Publicystyka

Mateusz Mazzini: Inwestycja w kapitał ludzki

Mateusz Mazzini
materiały prasowe
Jeśli Polska chce się liczyć w światowym wyścigu naukowym, musi udzielać wsparcia najzdolniejszym młodym Polakom, którzy chcą się kształcić za granicą – pisze publicysta.

Po niedawnym zatwierdzeniu rządowego programu stypendiów dla polskich studentów na zagranicznych uczelniach przez media przetoczyła się fala oburzenia, że z pieniędzy podatników wzmacnia się obce ośrodki naukowe i zachęca do wyjazdu młodych, którzy już na pewno nigdy do Polski nie wrócą. Utyskiwali niemal wszyscy, od przedstawicieli rodzimych środowisk akademickich, którzy czuli się okradzeni z przynależnych im pieniędzy, po polityków opozycji oskarżających wręcz ekipę rządzącą o świadome działanie na szkodę narodu poprzez wspieranie emigracji.

To nie są pieniądze wyrzucone w błoto

Pojawiały się najróżniejsze wywody na temat tego, dlaczego taki fundusz tak naprawdę osłabi nasz kraj. Zdecydowanie dominował w tych wypowiedziach jednak czynnik finansowy. Mówiąc wprost, jak wypuścimy młodych Polaków na ten legendarny Zachód, to ich tam nauczą wszelakich sztuk magicznych, a przede wszystkim dadzą takie pieniądze, których nikt w Polsce zaoferować nie będzie w stanie, i tyle ich w kraju widzieli. Co z tego, że państwowe stypendia będą obwarowane obowiązkiem przepracowania co najmniej pięciu lat w Polsce po ukończeniu studiów, w przeciwnym razie kandydat będzie musiał zwrócić poniesione przez państwo koszty – przecież dla przyszłego absolwenta Stanfordu czy Cambridge będzie to naprawdę niewielki wydatek. Krótko rzecz ujmując, kwota 336 mln złotych, które Polska ma przeznaczyć na fundusz do 2025 roku, to pieniądze wyrzucone w błoto.

Ktoś może powiedzieć, że przytoczone powyżej przykłady są tylko zlepkiem różnych rodzajów generalizacji wygłaszanych przez niedoinformowaną gawiedź. I pewnie będzie miał do pewnego stopnia rację, choć akurat sporo tego typu komentarzy padło w ostatnich dniach publicznie z ust wielu szanowanych wykładowców i rektorów szkół wyższych. Mniejsza jednak o to, kto jest autorem owych krytycznych wystąpień. Ważniejsze jest to, że ogniskują one największą wadę w naszym ogólnonarodowym myśleniu o kwestiach takich, jak: emigracja edukacyjna, powroty młodych do Polski i ich miejsce na rynku pracy. Mianowicie są w dużej mierze oparte na stereotypach, które z rzeczywistością mają coraz mniej wspólnego.

Wbrew stereotypom

Po pierwsze, sam program stypendialny ma dawać bardzo dużą przewagę w wyścigu o państwowe stypendia kandydatom przygotowującym się do studiów w USA. Według jego obecnych założeń ubiegać się o fundusze mogą bowiem jedynie ci, którzy zostaną przyjęci na jedną z 29 najlepszych uczelni według tzw. listy szanghajskiej – zgodnie z tegorocznym wydaniem tego zestawienia jedynie pięć uczelni europejskich spełniłoby to kryterium.

Warto w tym miejscu dodać, że w tej chwili liczba polskich studentów na amerykańskich uczelniach jest znacznie niższa niż w Wielkiej Brytanii czy innych krajach europejskich nie tylko ze względu na większe koszta studiowania za oceanem. Wyjazd na studia do USA – choćby te najlepsze – to zawsze decyzja o dużo większym kalibrze osobistym, chociażby z tego względu, że z Bostonu na święta nie tak łatwo wrócić jak z Londynu. Nie każdy zdecyduje się ją podjąć.

Co więcej, sam program ma obejmować swoim zasięgiem 100 osób rocznie. Trudno zatem mówić o masowej emigracji intelektualnej, do której stypendia mają rzekomo się przyczynić. Jeśli w tej chwili, zgodnie z danymi OECD, poza Polską uczy się około 50 tys. naszych studentów, a liczba ta wzrosła o około 20 proc. w ciągu ostatnich lat, to przyczyn emigracji należy szukać gdzieś indziej niż w fakcie płacenia za studia 100, nawet najzdolniejszym, młodym naukowcom.

Po drugie, mylne jest przeświadczenie, że uruchomienie rządowego programu stypendialnego nakłoni do wyjazdu tych, którzy do tej pory swoją przyszłość widzieli wyłącznie nad Wisłą. Nie łudźmy się – jeśli są na tyle zdolni, by przyjął ich Harvard, to raczej na polskich uczelniach i tak by za długo nie zabawili. Jedyne, co w ich przypadku może zmienić publiczna pomoc finansowa, to tak naprawdę umożliwić im podjęcie właśnie tych studiów, na które najbardziej chcą pójść. Często bowiem w przypadku przyjęcia na studia i jednoczesnego braku odpowiedniego zaplecza finansowego zdolni studenci idą na mniej prestiżowe uniwersytety, które są jednak w stanie zaoferować im jakąś formę stypendium. Dzięki wsparciu rządowemu chociaż ta setka nie musiałaby stawać przed takim wyborem.

To z kolei prowadzi do trzeciego stereotypu opartego na przekonaniu, że finansowanie studiów za granicą jest zbędnym luksusem. Nic bardziej mylnego – zwłaszcza w przypadku Polski jest to dużo bardziej konieczność niż fanaberia. Przytoczmy ponownie statystyki – w tej chwili poza Polską studiuje niemal 50 tys. młodych osób, których nasze państwo nie wspiera w żaden realny sposób. Brak systemowych rozwiązań wspierających tak dużą liczbę studentów to absolutny precedens wśród krajów o poziomie rozwoju podobnym do Polski. A trzeba podkreślić, że zapotrzebowanie na takie wsparcie jest ogromne, zwłaszcza w docelowej grupie beneficjentów, tj. studentów biorących udział w programach magisterskich i doktoranckich.

Na całym świecie studia drugiego i trzeciego stopnia to ogromne koszta, większość krajów nie oferuje na nie centralnego wsparcia, a liczba stypendiów i grantów naukowych jest mocno ograniczona nawet w najbogatszych ośrodkach naukowych. Młodzi Polacy zatem, nawet jeśli dostaną się na prestiżowe programy doktoranckie, często muszą z nich rezygnować pozbawieni źródeł finansowania alternatywnych wobec uczelni. Tym samym stoją często na straconej pozycji w stosunku do swoich kolegów nie tylko z takich bogatych krajów, jak Norwegia czy Finlandia (do których nie ma sensu Polski porównywać), ale również z Czech, Grecji czy tak odległych, jak Malezja i Indonezja, którzy mają szanse szukać pieniędzy na studia w swoich rodzimych krajach. Jeśli Polska chce się liczyć w światowym wyścigu naukowym, musi udzielać wsparcia swoim najzdolniejszym młodym naukowcom.

I tu, kończąc, przejść należy może do najważniejszego punktu: że młodzi Polacy kształcący się za granicą za punkt honoru stawiają sobie nigdy nie wrócić do Polski. To stereotyp bardzo nieprawdziwy i niesłychanie krzywdzący – polscy studenci są dziś jedną z najprężniejszych grup emigracyjnych i głośnymi adwokatami powrotu do ojczyzny. Dowodem tego niech będą chociażby zakończone niedawno NextStepPoland na Uniwersytecie w Cambridge czy LSE Polish Economic Forum – dwie spośród wielu cyklicznie organizowanych imprez, w trakcie których młodzi Polacy zbierają się, debatują o Polsce i promują ideę rozwoju własnej kariery nad Wisłą. I często, wbrew powszechnej w kraju opinii, to wcale nie kryterium finansowe jest dla nich najważniejsze.

Pozwólmy spróbować

Często pojawiają się głosy, że w Polsce po prostu o wiele rzeczy łatwiej. Naukowcom – o szybszy awans w hierarchii, młodym przedsiębiorcom – o wygranie konkurencji na jeszcze nie tak zatłoczonym rynku. Dla wielu może brzmieć to irracjonalnie, ale mnóstwo młodych Polaków widzi Polskę jako kraj szans, przynajmniej dla siebie samych. Dlatego właśnie Polska jest im tę szansę winna. Może nie jest w stanie jeszcze zaoferować tych samych pensji, zaplecza technicznego i know-how, które oferują: Londyn, Boston czy Dolina Krzemowa, ale może dać chociaż pole do działania.

Miejmy świadomość kapitału ludzkiego, jakim dysponuje polska emigracja edukacyjna. Nie szczędźmy na nią pieniędzy, nie mówmy – a takie opinie też pojawiają się coraz częściej – że wracając do Polski, kradnie ona pracę tym, którzy zostali, i psuje rynek swoimi zawyżonymi wymaganiami. Jeżeli mimo wszystkich barier i problemów, z jakimi Polacy po studiach za granicą spotykają się w polskiej rzeczywistości, nadal spora część z nich ma siłę i energię, żeby wracać do Polski i zmieniać ją na lepsze, pozwólmy im chociaż spróbować. A jeśli pomożemy na starcie, chociażby płacąc za rok studiów magisterskich, sami damy sobie większe szanse na to, żeby przekonać ich do powrotu. Dobrze, że stać nas na płacenie im za studia, bo na pewno nie stać, by stracić ich wszystkich na zawsze.

Autor jest publicystą, absolwentem St Antony's College Uniwersytetu Oksfordzkiego

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL