Plus Minus

Bestialstwo i przebaczenie

Łukasz Warzecha
Fotorzepa, dp Dominik Pisarek
W tle dramatycznej walki Ukrainy o wyrwanie się z moskiewskiej strefy wpływów i zachowanie terytorialnej integralności trwa tu, w Polsce, inna walka, budząca nie mniejsze emocje, choć rozgrywająca się nieco na marginesie.
Kilka tygodni temu, jeszcze przed obaleniem Wiktora Janukowycza, spotkanie Klubu Ronina poświęcono najnowszej książce ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego „Personalnik subiektywny". To rodzaj alfabetu, w którym znany krakowski kapłan opisuje osoby, z którymi zetknął się w swoim bogatym w wydarzenia życiu. Nic kontrowersyjnego.
Miałem przyjemność prowadzić to spotkanie. Wiedziałem, że dyskusja będzie stonowana, póki nie pojawi się temat ukraiński. Miałem rację. Temat nieuchronnie wypłynął, wywołany przez kogoś z publiczności. W ciągu kilkunastu minut wcześniej nieco ospała debata zmieniła się w gorący, skrajnie emocjonalny spór. Część widowni obstawała przy stanowisku, że racje strategiczne każą chwilowo odłożyć na bok kwestię ludobójstwa na Kresach i obecności ukraińskich nacjonalistów wśród aktywistów na Majdanie. Część wzięła stronę ks. Isakowicza-Zaleskiego, który stanowczo i ostro deprecjonował nie tylko nacjonalistyczne organizacje, ale cały ruch ukraińskiego protestu, za punkt wyjścia przyjąwszy fatalne dziedzictwo OUN-UPA.
Niedługo później konflikt wokół podejścia Ukraińców do własnej przeszłości stał się powodem zerwania przez duszpasterza Ormian współpracy z „Gazetą Polską Codziennie", a następnie „Gazetą Polską". Dla obu stron różnica zdań w sprawie wydarzeń na Ukrainie okazała się nie do pokonania. Na poziomie osobistego spojrzenia trudno się dziwić ks. Isakowiczowi-Zaleskiemu. Chyba każdemu, w czyj życiorys kresowe ludobójstwo zostało w jakiś sposób wplecione, niełatwo spojrzeć na dzisiejsze relacje polsko-ukraińskie całkowicie na zimno, przez geopolityczną lunetę. A nawet jeżeli tragedia z lat 40. nie dotknęła nikogo z naszych bliskich, będziemy mieli problem, aby spojrzeć na nią z dystansu, natknąwszy się na relacje świadków. Już suche opisy metod uśmiercania Polaków, jakie w czasie kresowej masakry stosowali członkowie UPA, często zwykli Ukraińcy, a bywało, że sąsiedzi lub nawet krewni mordowanych, są jak wzięte z horroru. Nie sposób sobie wyobrazić, jak zwyczajni ludzie mogli być do tego zdolni. Gdy te fakty zostają ujęte w literacką formę, jak uczynił to Stanisław Srokowski w „Strachu", przygniatają. To gorsze niż horror – bo autentyczne, bo przydarzyło się prawdziwym ludziom, a niektórzy sprawcy być może nadal żyją. Srokowski jest kresowym survivorem – by sięgnąć po termin używany zwykle dla opisu Żydów ocalałych z Holokaustu. Gdy w latach 40. Ukraińcy wyrzynali w pień polskie wsie, miał siedem, osiem lat i mieszkał w Hnilczach w dawnym województwie tarnopolskim. Bestialstwa działy się niedaleko, relacjonowali je cudem ocaleni, czego świadkiem bywał mały Staś. Większość opowiadań umieszczonych w „Strachu" ma taką właśnie formę: opowieści snutej przez świadków, którzy odwiedzają dom bohatera. W trakcie tych spotkań wielokrotnie przewija się pytanie, stawiane przez dorosłych: czy warto o tych bestialstwach mówić? I zawsze pada ta sama odpowiedź: warto, a nawet trzeba, żeby pamięć nie zginęła. Nie może zginąć. Tę misję przypominania Srokowski (autor wielu powieści o innej tematyce, a także poeta i publicysta) konsekwentnie podejmuje. Jego wcześniejsza książka „Nienawiść" była pierwszym hołdem złożonym ofiarom kresowego ludobójstwa. Jest jedno pytanie, które musi dręczyć każdego, kto zna temat ludobójstwa na Wołyniu: jak to było możliwe? Jak można było w krótkim czasie wzbudzić w ludziach tak nieogarnialną nienawiść, żeby dała impuls do skrajnego barbarzyństwa? Jakąś część odpowiedzi w historiach ze „Strachu" odnajdziemy. Może w opowieści o ukraińskim chłopie Bąku, który zabił własnego syna, nim ten zdołał zabić swoją matkę – Polkę. Może w opowiadaniu o Ukraińcach z rodzinnej wsi bohatera, którzy nie chcieli Polaków mordować i zapłacili za to wysoką cenę. Jak się zatem zachować dzisiaj, gdy Ukraińcy walczą o swoją tożsamość i państwowość? Srokowski nie daje nam odpowiedzi wprost. Książkę kończy „Wyznanie rezuna" – bodaj najbardziej osobista relacja ze spotkania po latach z jednym z morderców. „Znowu długo mi się przypatrywał, a potem cicho, zdławionym głosem, wydusił: – Poda mi pan teraz rękę, pan Srokowski? A ja zobaczyłem, jak ciotka Elza patrzy na mnie z głębi czasu. Jej duże, smutne oczy przyglądały mi się w milczeniu. Wielka gorąca fala powietrza uderzyła w moją głowę. Odwróciłem się i bez słowa odszedłem. Odchodziłem powoli i jakby niepewnie. Czułem, jak on wciąż stoi i nie spuszcza ze mnie wzroku. Lekko zgarbiony, z wykrzywioną twarzą. A ja się od niego oddalałem". Tę decyzję bohatera „Strachu" musimy uszanować. Ale dziś, jako państwo, jako Polacy, wciąż domagając się prawdy, nie powinniśmy się jednak odwracać. Zwłaszcza że to właśnie Majdan dał szansę Ukrainie na wyzwolenie się ze szkodliwego mitu tożsamościowego, opartego na postaci Bandery i wpatrzonych w niego zwyrodniałych morderców. Oby zastąpił go mit Majdanu i jego bohaterów.
Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL