fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Żegnaj, laleczko (w baranicy)

Wesoła ochotnicza brygada pracy czeka na sygnał do wymarszu, Sofia, lata 50. Taki kicz trzeba było odreagować
Corbis
Bułgaria kojarzy się Polakom jedynie z kurortami, ?o jej najnowszej historii wiemy niewiele. Reżim Żiwkowa nie doczekał się książek, które utkwiłyby światu ?w pamięci. Ale właśnie pojawia się u nas pierwsza literacka jaskółka znad Morza Czarnego.
To zdumiewające, że komunizmowi w Bułgarii niemal nie usiłowano wymierzyć literackiej – jedynej, jak się zdaje, dostępnej – sprawiedliwości. Owszem, istnieją wydane również w Polsce dwie powieści Georgi Gospodinowa, specjaliści wskażą tuzin innych autorów nowel i sztuk – nie zmienia to jednak faktu, że jeden z najbardziej brutalnych wariantów stalinowskiego reżimu w Europie nie doczekał się żadnego rozpoznawalnego w szerszym gronie osób czytających świadectwa.
Nie myślę przy tym o tekstach sołżenicynowskiej miary – te już napisano – lecz o przyzwoitych świadectwach historycznych i literackich, jakich doczekały się Rumunia, Serbia, ba, Albania, by nie wspomnieć już o Czechosłowacji, sławnej dziesiątkami smacznie piszących dysydentów. A tu? Kraj ledwie tknięty destalinizacją, w którym do roku 1962 przetrwał regularny system łagrów – i nic? Żadnych bardów, listów z więzienia, żadnych świadectw przejmującej codziennej opresyjności w rodzaju rumuńskiego filmu „4 miesiące 3 tygodnie i 2 dni"? Czyżby za całą pamięć pół wieku Dymitrowa & Żiwkowa starczyć miał samotny londyński dysydent Georgij Markow – przypomnijmy, ofiara zamachu, dokonanego za pomocą zatrutego „bułgarskiego parasola" – a i on zapamiętany raczej za sprawą niezwykłych okoliczności śmierci? Od lat zachodząc w głowę, czy „bułgarskie milczenie" to dowód na szczególną opresyjność systemu, czy na kłopot z przetworzeniem doświadczenia komunizmu w sugestywny sposób, czym prędzej sięgnąłem po powieść „Mól" Władisława Todorowa, zapowiadaną jako „kryminał w stylu noir, toczący się w Sofii wczesnych lat 60.". Swego czasu za dowód intelektualnego wyrafinowania (inna rzecz, że często jedynie snobizmu) uchodziło zajmowanie się ostentacyjnie niszowymi tematami w rodzaju „irańskiego kina studyjnego" lub „islandzkiego ekspresjonizmu". Można przypuszczać, że w kategorii „niszowości" bułgarska powieść chandlerowska plasuje się dość wysoko; ale też nie jest łatwo obcować z sofijskimi imitatorami Philipa Marlowe'a.

Kręty lot mola

Bo też chandlerowski trop jest chyba najsłabszy i najprędzej ginie w plątaninie innych śladów i wpływów literackich. Już znacznie więcej na kartach „Mola" Simenona – kto lubi atmosferę dusznych mieszkań rzeźników i jubilerów, drobnomieszczańskiej korupcji i perwersji, odnajdzie się w klimatach powieści bez trudu. Do tego jednak przełknąć trzeba, nijak do Simenona niepasującą, brutalność w tarantinowskim nieledwie stylu. Gdybyż autor na tym poprzestał! Nie darmo jednak Todorow, wykładający literaturoznawstwo w Stanach, debiutował opowiadaniem na łamach kwartalnika „Postmodern Culture": w „Molu" przebrnąć musimy przez estetyczne szarże, sprowadzające się do epatowania brzydotą; przez nawiązania do bogatej tradycji bułgarskiej groteski, przez gry z formułą romansu łotrzykowskiego, tradycji apaszowskiej, powiastki filozoficznej. Czeka nas ostentacyjne lekceważenie cenionych zwykle w kryminałach praw przyczynowości (byłbyż to ukłon w stronę realizmu magicznego?), szczypta antykwaryzmu, pół tuzina zaszyfrowanych aluzji adresowanych do wielbicieli własnej erudycji (można się cieszyć rozpoznaniem nawiązań do Dashiella Hammetta lub Szekspira) i dopiero wtedy czas na finał: mól, trzepocząc, odlatuje. Pisząc tak cierpko o ważnej przecież powieści, wydanej przez oficynę specjalizującą się w przybliżaniu literatur „innej Europy", nie nad nieudanym kryminałem ubolewam (nie da się ukryć, że dość prędko dowiadujemy się, kto i jak zabił, ale w powiastce filozoficznej nie to jest przecież najważniejsze), lecz nad przekonaniem autora, że komunizm w Bułgarii sprzedać można czytającej publiczności, tylko udziwniając i stylizując, strojąc starszego sierżanta milicji ludowej Waradina Łomskiego w garnitur skorumpowanego kalifornijskiego prokuratora. Efekt jest równie zaskakujący jak w przypadku chłopów pańszczyźnianych, obsadzanych przymusowo w sztukach Racine'a w XVIII-wiecznych prywatnych teatrach kresowych i rosyjskich magnatów. Celem, jak się wydaje, było zainteresowanie producentów filmowych gotowym materiałem na scenariusz i cel ten został osiągnięty: film „Zift" (w Polsce dystrybuowany jako „Śmieć") został uhonorowany na kilku festiwalach, od Moskwy po Mar del Plata.

Tęsknota za elegią

I nic dziwnego: entuzjastom groteski i stylu gore zawsze, niezależnie od ustroju, przypadną do gustu ujęcia pościgu w łaźni, bójki w poskrzypującym wagonie tramwajowym, badania w koszmarnej przychodni wypełnionej rdzewiejącymi narzędziami chirurgicznymi czy zapasów w na wpół rozkopanym grobie. Owszem, komunizm to także puchnące od wilgoci tynki, stępione igły strzykawek, eolowy wór woni zjełczałego tłuszczu, skisłego brudu, wilgoci, opisywanych przez Todorowa z dużym zacięciem. Gdyby „Mól" stanowił próbę ratowania się przed kłamstwem socrealizmu, gdyby okazało się, że wydobyto go z szuflady po pół wieku – można by darować mu i sztubacki turpizm, i papierowość postaci, ceniąc odwagę autora. Dziś jednak podejrzewam go o chęć epatowania – i nadal czekam na powieść rozpoczynającą się od niespiesznego opisu porannego apelu w łagrze na dunajskiej wyspie Belene: jest rok 1959, Raymond Chandler właśnie opublikował swoją ostatnią powieść „Tajemnice Poodle Springs", a artretyczni prokuratorzy, ministrowie, rektorzy przedwojennej Bułgarii, wszyscy, którzy jakimś cudem nie zostali zlikwidowani, jak co dzień od 12 lat ruszają z łopatami na ramionach do kopania tłustego mułu. —współpraca Andrzej Konikiewicz
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA