fbTrack

Publicystyka

Kłopoty z Antygoną

PAP, Lech Muszyński Lech Muszyński
Ceną podjętej przez ?prof. Chazana decyzji nie jest ?ani jego sumienie, ani zbawienie, ?a już na pewno nie doczesna sława. Ceną jest życie dziecka ?– pisze publicysta.
W publicznej debacie na temat deklaracji wiary oraz wokół przypadku prof. Bogdana Chazana zaskakuje mnie – jak mniemam – szczere zdziwienie wielu polityków i publicystów, że ludzie wierzący uznają „pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim". Jeszcze bardziej zaskakujące jest jednak zdziwienie tychże samych, że człowiek ma prawo – a nawet obowiązek – działania zgodnie ze swoim sumieniem. Rozumiem, że ludzie niewierzący nie zgadzają się z prymatem prawa Bożego nad prawem stanowionym, ale chęć podporządkowania sumienia prawu brzmi niebezpiecznie. To pokusa władzy totalitarnej. Czy nie o tym uczyliśmy się, czytając „Antygonę"? Czy to nie tytułowa bohaterka tego antycznego dramatu była przez wieki ukazywana jako wzór tragicznego, ale szlachetnego wyboru między głosem sumienia a prawem? Czy postawa Antygony odeszła już do lamusa?

Moralność przed prawem

Historia Antygony jest powszechnie znana i nie trzeba jej chyba przypominać. Oś dramatu stanowi akt nieposłuszeństwa wobec prawa wydanego przez króla Teb, który zakazał pochować zmarłego brata Antygony – Polinejkesa. Jej tragiczna historia jest punktem wyjścia do debaty nad wzorcami postępowania moralnego. Świadomie sięgnąłem do szkolnego opracowania tej lektury, by nie narzucać swojej własnej interpretacji, lecz odwołać się do tego, czego powszechnie uczą w szkole. Danuta Polańczyk w opracowaniu, do którego zapewne sięga niejeden uczeń i nauczyciel, tak pisze o motywach Antygony: „Prawo boskie jest pierwsze, jemu powinny podlegać wszelkie ustalenia ludzkie – tak rozumiejąc, tytułowa bohaterka tragedii Sofoklesa podejmuje samotną walkę o wieczne szczęście brata". Być może jednak pytanie o relację prawa Bożego do ludzkiego to dylemat już miniony? Autorka opracowania sugeruje jednak inaczej: „Rozgrywający się w sumieniu bohaterki konflikt między obowiązkiem posłuszeństwa wobec nakazu władzy a pragnieniem pozostania wierną wobec prawa boskiego [...] ma znamiona ponadczasowości". Owszem, jej konflikt jest ponadczasowy, ale czy ponadczasowe są wybory Antygony? I na to pytanie otrzymujemy pozytywną odpowiedź: „Uniwersalizm »Antygony« zawiera się w moralnej wymowie dzieła jednoznacznie pochwalającego postawę tytułowej bohaterki, silnej niezłomnością zasad, podporządkowanej woli bogów". Tak więc dokonany przez nią wybór „stawia  Antygonę na czele heroicznych bohaterek, dumnych, pełnych godności, postępujących według zasad zgodnych z poczuciem moralności".
Tak, świadomie posłużyłem się cudzym tekstem, by uniknąć zarzutu, że to moja interpretacja, której można by zarzucić „kościelność". To raczej powszechnie obowiązująca wykładnia postawy Antygony, której to postawy uczą w polskiej szkole: moralność idzie przed prawem, nakaz sumienia jest ważniejszy niż ustanowione prawo, wierność własnym ideałom etycznym świadczy o szlachetności człowieka. Czasami trzeba za to zapłacić najwyższą cenę – cenę życia. Czy nie do tych samych ideałów odwołują się sygnatariusze tej tak bardzo krytykowanej przez część opinii publicznej deklaracji wiary? Przecież wiele ze sformułowań tam zawartych można by bez zastrzeżeń włożyć w usta Antygony. Czyż jej tragiczna decyzja nie była właśnie realizacją – jak czytamy w deklaracji – „prawa sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem", co przecież wynika wprost z uznania „pierwszeństwa prawa Bożego nad prawem ludzkim". Św. Piotr wyraził to kiedyś słowami: „Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi" (Dz 5, 29). W państwie może istnieć dyktatura demokracji – jeśli tylko zechce ono zawładnąć sumieniami swoich obywateli Ale zostawmy na boku bogów i Boga. Przecież – wbrew temu, co głoszą niektórzy – nie trzeba być człowiekiem wierzącym, aby mieć sumienie. Owszem, dla chrześcijanina – jak przypomniał Sobór Watykański II – „Sumienie jest najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa" i stąd bierze się rozpoznanie dobra i zła. Ale istnieje przecież także sumienie laickie, moralna tożsamość, zmysł etyczny pozwalający rozróżniać dobro i zło, którego kryteria wyprowadzane są z innych, pozareligijnych norm. Nie trzeba wcale wierzyć w Boga, by być człowiekiem sumienia.

Pierwsza ciemnogrodzianka

Tym, co łączy Antygonę z polskimi lekarzami, którzy podpisali deklarację, jest właśnie przekonanie, że odczytywane w sumieniu prawa moralne są czymś, co istnieje przed i ponad prawem ludzkim, że są obiektywne i niezmienne, a żadna władza nie może nikogo przymusić, by zrezygnował z autonomii sumienia. Kiedy Ismena pyta siostrę, czym są dla niej prawa Kreona, ta odpowiada: „Niczym, on nie ma nad moimi prawa". Jest tak właśnie dlatego, że mamy do czynienia z prawami ludzkimi, a nie boskimi, „które są wieczne i trwają od wieku, że ich początku nikt zbadać nie może". Antygona odważnie odpowiada więc Kreonowi, że nie sądzi, by jego „ukaz [...] ostry tyle miał wagi i siły w człowieku, aby mógł łamać święte prawa boże". Odwieczność tych praw jest dla Antygony gwarancją ich obiektywności i mocy zobowiązującej. Być może stanowi to dla niektórych zaskoczenie, ale wciąż są ludzie, którzy słowa Antygony gotowi są wziąć za swoje. Jeśli więc – jak słyszymy ostatnio – jedynie „ciemnogród" może uznawać wyższość prawa Bożego nad ludzkim, to – taka jest logiczna konsekwencja takiego myślenia – Antygona jest między nami pierwszą ciemnogrodzianką.

Cena życia

Ktoś może mi zarzucić, że porównanie stanowiska polskich lekarzy katolickich do Antygony jest nieuzasadnione, wszak bohaterka greckiej tragedii wystąpiła przeciw nieludzkiemu prawu wydanemu przez tyrana, natomiast w przypadku deklaracji lekarzy chodzi o odmowę podporządkowania się prawu legalnie ustanowionemu w demokratycznym państwie. To prawda. Istotą jest jednak nie to, kto ustanawia prawo, ale etyczna ocena tegoż prawa. Prawo ustanowione zgodnie z demokratycznymi procedurami wcale nie musi być moralnie dobre, przynajmniej nie przez wszystkich musi być za takie uznawane. Tak właśnie jest w odniesieniu do tych przypadków aborcji, które zostały dopuszczone przez polskie prawo. Ich legalność nie znosi prawa do posiadania moralnej oceny. O to właśnie upominają się polscy lekarze – katolicy. Na tym opiera odmowę dokonywania aborcji – nawet w przypadkach przez polskie prawo dozwolonych – prof. Bogdan Chazan. Konflikt między sumieniem a prawem w konkretnej sytuacji staje się konfliktem dwóch osób, między którymi staje los osoby trzeciej. Zarówno w przypadku decyzji Antygony, jak i w wyborach podobnych do tych, których dokonuje prof. Chazan, chodzi o życie. Antygona staje przeciwko Kreonowi, gdyż kocha swego brata Polinejkesa, a jego los pośmiertny, uzależniony – jak wierzy – od tego, czy jego ciało zostanie pochowane, jest dla niej wartością, której nie może się wyrzec. Jest najwyższą wartością, wszak chodzi o życie, nawet jeśli tylko w Hadesie. Właśnie z tego rodzą się jej słynne słowa: „Współkochać przyszłam, nie współnienawidzić". Nie, nie sugeruję matkom, które decydują się w tych określonych prawem przypadkach na aborcję, że nienawidzą swoich dzieci. Broń, Boże, bym odważył się tak myśleć. Jestem świadom, że w każdym przypadku jest to osobisty dramat kobiety. Chcę tylko powiedzieć, że i tutaj dochodzi do konfliktu, w konsekwencji którego lekarz staje naprzeciwko matki, aby swoją troską o życie dziecka odpowiedzieć na jej lęk czy cierpienie. I – jak jest przekonany – nie może inaczej, wszak chodzi o życie będące najwyższą wartością, nawet jeśli w czyjejś ocenie nie jest ono warte życia. Wbrew temu, co pisze Ewa Siedlecka w „Gazecie Wyborczej" (14–15.06.2014 r.), ceną podjętej przez prof. Chazana decyzji nie jest – przede wszystkim – ani jego sumienie, ani zbawienie, a już na pewno nie doczesna sława. Ceną jest życie dziecka.

Toast za sumienie

Na swoim blogu napisałem przed kilkoma dniami: „Nie wiem, czy słynna już »Deklaracja Wiary« była potrzebna. Reakcje na nią pokazały jednak, że standardy współżycia społecznego, o które upominają się jej autorzy i sygnatariusze, wywołują w polskim społeczeństwie niezrozumienie, opór, a nawet agresję". Podtrzymuję to zdanie. Publikacja deklaracji, a także upublicznienie decyzji prof. Chazana obudziły totalitarne demony. I piszę to z całą odpowiedzialnością. Znów pojawiły się bowiem postulaty, że religia powinna być czymś prywatnym i należy ją zostawiać w domu. Prym wiódł – niestety – minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, który wsławił się choćby takimi wypowiedziami w programie „Fakty po faktach" (11.06.2014 r.): „Nie będę pozwalał na to, aby prawo boskie przesłaniało prawo ludzkie. Od wyznawania wiary jest kościół, szpital jest od leczenia. Encyklika powinna być w domu, a w pracy encyklopedia". Od wyznawania wiary jest życie, bo człowiekiem jest się wszędzie i wciąż – nie tylko w kościele. Ks. Józef Tischner w swoim „Nieszczęsnym darze wolności" pisał w cztery lata po obaleniu komuny, że komunizm był parodią religii, gdyż chciał wprowadzać „dyktaturę proletariatu" – także w obszarze sumienia człowieka. Mówiąc inaczej – komunizm uzurpował sobie prawo do sprawowania dyktatu wobec moralnych wyborów człowieka, samemu decydując o tym, co dobre, a co złe, stając się tym samym quasi-religią. Okazuje się, że w państwie może istnieć nie tylko dyktatura komunizmu, ale także dyktatura demokracji – jeśli tylko państwo zechce zawładnąć sumieniami swoich obywateli. Czyż nie jest to pokusa totalitarna? Wbrew obawom niektórych, w Polsce o wiele bardziej prawdopodobny jest jakiś laicko-liberalny taliban niż taliban religijny. Przetaczająca się przez Polskę krytyka klauzuli sumienia pokazuje, jak silna jest u nas tendencja do totalizacji sumień, dokonująca się poprzez kreowanie wobec niektórych publicznego przymusu do działania wbrew własnym moralnym przekonaniom. Znana jest anegdota o kard. Johnie Newmanie, który w liście do  księcia Norfolku pisał: „Gdybym miał, co zresztą mało prawdopodobne, wznieść toast za religię, piłbym go za papieża, ale najpierw za sumienie, a dopiero potem za papieża". To przed sumieniem ostatecznie odpowiada każdy z nas, bez względu na to, czy obdarzamy je religijnym czy niereligijnym znaczeniem. W systemie państwa liberalnego nie jest bowiem ważne to, czy za sumieniem stoi Bóg i religia, ale to, czy władza nie uzurpuje sobie prawa do ograniczania wolności sumienia, wkraczając tym samym w sferę ludzkiej godności. Jeśli się na to zgodzimy, „Antygonę" trzeba będzie wykreślić na zawsze z listy lektur i odesłać do archiwum. Po co bowiem uczyć dzieci o czymś, czego ani państwo, ani – przynajmniej w części – społeczeństwo nie pochwala? Autor jest księdzem diecezji zielonogórsko-gorzowskiej, profesorem Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Szczecińskiego ?i Papieskiego Wydziału Teologicznego ?we Wrocławiu, członkiem redakcji „Więzi", stałym współpracownikiem ?„Tygodnika Powszechnego"
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL