fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Piłka nożna

Znakomity nudziarz

Petr Cech (z prawej) z Didierem Drogbą
AFP
Trudno powiedzieć, że chcący odejść po blisko 11 latach z Chelsea Petr Cech przegrał z upływającym czasem. On po prostu przegrał z Mourinho.

Ubiegłoroczne przenosiny Thibaut Courtois z Madrytu do Londynu przypominały trochę czeski film. Część dziennikarzy i ekspertów na Wyspach — chociaż doceniało ogromną skalę talentu bramkarza — nie do końca wiedziało o co chodzi. Zastanawiało ich, dlaczego Mourinho mąci na pozycji, która od lat przysparzała The Blues najmniej kłopotów. Portugalczyk tradycyjnie zżymał się na takie uwagi: — Mogę mieć Diego Costę, Didiera Drogbę i Fernando Torresa, więc mogę mieć Courtois i Cecha. Mogę mieć Ramiresa, Cesca Fabregasa, Nemanję Matica i Oscara, ale nie mogę mieć dwóch najlepszych bramkarzy? Mogę. Chelsea może jako klub, mogę ja jako menedżer — mówił w swoim stylu.

Jubileuszu chyba nie będzie

Klamka zapadła, a Portugalczyk jest konsekwentny. Od początku sezonu bramki Chelsea pilnuje młody Belg, Petr Cech wystąpił tylko w pięciu ligowych spotkaniach, chociaż za każdym razem stawał na wysokości zadania i nie wpuścił w nich żadnej bramki. Wystąpił także w niedawnym finale Pucharu Ligi przeciwko Tottenhamowi, dzięki czemu zdobył już czternasty tytuł w Anglii. Mimo to czeski bramkarz wydaje się być nieugięty i po sezonie chce opuścić Stamford Bridge. Prawdopodobnie nie doczeka więc jubileuszu 500 meczów w Chelsea, do którego brakuje mu zaledwie dziewięciu meczów. Mourinho chciałby oczywiście mieć w kadrze obu bramkarzy, ale nie ma w zwyczaju biegać za piłkarzami i ich o cokolwiek prosić. — Nie tracę czasu na przekonywanie go, bo to tylko jego decyzja. Jeśli twierdzi, że chce odejść, to mogę mu powiedzieć tylko swoją opinię: że jest jednym z trzech najlepszych bramkarzy na świecie i trzeba będzie zapłacić za niego ogromne pieniądze — mówił na łamach tabloidu "Daily Mail".

Pieniądze będą tu istotne, bo Cech ma ważny kontrakt do czerwca przyszłego roku. Jeśli ktoś zgłosi się zgłosi, będzie musiał sięgnąć głęboko do kieszeni, bo legenda The Blues ma tylko 32 lata i jeszcze kilka dobrych sezonów gry przed sobą.

Cech przychodził do Chelsea w 2004 r. z łatką utalentowanego zawodnika francuskiego Rennes, a wcześniej Sparty Praga. Można powiedzieć, że w pewnym sensie był wtedy w podobnej sytuacji, w jakiej jest jego obecny rywal Courtois, bo przyjechał do Anglii mając na karku raptem 22 lata (tyle samo co Belg przy przeprowadzce), a przyszło mu walczyć z 31-letnim wówczas Carlo Cudicinim. Pojedynek szybko wygrał i zamurował bramkę londyńczyków na dekadę. Po drodze wygrywając przede wszystkim trzy mistrzostwa Anglii, Ligę Mistrzów, Ligę Europejską i zgarniając gromadę nagród indywidualnych. W najlepszej jedenastce Premier League znalazł się także w sezonie 2013/2014. Jeśli według zapowiedzi odejdzie po obecnym sezonie, z początków ery Romana Abramowicza pozostaną w zespole już tylko John Terry i Didier Drogba.

Na Wyspach uznawany jest nie tylko za wybitnego bramkarza, ale też za wyjątkowego nudziarza. Zwykle wyważony, bardziej przypomina spokojnych Edwina van der Sara i Ikera Casillasa, niż kipiących emocjami Gianluigiego Buffona czy Olivera Kahna. Dla dziennikarzy piszących o futbolu zawsze był kiepskim rozmówcą. A już w ogóle żadnego pożytku nie miały z niego brytyjskie tabloidy, które wprost marzą, aby nakryć topowego piłkarza po pijaku wytaczającego się z dyskoteki, najlepiej z prostytutką pod pachą. Cech nigdy się tak nie bawił, na oficjalnej stronie internetowej klubu można za to przeczytać, jak z przejęciem opowiada o spędzanych razem z żoną Martiną w Anglii świętach Bożego Narodzenia. Po godzinach oddaje się swojej muzycznej pasji, czyli grze na perkusji. W sieci można znaleźć filmiki, jak wystukuje m.in. "Smells Like Spirit" Nirvany czy "Clocks" Coldplay. Ale to wcale nie znaczy, że nigdy nie miał w piłce swojego zdania. Miejsce w klubowej starszyźnie upoważniało go do tego. Chociaż nikt tego oficjalnie nigdy nie przyznał, to m.in. jego stanowisko miało wpłynąć na to, że po fatalnym okresie rządów Andreasa Villasa-Boasa Abramowicz nie wymienił połowy drużyny, ale jej szefa. Podobnie było w reprezentacji, gdzie jest kapitanem i dla której zagrał 112 razy. Potrafił w najważniejszych momentach wpływać na funkcjonowanie drużyny obojętnie, czy selekcjonerem był Petr Rada, Michal Bilek czy Pavel Vrba.

Klopsy w ważnych momentach

Z reprezentacją wiążą się jednak też jego traumy. Podczas Euro 2008 Czesi w ostatniej kolejce fazy grupowej mierzyli się w Genewie z Turcją. Stawką był ćwierćfinał. Prowadzili 2:1 po golach Kollera i Plasila, ale na trzy minuty przed końcem przyszedł kataklizm: po wydawałoby się łatwym dośrodkowaniu Cech wypuścił piłkę z rąk, a Nihat Kahveci strzelili jedną z łatwiejszych bramek w swojej karierze. Chwilę później Turcy dobili rywala wygrywając 3:2. Urodzony w Pilźnie bramkarz nie popisał się także podczas Euro 2012 r., kiedy najpierw puścił cztery gole w meczu z Rosją, a potem znów nie utrzymał piłki w rękach w meczu z Grekami — prezentując im tym samym gola — chociaż mecz był wygrany (2:1).

Całkiem niedawno na Wyspach zarzucono mu nawet, że jego styl gry, chociaż skuteczny, jest już staromodny. Ale Czech się odgryzał: — To mnie rozśmiesza. Ludzie mówią, że jestem staromodnym bramkarzem, ale gdyby spojrzeć, jak wysoko gram w polu, to nikt nie gra wyżej niż ja. Spójrzmy na każdego bramkarza w lidze i na moją pozycję w dowolnym momencie gry. Zobaczycie ogromną różnicę, może nawet 10-metrową. To jest naprawdę zabawne.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA