fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Włoska miłość do Moskwy nie rdzewieje

Premier Włoch Matteo Renzi
AFP
Premier Włoch Matteo Renzi w czwartek ma się pojawić w Moskwie, by rozmawiać z Władimirem Putinem o rozwiązaniu konfliktu w Libii.

Piotr Kowalczuk z Rzymu

To już czwarty przywódca państw Unii, który łamie nieformalny bojkot rosyjskiego prezydenta w imię partykularnych interesów swego kraju. Ogłaszając o tej zaskakującej wizycie Renzi powiedział: „W kwestii Libii chciałbym mieć w swojej drużynie Putina i Chińczyków". Co prawda zastrzegł, że, aby zasiąść do tych rozmów Putin musi się wycofać z Ukrainy, ponieważ naruszył granice tego kraju". Ale mimo, że sytuacja na Ukrainie nie zmienia się ani na jotę - Rosjanie nadal wspierają separatystów bronią i wojskiem - sam za stołem na Kremlu z rosyjskim prezydentem zasiądzie.

Jak się chwalił Renzi, choć włoski wywiad nie jest tak potężny jak CIA, to jeśli chodzi o rozeznanie sytuacji w Libii, nikt z Italią równać się nie może. Przekonywał, że z tego względu to Włochy powinny w imieniu społeczności międzynarodowej prowadzić negocjacje ze stronami libijskiej wojny domowej, a jeśli trzeba, mogą stanąć na czele „misji pokojowej", czyli wysłanych tam wojsk pod auspicjami ONZ.

Włochów faktycznie łączy z Libią historia, bo to była włoska kolonia, jak i do niedawna szereg poważnych powiązań biznesowych. Italia była przez lata libijskim oknem na świat, a dzięki świetnym stosunkom między dyktatorem Kaddafim a Silvio Berlusconim, gdy obaj sprawowali w swoich krajach władzę, kwitł handel i biznes. W Libii działały włoskie firmy budowlane, a kolos energetyczny ENI wydobywał i sprowadzał do Italii libijską ropę i gaz. Kres współpracy położyło obalenie Kaddafiego w 2011 r. nie bez militarnego udziału Francji i Wielkiej Brytanii. Efektem był potworny chaos, rozpad państwa i wojna domowa. Straty, które poniosła z tego powodu włoska gospodarka idą w grube miliardy euro.

Z pewnością Renzi chciałby do współpracy z Libią powrócić. Drugim poważnym problemem są dla Italii tysiące uchodźców, którzy przybywają z Libii do włoskich wybrzeży (ponad 140 tys. w ubiegłym roku). Poza tym przemyt ludzkiego towaru napełnia kasy zdobywających coraz większe wpływy i terytoria w Libii grup zbrojnych związanych z „Państwem Islamskim". Płynących z Libii gróźb islamistów, że podbiją Italię, Rzym i Watykan, Włosi nie mogą lekceważyć choćby z tego powodu, że kilkudziesięciu obywateli włoskich, głównie pochodzenia arabskiego, walczy w szeregach PI, a w Italii mieszka obecnie 1,8 mln wyznawców Allaha.

Co więcej, medialna histeria wokół zagrożenia terroryzmem islamskich przekroczyła już wszelkie granice rozsądku. Teksty straszące czytelników inwazją „podrzynaczy gardeł", jak mówią tu o islamskich fanatykach, ciągną się we włoskiej prasie stronami, a towarzyszą im artykuły o tym, że Italia jest na atak terrorystyczny kompletnie nieprzygotowana.

Co prawda spece od geopolityki i wojskowości podkreślają, że bez Rosji trudno będzie walczyć z „Państwem Islamskim", jednak trudno dociec czym konkretnie Putin mógłby pomóc Italii i społeczności międzynarodowej w Libii, gdzie Moskwa praktycznie nie ma żadnych wpływów. Stąd brzydkie podejrzenia, że Libia to pretekst, a naprawdę Renziemu chodzi o reset współpracy z Rosją i równocześnie o związane z tym korzyści polityczne w kraju.

Włochów wojna na Ukrainie absolutnie nie obchodzi, bo dzieje się ponad 2 tys. kilometrów od Rzymu. Natomiast bardzo ich obchodzi, że w efekcie wzajemnych sankcji na samym eksporcie żywności do Rosji stracili 2,5 mld euro. Sporo pieniędzy stracił współpracujący z Gazpromem włoski kolos energetyczny ENI, bo wstrzymano budowę gazociągu South Stream. Nie sposób wyliczyć, ile na zubożeniu rosyjskich klientów w efekcie sankcji (ale i niekoniecznie z nimi związanego spadku wartości rubla) stracili włoscy hotelarze, właściciele butików, out-letów, producenci luksusowych aut czy gondolierzy w Wenecji.

Zarówno Forza Italia Silvio Berlusconiego jak i populistyczna Liga Północna, a na dodatek Ruch 5 Gwiazd komika Beppe Grillo (25 proc. głosów w ostatnich wyborach) od samego początku byli przeciwko nakładaniu sankcji na Rosję. W tej chwili popiera je zaledwie 29 proc. Włochów. Prawicowe włoskie media od początku konfliktu na Ukrainie powtarzały niemal wszystkie tezy moskiewskiej propagandy, wraz z tą faszystowskim rodowodzie Majdanu. Wsparły aneksję Krymu i prawo separatystów do samostanowienia.

Kilka dni temu w sondażu prawicowego dziennika „Libero" na pytanie „Kogo popierasz: rząd w Kijowie czy Putina?" aż 79 proc. czytelników wskazało na byłego pułkownika KGB. To właśnie na włoskiej prawicy po raz pierwszy padła idea: „Trzeba oddać Ukrainę Putinowi i razem z Rosją ruszyć na Państwo Islamskie".

Nie sposób ocenić jak wygląda poparcie dla tych idei w skali całych Włoch, bo nikt takich badań nie robił. Niemniej jednak na lewicy słychać głosy, że to Amerykanie chcą wmanewrować Europę w konflikt z Rosją, więc trzeba mieć się na baczności. Co więcej, część miłości, którą lewicowcy starszego pokolenia darzyli Związek Radziecki, spłynęła na Rosję Putina. Z lewa i z prawa padły już pod adresem Polski i państw bałtyckich zarzuty o podżeganie do wojny z Putinem, a idąca w tę stronę drobna aluzja padła też z ust premiera Renziego.

Większość Włochów nie życzy sobie żadnych konfliktów z Putinem, a los Ukrainy ich absolutnie nie obchodzi. Zagrożenia ze strony Rosji dla siebie nie widzą, za to za sprawą histeryzujących mediów obawiają się islamistów. Z tym wszystkich powodów, jeśli faktycznie Renzi w czwartek pojedzie do Moskwy, by sekretnie układać się z Putinem, Włosi mu przyklasną.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA