fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Chorzy na raka wpadli w pułapkę

Za niedoróbki pakietu onkologicznego i opóźnienia diagnostyki pacjenci płacą zdrowiem
AFP
Obowiązek wykonania badań histopatologicznych przez szpital blokuje pacjentowi szybką ścieżkę.

Minęło dziesięć tygodni funkcjonowania pakietu onkologicznego. W związku z tym w szpitalach powinni pojawić się pierwsi zdiagnozowani pacjenci onkologiczni z zieloną kartą. Minister zdrowia obiecał im, że od momentu podejrzenia nowotworu do czasu rozpoczęcia leczenia nie upłynie więcej niż dziewięć tygodni.

Im dalej w las, tym więcej drzew. Przepisy niekiedy wręcz opóźniają leczenie.

Relacje z placówek medycznych i absurdy pakietu na bieżąco zbiera Naczelna Izba Lekarska.

– Wielką wadą tego rozwiązania jest to, że kartę diagnostyki i leczenia onkologicznego (DiLO), uprawniającą do leczenia bez kolejki, można założyć choremu tylko na jeden nowotwór – wskazuje prof. Lucyna Kępka, radiolog z Warmińsko-Mazurskiego Centrum Onkologii. Tłumaczy, że jeśli pacjent ma np. raka płuc i wystąpi podejrzenie, że ma także nowotwór wątroby, to z zieloną kartą leczy się bez kolejki tylko na to pierwsze schorzenie. Na raka wątroby lekarz nie może założyć drugiej karty, dopóki badanie histopatologiczne nie potwierdzi nowotworu.

– Raka płuc pacjent leczy więc szybko w pakiecie, a diagnozując nowotwór wątroby, czeka w długiej kolejce z pozostałymi – mówi prof. Kępka.

Specjalista ginekolog z Łodzi relacjonuje samorządowi lekarskiemu, jak leczył pacjentkę, u której podejrzewał raka. – Chora przyszła do mnie prywatnie. Stwierdziłem nowotwór. Wystawiłem więc kartę DiLO, ale zaraz musiałem i tak odesłać ją do lekarza rodzinnego – opowiada. Jako specjalista nie może wypisać chorej zielonej karty, bo rak musi być potwierdzony przez badanie histopatologiczne.

– Pacjentka wróciła do mnie z zieloną kartą, bo na szczęście mam umowę z NFZ na pakiet onkologiczny, ale dużo szybciej byłoby, gdyby to ginekolog mógł wystawić chorej kartę i poprowadzić do dalszej diagnostyki – podsumowuje specjalista.

Medyk ze Śląska relacjonuje zaś leczenie pacjenta z rakiem jelita grubego. Taki chory powinien zgłosić się do poradni chirurgicznej, gdzie mógłby liczyć na skierowanie na kolonoskopię. – W moim powiecie nie da się przeprowadzić kolonoskopii w poradni. Jedynym wyjściem dla pacjenta jest położenie go na oddział. Kłopot polega na tym, że hospitalizacji, w zakres której wchodzi to badanie, szpital nie może rozliczyć w ramach pakietu onkologicznego. Przepisy na to nie pozwalają – zauważa lekarz. – Szybka ścieżka onkologiczna urywa się właśnie tu.

Dylemat: według przepisów czy szybciej

O leczeniu pacjenta z rakiem jelita grubego opowiada internista ze Śląska. W tym wypadku nowotwór był akurat potwierdzony kolonoskopią, którą specjaliści wykonali choremu na oddziale chorób wewnętrznych. Później pobrali wycinek do badania histopatologicznego. I tu pojawił się problem, bo na wyniki badań trzeba poczekać dwa, a nawet trzy tygodnie.

– Pacjent został skierowany na chirurgię, a lekarze stanęli przed dylematem: wykonać operację w pakiecie onkologicznym dopiero po wynikach badania histopatologicznego, czyli za trzy–cztery tygodnie, czy przeprowadzić ją natychmiast, bo wiedza i doświadczenie lekarskie podpowiadają, że zwłoka może spowodować postęp choroby – opowiada lekarz.

Wobec trudności z rozliczaniem badań i oczekiwaniem na wynik histopatologii trudno placówkom medycznym dotrzymać dziewięciotygodniowego terminu. A wynik tego badania histopatologicznego jest warunkiem dalszego leczenia pacjenta w poradni. Minister zdrowia, stawiając takie wymagania placówkom, nie przewidział jednak, że nie w każdym przypadku takie badanie daje wiarygodny rezultat.

– W przypadkach nowotworów nerek, pierwszorazowych raków pęcherza moczowego czy nadnerczy decydujemy o wycięciu guza na podstawie badań obrazowych, czyli np. USG. Rozpoznanie histopatologiczne jest tu zbędne – zwraca uwagę urolog. Zaznacza jednak, że specjaliści nie zlecą histopatologii i nie wpiszą do zielonej karty. System informatyczny w ogóle nie pozwoli jej wystawić choremu.

Zna się tylko jeden, ale konsylium musi być

Kłopot z dotrzymaniem terminów w szpitalach to nie wszystko. Minister zdrowia obiecał też chorym onkologicznym konsylium. Ciało, w skład którego wchodzi radiolog, onkolog czy chirurg, powinno się zebrać zawsze w ciągu dwóch tygodni od przyjęcia chorego do szpitala. Po to, aby pochylić się nad pacjentem, ustalić harmonogram jego leczenia i zadecydować, jakim zabiegom go poddać. Tyle teoria. Praktyka jest inna.

– U nas konsylium może się zebrać najwyżej raz w tygodniu. W wielu przypadkach nie jest to w ogóle możliwe. Robi się je wirtualnie, np. lekarz radiolog wpada na pół godziny i podpisuje 36 kart. Następnego dnia w różnych porach ponaglani telefonami przyjeżdżają inni wymagani lekarze, którzy szybko podpisują karty, aby formalności stało się zadość – opowiada lekarz z Gdańska.

Podaje przykład chorego z chłoniakiem Burkitta, na którego leczeniu nie zna się nikt poza hematologiem w konsylium. Chory jednak i tak musi czekać, aż zbierze się ono raz w tygodniu. Chłoniak Burkitta podwaja tymczasem swoją masę w każdej dobie. Lekarze powinni więc rozpocząć leczenie natychmiast po rozpoznaniu. Ale szpital nie może wówczas rozliczyć pacjenta w pakiecie.

Szpitale, które nie zastosują się do wytycznych, tracą finansowo. Jedna z placówek w woj. pomorskim zgłosiła do rozliczenia 51 kart DiLO. Fundusz zakwestionował jednak 50 z nich i zapłacił tylko za jedną, czyli za leczenie tylko jednego chorego.

Inny przykład to szpital na Śląsku. Oddziałowi chirurgii na 280 przypadków nowotworów zgłoszonych do rozliczenia NFZ zapłacił za cztery.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA