fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Kto chce zarobić na wypadku dziennikarzy

Internauci mogli kupić fragment zderzaka rozbitego ferrari. Allegro nie wycofało aukcji
„Tylko dla fanów marki Ferrari” – tak julecz_ka zachęca do nabycia części ze spalonego modelu Ferrari Modena 360 z rocznika 2004. W opisie aukcji nie pojawia się informacja, że chodzi o samochód, którym podróżował Maciej Zientarski. Jednak to dokładnie ten sam model i rocznik.
– Albo ktoś chce wykorzystać naiwność osób licytujących w tym serwisie, albo rzeczywiście mamy do czynienia z próbą sprzedania części tamtego pojazdu. Tak czy owak jest to zachowanie po prostu niesmaczne – uważa profesor Jacek Hołówka, etyk z Uniwersytetu Warszawskiego. Jego zdaniem, jeśli rzeczywiście ktoś próbuje zbić interes na częściach samochodu, którym jechał Zientarski, to powinna się tym zainteresować policja. – Jeśli nie handluje tym właściciel auta, nikt inny nie ma prawa tego robić. Niestety nie brakuje osób, które próbują zarobić na ludzkim nieszczęściu.
Sama aukcja nie cieszyła się powodzeniem. Do godziny 14 na stronę weszło zaledwie 250 osób. Dopiero kiedy poinformował o tym dziennik.pl, liczba osób wchodzących na stronę zdecydowanie wzrosła, a do licytacji zaczęli się przyłączać pierwsi chętni. Cena wywoławcza wynosiła 50 zł. Aukcja kończyła się późnym wieczorem. Ostatecznie fragment samochodu wylicytowano za 405 zł. Allegro nie zdecydowało się na wycofanie licytacji, ponieważ – jak tłumaczy – nie ma dowodów, że wystawiony fragment pochodzi rzeczywiście z samochodu, którym jechał Zientarski. Czerwone ferrari, którym jechali dwaj dziennikarze motoryzacyjni – oprócz Zientarskiego także Jarosław Zabiega z „Super Expressu”, rozbiło się 27 lutego na ulicy Puławskiej w Warszawie. Jarosław Zabiega zginął na miejscu. Maciej Zientarski w ciężkim stanie znajduje się w szpitalu. Od blisko miesiąca jest w śpiączce. Przeszedł kilka operacji, ostatnio zoperowano mu ramiona. Lekarze zapewniają, że wszystko przebiegło zgodnie z planem i stan pacjenta jest stabilny. Policyjni specjaliści uważają, że w chwili wypadku auto mogło jechać z prędkością prawie 300 km/h. Świadczą o tym ślady hamowania. Dziennikarzowi może grozić nawet do ośmiu lat więzienia. Auto zostawił Maciejowi Zientarskiemu na przechowanie znajomy, który kilka dni wcześniej kupił je za ponad 300 tys. zł. Samochód nie miał ubezpieczenia AC. masz pytanie, wyślij e-mail do autora j.strozyk@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA