fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Produkty celebryckiej fabryki

Kuba Wojewódzki
Fotorzepa, Danuta Matloch DM Danuta Matloch
W konflikcie Wojewódzkiego z Lisem widać, że medialny świat celebrytów jest cokolwiek skorodowany i spleśniały. Fochy i obrażalskość gwiazdora, nonszalancja ?i arogancja redakcji, prawo prasowe w głębokim poważaniu – zauważa publicysta.
Jakub Wojewódzki na okładce tygodnika „Newsweek", kierowanego przez Tomasza Lisa, to nie pierwszyzna. Było pięć takich przypadków: Wojewódzki z Jerzym Owsiakiem, Wojewódzki z Michałem Figurskim i trzykrotnie Wojewódzki solo. Prawie za każdym razem celebryta wyrzucał koledze po fachu („Drogi Tomku"), że ten cynicznie handluje cudzym wizerunkiem i jawnie manipuluje, aby podbić sprzedaż, a to już nie jest dziennikarstwo.
Wojewódzki atakował też tygodnik za przypisywanie mu politycznych intencji (okładka z Owsiakiem), gdy on przecież – w przeciwieństwie do samego Lisa – wcale się do tego świata nie pcha. „Jakbym zrobił sondę, czy żona Tomka Lisa nadawałaby się do bycia modelką na jachcie w Cannes. Albo czy jego dzieci są ładne czy brzydkie i czy bardziej podobne do Kingi czy może mniej" – mówił wtedy celebryta, ale wciąż przyjmował propozycje redaktora naczelnego. Tak jak ostatnio, by z Mikołajem Lizutem napisać o schamieniu w mediach. Tekst miał być okładkowy.

Wojewódzki ?czepia się zdjęcia

Zdjęcie także, i to o nie rozpętała się cała zawierucha. Oto Lis prosi, aby Wojewódzki był sam na okładce, ale ten się nie godzi, bo chce być z Lizutem – taka była przecież umowa, wywiad jest ich wspólnym dziełem. Ale gwiazdor nie przyjeżdża na poranną sesję fotograficzną (Lizut był), którą przekłada na godzinę 15.00, choć ludzie czekają w pogotowiu – wszystko dla króla TVN. Przyjeżdża, ma własnego stylistę fryzur. Pozuje. Post factum sesję nazywa jednak chaotyczną i nieprofesjonalną, zdjęcia – słabymi. Proponuje portret autorstwa znajomego, ale redakcja wykorzystuje swoje produkcje. Wysyła okładkę do akceptacji Wojewódzkiemu, który nie daje zgody, bo miała być podwójna, ale numer i tak idzie do druku. Gdy jednak celebryta wciąż się burzy, pada propozycja, aby okładkę wydrukować raz jeszcze (koszta!). W końcu Lis decyduje zostać przy pierwotnym projekcie. Tyle.
Aż tyle. Bo późniejsza korespondencja Wojewódzkiego (profil na Facebooku) i Lisa (strona newsweek.pl) – użyte narzędzia też są znakiem czasów – pod względem obnażenia mechanizmu funkcjonowania świata mediów z wyższych sfer dorównuje niemal aferze Rywina. „Pogwałciłeś standardy nie tylko dziennikarskie, ale po prostu koleżeńskie. Tym samym potwierdziłeś wszystkie negatywne opinie na swój temat, które docierają do mnie od lat" – pisze Wojewódzki do Lisa. Co oznacza, że gdy – za użyciem salonowego zwrotu – teraz Lis „wyd...ał" jego, to źle, ale gdy wcześniej robił to z innymi, problemu nie było, bo ktoś kogoś musi. Tak działa komercja, co Wojewódzki zresztą przyznaje szczerze w rozmowie w „Newsweeku". Czyli wiedział o Lisie, że cham, ale ponieważ się wspierali, więc nic go nie raziło. No i jak Wojewódzki ma na poważnie mówić o schamieniu obyczajów w mediach?
Znamienne, że Wojewódzki czepia się zdjęcia. Nie podoba się sobie. Ale przecież jest OK: nastroszone włosy kryją przerzedzenia, ale przywieziony stylista dobrze zrobił swoją robotę. Tylko ta koszulka na lewą stronę... „Próbowaliśmy wyjść naprzeciw oczekiwaniom naszego autora. Wyrażamy ubolewanie, że pomimo naszych wysiłków p. Wojewódzki nie jest zadowolony ze zdjęcia na okładce" – to zdanie „Newsweekowi" pewnie podyktował prawnik.
I wielka szkoda, że podobnie nie postąpił w listopadzie w przypadku Wojciecha Cejrowskiego – toż to celebryta pełną gębą, choć nie bywa na salonach – którego umieszczono na okładce bez wiedzy i zgody bohatera. Nie pytano też, czy wywiad, którego udzielił bynajmniej nie tygodnikowi, lecz Radiu Dla Ciebie, może zostać wydrukowany na łamach. Cejrowski skomentował po swojemu, że okładkę widział, lecz do środka nie zaglądał, bo dżentelmeni nie tykają tej gadzinówki – i może to jest jakieś wyjście.

Ojciec chrzestny chamstwa

W tym konflikcie w świecie mediów, celebrytów-akolitów widać, że jest on cokolwiek skorodowany i spleśniały. Fochy i obrażalskość gwiazdora, nonszalancja i arogancja redakcji, prawo prasowe w głębokim poważaniu, prawa autorskie – skoro fotograf miał kopiować pomysły z amerykańskich magazynów – również; wreszcie drżączka mediów, które przeżuły temat kłótni kolegów na wszystkie strony. Orkiestra na bardzo fałszywą nutę. I nawet jeśli była to ustawka, co sugerują niektórzy – przepraszam, dzisiaj mówi się: reklama natywna – tym gorzej dla przytoczonych faktów.
Rozumiem, że najważniejszy jest szum medialny, który zrobił dobrze zarówno sprzedaży „Newsweeka", jak i słuchalności stacji radiowej – dzięki informacji przy wywiadzie, że Lizut i Wojewódzki mają wspólny program w Rock Radiu (właścicielem jest Agora), które akurat w ten weekend zmieniło nazwę. Audycja jest starym i stałym punktem programu, chodziło o promocję stacji.
Skoro celebryci są równi i równiejsi, to odmienne poglądy panowie Lizut i Wojewódzki besztają równo. Czasem tylko są do rzeczy: „Dawna telewizja pokazuje tych, którzy mieli jakieś osiągnięcia. Teraz osiągnięciem jest samo pokazanie się w telewizji" (Lizut), ale głównie tulą Owsiaka i opluwają wyimaginowanych wrogów z prawicy. Zgodnie piętnują chamstwo w mediach, którego Wojewódzki jest przecież ojcem chrzestnym, wciąż je promując, ale i tworząc u zarania. Sam mówi: „To ja przyłożyłem do tego rękę i dziś czuję, jak ona powoli ląduje w przepełnionym nocniku".
Niby ma być spowiedź, ale wychodzi szyderstwo, bo przecież twierdzenie, że jąkanina Owsiaka jest atrakcyjniejsza niż „Ojcze nasz" to obraza rozumu, ale przede wszystkim uczuć religijnych. I w tym kontekście passus o „człowieku prostym jak bakteria wrzuconym pod mikroskop kamery" dotyczy autora.

Nazwisko ?promuje tekst

Rozmowa Lizuta z Wojewódzkim jest wstępem do newsweekowych tekstów o disco polo i bohaterze erotycznego reality show – wszystko pod chwytliwym hasłem: „Gdzie jest kultura?". Tymczasem kilkanaście stron dalej, właśnie tam, gdzie jest dział „Kultura", można znaleźć tekst poświęcony Adamowi Darskiemu, niejakiemu Nergalowi. Toż to klasyczny produkt celebryckiej maszynerii: jego ryki do mikrofonu i małpowanie na koncertach, a nawet darcie ksiąg na nikim nie robiłyby wrażenia, gdyby nie związał się z piosenkarką Dodą. Potem poszło samo, bo szybko awansował do grona celebrities – został jurorem w programie telewizyjnym, wydał książkę, zagrał epizod u Machulskiego, zaczął być. Autor hagiografii w tygodniku pisze: „Nigdy nie rozmawiałem z bardziej ujmującym satanistą. Drobny i szczupły, po przebyciu ciężkiej białaczki wydaje się wrażliwcem o gołębim sercu". Trudno o większą hipokryzję, zwłaszcza po dyskusji Lizuta z Wojewódzkim. I to tym bardziej że rozmowa z Darskim dotyczy wydania nowej płyty jego zespołu, o czym również informowały stosowne napisy. Wszystko na sprzedaż.
Znam to z autopsji. Tak bywa w wielu redakcjach, gdzie pisywałem i pisuję – także w szanujących się tygodnikach opinii. Zewsząd słychać rady, że znane nazwisko dobrze wypromuje tekst i pozwoli lepiej się sprzedać. Nawet w miesięczniku tenisowym, którym przez rok kierowałem w dużym wydawnictwie, sugerowano zdjęcia rodzimych celebrytów, bo ludzie to kupią. Niedoścignionym symbolem była Doda (jak widać ikona Polski), którą w końcu udało się przydybać na turnieju tenisowym w Poznaniu z siostrami Radwańskimi. Dumę w sercu noszę do dziś. Niesmak również, bo różnica między poważnym i niepoważnym w ten sposób się zaciera. Nawet teraz wpadam w tę samą pułapkę, szukając w głowie nośnych nazwisk, które pociągną niniejszy tekst.
Niecałe dziesięć lat temu Tomasz Ziółkowski – partner życiowy Moniki Olejnik, którą wspominam tutaj w oczywistym celu – szefował redakcji sportowej w TVP2. Odszedł w niesławie, bo współpracownicy zarzucali mu niezrozumienie istoty sportu: do studia zamiast ekspertów wolał zapraszać aktorów, piosenkarzy, kabareciarzy, którzy komentowali po swojemu – czasem mądrze, zwykle głupio, zawsze na wesoło. „Rzeczpospolita" opisała wtedy konflikt Ziółkowskiego z zespołem i cytowała komentarze, że szef lubił, jak „wieś tańczy i śpiewa". Wtedy go jeszcze nie zrozumiano, dzisiaj byłby wizjonerem, bo telewizyjne programy – zresztą nie tylko sportowe – nader często korzystają z celebryckiej formuły. Podczas zaczynających się właśnie igrzysk w Soczi dopiero będzie się działo.
Głos pani domu jest równy głosowi pana profesora – takie prawo demokracji. Jeśli idzie o telewizję, jesteśmy więc skazani na klony modelki Natalii Siwiec, która wypowiadała się chyba na wszystkie tematy, a teraz słyszę jej głos na temat dostępności broni palnej. Ciekawe, jaka jeszcze granica zostanie przekroczona? Byle aktoreczka czy piosenkarzyk skomentują poczynania Tuska i Kaczyńskiego, by polecić skuteczną dietę na zimę – dziś celebrytą może zostać każdy.

Wszyscy o wszystkim ?i o niczym

Prawdziwą ich fabryką są telewizje śniadaniowe, matecznik takich pozłacanych rad życiowych, które sypią się z botoksowych ust wciśniętych w skórzane kanapy z widokiem na Warszawę. Bohaterowie popołudniowego serialu o poranku zapraszają na kolejne odcinki, jurorzy zdradzają swoich faworytów, dziennikarze newsowi dzielą się informacjami w pigułce. Wszyscy mówią o wszystkim i niczym – głowa pęka, zamiast się ukoić.
A Natasza Urbańska, która niedawno rolowała się przez media? Pastwiono się nad nią wyjątkowo, a przecież durnych pioseneczek jest mrowie. Ale to celebrytka, żona celebryty. Można się zżymać, lecz zainteresowanie wynikało z tego właśnie, co dobitnie pokazuje, w jakiej symbiozie żyją dwie materie. Opłaca się obu stronom – sprzedaż i oglądalność rosną, popularność również.
Świetnie działa to zwłaszcza w bastionie mediów celebryckich, kolorowych portalach i telewizjach, które istnieją dzięki pokazywaniu celebrytów, więc ci, znając swoją wartość, mogą dyktować warunki za bywanie na imprezach – jak pokazała środowiskowa afera z Aleksandrą Kwaśniewską i Edytą Herbuś. Straciły setki tysięcy przez nieuczciwą menedżerkę, na szczęście bywać mogą nadal (stawki są płynne – 5, 10, 15 tys.). A schadzki opiszą potem zaprzyjaźnione media – jak „Viva", w której Kwaśniewska – jak się plotkuje – robi zresztą wywiady po 15 tys. zł sztuka. Da się żyć.
Rozumiem, że najważniejszy jest szum medialny, który zrobił dobrze sprzedaży „Newsweeka", jak i słuchalności stacji radiowej
Układ z celebrytami zawierają też telewizje i brukowce. My was wspieramy (dajemy popularność) i wy nas wspieracie (mówicie, gdzie wpadacie na drinka). Można to kupić albo iść na wojnę, którą przetrwają nieliczni, bo większość się wykrwawia. Maciej Stuhr, który publicznie adorował narzeczoną, gdy był jeszcze żonaty, i tym samym wystawił się na strzał obiektywów, dziwił się potem, że opisano kryzys w jego małżeństwie. Apelował w emocjach: „Dość. Przestańcie kłamać. Jesteście ludzkimi wszami, a nie strażnikami moralności". Wszystko się zgadza, ale to wołanie na puszczy, bo w takich starciach górą są media – potrafią stworzyć i unicestwić. Tak było z premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem, który chciał być sprytniejszy, ale został ukarany – teraz po latach wraca do łask.
Nielicznym udało się wygrać w sądzie. W 2006 r. Joanna Brodzik pozwała „Fakt" zarzucający jej zasłabnięcie i sugerujący pijaństwo, a ona tylko zażyła silny lek na uczulenie. Potem jeszcze raz: za serię artykułów o rzekomej ciąży. „Fakt" musiał też zapłacić za zdjęcia topless Anny Muchy z Egiptu. Sąd zakazał wtedy gazecie publikowania zdjęć aktorki oraz informacji o życiu prywatnym bez jej zgody. Warto też przypomnieć, że w 2010 r. „Super Express" przegrał z Hanną i Tomaszem Lisami. Tabloid wydrukował wtedy artykuł „Lis jest kiepski w łóżku" i tym podobne, były też zdjęcia z rodzinnych wakacji w Grecji oraz informacje o domu. Oburzeni państwo Lisowie uznali to wtedy za rażące naruszenie prywatności i wygrali. Zadośćuczynienia we wszystkich przypadkach poszły w dziesiątki tysięcy złotych.

Nieciekawa gra

Można mediami grać, ale to potrafią nieliczni i zdolni do ryzyka, bo bestia nie śpi. Piosenkarka Agnieszka Chylińska notorycznie odmawia wywiadów, bo swoją pozycję już zbudowała i nie musi jej co kwadrans ugruntowywać. Zgadza się więc średnio raz na rok. Ostatnio otworzyła się dla miesięcznika „Pani", więc chwilowo nie ma nic więcej do dodania i wywiadu nie będzie, mimo że chciałem rozmawiać o książkach dla dzieci, które pisze. Choć takie podejście nie wyklucza częstego przychodzenia do studia TVN, bo biznes to biznes.
Pocieszam się jednak, że ona robi to dla ochrony własnej rodziny, w którą po latach buntu zainwestowała, i życia prywatnego broni jak lwica. Ale w podobnej grze prowadzonej przez Wojewódzkiego z Lisem stawką jest ich własne ja, na co także pomstuję. Panowie, źle się bawicie i sami od tej broni zginiecie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA