fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Piłkarze na kontrakcie do emerytury

AFP
Decyzja niemieckiego sądu pracy może zrewolucjonizować europejski futbol, jak 20 lat temu tzw. prawo Bosmana.

Klub FC Mainz, obecnie 11 miejsce w Bundeslidze, nie przedłużył kontraktu z 36-letnim rezerwowym bramkarzem Heinzem Muellerem. W ten sposób po wygaśnięciu kontraktu Mueller stał się panem swego losu. Problem w tym, że jak dotąd nie udało mu się znaleźć pracy gdzie indziej. Udał się więc do sądu pracy. Argumentował, że piłkarz w świetle unijnego i niemieckiego prawa nie różni się od innych pracowników najemnych. Czyli, że po przepracowaniu dwóch lat powinien był otrzymać kontrakt na stałą pracę, czyli etat. Jako, że nigdy nie otrzymał, uważa, że taki mu się należy i co za tym idzie, FC Mainz nie miał prawa zwolnić go z pracy. A on pracę chce świadczyć nadal. I niemiecki sąd pracy przyznał mu rację. Oczywiście dopiero w pierwszej instancji. Niemniej jednak sytuacja zaalarmowała piłkarskie kluby w całej Unii.

Jeśli wyrok zostanie potwierdzony w wyższych niemieckich instancjach i przez unijny trybunał sprawiedliwości, europejskiemu futbolowi grozić może zapaść, a na pewno ogromne zmiany. Po pierwsze po dwóch latach zatrudniania klub będzie musiał albo oddać innemu klubowi piłkarza za darmo, jeśli ten wyrazi takie życzenie, albo zaoferować mu kontrakt na czas nieokreślony. W pierwszym przypadku kosztujący i zarabiający miliony piłkarze elity będą mogli zbijać na tym majątek zmieniając kluby jak rękawiczki co dwa lata, może i częściej, a nie co pięć lat jak dotychczas – po wygaśnięciu kontraktu bez „odstępnego". Nikt przecież nie zmusi piłkarza do podpisania stałego kontraktu w klubie macierzystym.

W przypadku drugim, gdy piłkarz stały kontrakt podpisze, jeśli zechce, będzie mógł pracować w klubie do emerytury. Nie piłkarskiej, gdy z powodu wieku trzeba po 30-tce wieszać buty na kołku, a tej, na którą mężczyźni przechodzą teraz w Europie w wieku 65-67 lat. Czyli kluby będą musiały oferować futbolistom do tego czasu płatną pracę. Oczywiście, gdy piłkarz już nie będzie mógł grać na odpowiednio wysokim sportowym poziomie, chodzić może o pracę trenera, magazyniera, urzędnika czy kierowcy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zdać sobie sprawę, jak to się może skończyć: setki byłych piłkarzy na utrzymaniu klubu, siłą rzeczy w wielkiej części na fikcyjnych etatach, bo sensownej pracy dla armii byłych piłkarzy klub przecież nie znajdzie. To może szczególnie biedniejsze kluby doprowadzić do bankructwa.

Nie można przypadku bramkarza Muellera z Moguncji lekceważyć, bo historia uczy czegoś zupełnie innego. W 1995 roku decyzja europejskiego trybunału w sprawie belgijskiego piłkarza Bosmana zezwoliła piłkarzom po wygaśnięciu kontraktu na odejście do innego klubu bezpłatnie. To naturalnie wzmocniło ogromnie pozycję przetargową piłkarzy. Zaczęli w porównaniu z sytuacją sprzed 1995 r. zarabiać krocie, a ceny na rynku transferowym poszybowały w górę. Oczywiście ta regulacja spowodowała również, że piłkarze przestali być niewolnikami swoich klubów. Co więcej, Unia wtedy zniosła limit zagranicznych graczy w klubach. Naturalnie tylko jeśli chodzi o obywateli krajów Unii. Stąd bywało, że w zespole Chelsea nie grał żaden Anglik, a w zespole Interu żaden Włoch. Nieuchronnie rozpoczęły się manipulacje i oszustwa paszportowe. Piłkarze z Ameryki Południowej doszukiwali się europejskich pradziadków, najczęściej włoskich, portugalskich lub hiszpańskich i stawali się „unijnymi" Europejczykami. Nierzadko przy wydatnej pomocy władz europejskich klubów i biur emigracyjnych.

Gdy Bosman wniósł swoją sprawę do Trybunału domagając się, by jego były klub RFC Liege pozwolił mu bez odstępnego przejść do francuskiej Dunkierki, wszyscy pukali się w głowę, a konsekwencji, które odmieniły futbol nie do poznania, nikt nawet w małej części nie był sobie w stanie wyobrazić. Tak może być i tym razem.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA