zimą mogli sobie pozwolić na wypoczynek w warunkach, na które nie byłoby ich prawdopodobnie stać latem. Już nawet za 1200 złotych od osoby spędzili tydzień w hotelu pięciogwiazdkowym z wyżywieniem all inclusive. W lecie ten sam hotel kosztowałby ich około 3000 złotych na głowę. Mogli więc doświadczyć luksusowych warunków, które w szczycie sezonu są poza ich zasięgiem. Przy czym pogoda, poza jednym tygodniem, kiedy było chłodniej, była naprawdę fajna – przekonuje Andryszak.

Zimowi klienci zadowoleni

- Jesteśmy więc bardzo zadowoleni i te loty też będziemy kontynuować w zimie 2015/2016. Wbrew temu, jak niektórzy o tym myślą, to nie był wcale eksperyment. Z Niemiec do Turcji lata zimą 10 – 20 samolotów tygodniowo. Antalya nie jest wcale zimą gorszym kierunkiem niż Cypr, czy Tunezja, jeśli chodzi o klimat, a jeśli chodzi o jakość hoteli, to jest nawet lepsza. Przecież nawet w Polsce zaczyna być modny wypoczynek zimą nad Bałtykiem. A w Antalyi nad Morzem Śródziemnym jest o 10 – 15 stopni cieplej w tym czasie, można więc dobrze wypocząć, spacerować, korzystać ze spa.

Skorzystali z tego głównie młodzi ludzie, jadący parami. Podczas ferii były też rodziny z dziećmi. Osobna kategoria „zimowych" klientów to zawodnicy klubów sportowych i golfiści, którzy wolą grać, kiedy nie dokuczają im letnie upały.

- Ponieważ TUI jest kojarzony głównie jako organizator wakacji rodzinnych, dotarcie z naszym produktem do par było dla nas szczególnie cenne. Mogę zapewnić niedowiarków, że do tych wyjazdów nie dopłacaliśmy – przekonuje Andryszak.

Wysyłanie turystów zimą do hoteli w Turcji ma też inny sens dla touroperatora – poprawia jego pozycję w negocjowaniu stawek za pokoje na lato. Hotelarze są skłonni opuścić cenę temu, kto daje im pracę zimą.

Dzisiejsze ceny dają zarobić, i niech tak zostanie

- Jak odpadnięcie Tunezji zadziała na polski rynek letnich wyjazdów? - Jeśli w zeszłym roku do Tunezji pojechało z biurami podróży 108 tysięcy turystów, jak podaje Tunezyjski Urząd ds. Turystyki, to znaczy, że w samolotach czarterowych było jakieś 120 tysięcy foteli. Sądzę, że połowa z tego, 60 tysięcy, trzeba w tym sezonie uznać za stracone. Moim zdaniem szybko nie uda się tego odrobić. Chyba, że w samolotach już zaplanowanych na inne kierunki jest taka nadwyżka miejsc – a tego jeszcze nie wiemy, bo nie wiemy, ile poszczególni touroperatorzy ich przygotowali – że niejako wchłoną te 60 tysięcy. Pod warunkiem, że ludzie zdecydują się na wakacje w innym niż Tunezja miejscu. Prawdopodobnie skorzystają oni z ofert w podobnej cenie, czyli w Bułgarii i Grecji.

Dla sezonu turystycznego nie widzę jednak zagrożenia. Wskaźniki gospodarcze Polski są dobre. Powinno więc rosnąć zainteresowanie Polaków wypoczywaniem za granicą. Na razie sprzedaż letnich wakacji, jak słyszymy od touroperatorów – to nie dotyczy TUI - nie była realizowana na poziomie, jakiego oczekiwali. Wszyscy chyba liczymy, że ludzie po prostu wstrzymują się jeszcze z decyzjami o zakupie letnich wakacji, ale w maju i czerwcu wrócą do biur podróży i wtedy nadrobimy jeszcze wyniki. Naturalnie, jeśli nie wydarzy się coś, na co biura podróży nie mają wpływu, a co mogłoby zachwiać rynkiem.

Na razie widać, że nie ma paniki touroperatorów, ceny utrzymują się na poziomie, który pozwala zarobić im na marży. Najwięksi gracze na rynku zapowiadali zresztą, że będą chcieli w tym roku zadbać o swój wynik finansowy. Szczególnie, że już zima przyniosła im straty. To się uda, jeśli ich deklaracje pokryją się z realnym działaniem, czyli że nie zwiększą podaży.

Moim zdaniem, sezon całej turystyki wyjazdowej zamknie się niewielkim wzrostem, do 5 procent. To byłby bardzo dobry wynik, ponieważ już zeszły rok przyniósł duży wzrost rynku (szacuje się, ze było to15 – 18 procent – red.). Utrzymanie wyniku sprzed roku, a nawet dołożenie do niego kilku procent, to byłby sukces.

Przy czym myślę teraz o liczbie klientów, bo przychód, jeśli tylko ceny wyjazdów utrzymają się na dzisiejszym poziomie, może być jeszcze większy.

Źródło: turystyka.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA