fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Zapatero jako wzorzec nowoczesności

AFP
Przez kilkadziesiąt lat Hiszpania była synonimem zacofania. Zapatero jest dla wielu Hiszpanów gwarantem, że nigdy już nie najedzą się wstydu na europejskich salonach – pisze zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”
Gdy wieczorem 9 marca hiszpańska telewizja ogłaszała wyniki pierwszych sondaży wyborczych, w siedzibie partii socjalistycznej (PSOE) przy madryckiej ulicy Ferraz panował wyjątkowy spokój. Liderzy ugrupowania wyglądali jak pewni siebie menedżerowie, którzy na długo przed oficjalnym komunikatem wiedzieli już, że ich firma osiągnęła wysokie zyski.
Sensacji nie było: premier Jose Luis Rodriguez Zapatero wygrał z dość bezbarwnym przywódcą Partii Ludowej (Partido Popular – PP) Mariano Rajoyem i pozostanie na kolejną kadencję w rządowym pałacyku La Moncloa. Prawica zdobyła wprawdzie o sześciu deputowanych więcej niż poprzednim razem, ale nie wystarczyło to do odebrania władzy rywalom.
Zapatero zwyciężył wbrew logice. W każdym innym kraju równie nieudolny polityk przegrałby wybory z hukiem, chyba że wcześniej padłby ofiarą królobójstwa we własnej partii. Lider socjalistów zmarginalizował rolę Hiszpanii w światowej dyplomacji: liczył na to, że zamrożenie stosunków z Waszyngtonem będzie dla niego przepustką do ekskluzywnego klubu przywódców europejskich mocarstw, ale nikt go do tego klubu nie zaprosił. Lider PSOE nie uczynił też nic, by przygotować swój kraj na zbliżający się kryzys gospodarczy; wręcz przeciwnie – jego obietnice wyborcze prawdopodobnie zjedzą ubiegłoroczną nadwyżkę budżetową. Zapatero rozpętał na nowo debatę o frankizmie, dbając jednocześnie o to, by tylko jedna strona konfliktu miała prawo do wspominania swoich ofiar. Pozwolił, by baskijscy i katalońscy nacjonaliści poczuli się bezkarni w roztaczaniu niepodległościowych wizji. Wytworzył atmosferę obojętności lub wręcz pogardy dla narodu hiszpańskiego jako pojęcia historycznego, co natychmiast przyniosło skutek w postaci mody na opluwanie rodziny królewskiej i palenie hiszpańskiej flagi. Wreszcie – wyruszył na wojnę z Kościołem katolickim, legalizując m.in. małżeństwa homoseksualne. Czy można wygrać wybory, nie mając za sobą żadnych poważnych sukcesów, obrażając miliony ludzi, doprowadzając państwo do instytucjonalnego rozkładu? Zapatero udowodnił, że można. W znakomity sposób wykorzystał to, co w amerykańskiej polityce określa się jako momentum. Swoją polityczną ofertą wstrzelił się w nastroje społeczne w Hiszpanii. Jego doradcy zręcznie zarysowali granicę między nowoczesnością i (proszę wybaczyć to słowo) obciachem, między przeszłością a przyszłością, między umiarkowaniem i spokojem a wściekłym radykalizmem. W dodatku, przy dominacji dwóch wielkich obozów, gwałtownie wzrosła rola ich przywódców. A Zapatero miał nad Rajoyem zdecydowaną przewagę w „medialności”: słodkie oczy i młodzieńczą sylwetkę przeciwstawiał szpakowatej brodzie i niemodnym marynarkom Mariano Rajoya (którego obciąża jeszcze koszmarna wada wymowy wykorzystywana przez satyryków na wszystkie możliwe sposoby). Tak oto przez cztery lata Zapatero mozolnie budował ten dwubiegunowy świat, wiedząc, że tylko w nim będzie się w stanie utrzymać przy władzy. Zapatero jest kiepskim mówcą, nie zna się na gospodarce, jego głośne inicjatywy (jak np. słynny sojusz cywilizacji, który miał być platformą porozumienia między różnymi kulturami i religiami) wzbudzają jedynie uśmiech politowania. Zapatero nie jest nawet na tyle charyzmatyczny, by uchodzić za wielkiego ideologa rewolucji. Jego jedyną zaletą jako polityka jest to, iż zrozumiał, jak bardzo Hiszpanie chcą zrzucić z siebie ciężar nienowoczesności. Wróćmy na chwilę do kampanii wyborczej. Socjaliści i ludowcy prześcigali się w produkowaniu reklamówek – świetnie skomponowanych i zmontowanych, małych perełek sztuki marketingu politycznego. Jedna z nich szczególnie utkwiła mi w pamięci. Oto widzimy fragment zainscenizowanego teleturnieju, w którym dwoje młodych uczestników odpowiada na pytania z zakresu wiedzy o społeczeństwie. Chłopak mizdrzy się przed kamerą, co chwilę poprawia grzywkę i... nie jest w stanie odpowiedzieć na najprostsze pytanie. Gdy otwiera usta, najczęściej bełkocze. Jego konkurentka jest ładna, miła, uśmiechnięta i opanowała na wyrywki społeczne „osiągnięcia” Zapatero. „Jak nazywa się związek między osobami tej samej płci? Pierwsza litera – m”. Gdy chłopak wywraca oczami, dziewczyna odpowiada bez namysłu: „małżeństwo”. „Jak nazywa się najważniejszy dokument określający prawa i obowiązki Hiszpanów? Pierwsza litera – k”. „Katechizm...?” – zgaduje mało rozgarnięty dwudziestolatek. „Konstytucja!” – pewna siebie uczestniczka teleturnieju wygrywa w cuglach. Przekaz jest boleśnie jaskrawy: zobaczcie, ten skończony idiota to wyborca prawicy. Aspołeczny chwast. Nieuk i bezmózgowiec. Tak też malowano Partię Ludową w sprzyjających premierowi mediach, z potężną Prisą na czele. Ten wpływowy koncern jest m.in. właścicielem największego dziennika w Hiszpanii „El Pais”, rozgłośni radiowej Cadena SER i kilku kanałów telewizyjnych. Prisa od lat zwalcza hiszpańską prawicę, nie przebierając w środkach i nie zważając na dziennikarską rzetelność. Wieloletnie polityczne zaangażowanie jej okrętu flagowego – „El Pais” – po stronie socjalistów (z kilkoma krótkimi okresami ochłodzenia stosunków) przeobraziło tę skądinąd świetnie redagowaną gazetę w tubę lewicy. Metoda obrana przez „El Pais” niewiele różni się od tej, którą zastosowali socjaliści we wspomnianej reklamówce: wepchnąć prawicę na powrót do zatęchłej szafy ze zniszczonymi ubraniami, niech kojarzy się wyborcom z obciachem, z generałem Franco, z tym durniem Juanem Carlosem i jego jeszcze głupszym synalkiem Filipem. Ze starszymi, zrzędliwymi paniami w czarnych sukniach, zmierzającymi drobnym kroczkiem na niedzielną mszę. Z księżmi molestującymi swoich nieletnich podopiecznych. Hiszpania pod rządami Zapatero staje się nowoczesna i modna – wbrew tradycji, wbrew religii i wbrew prawicy Im bardziej zbliżała się data wyborów, tym bardziej „El Pais” podkreślał, jak bardzo Partia Ludowa jest radical, a nawet ultraradical i jak mocne są jej więzi z najbardziej reakcyjnym skrzydłem Kościoła. Zmarły kilka miesięcy temu założyciel Prisy Jesus de Polanco oficjalnie przestrzegał przed głosowaniem na PP, uznając, że jest ona zagrożeniem dla demokracji. Gdy w marcu ubiegłego roku podczas jednej z wielotysięcznych antyrządowych manifestacji w Madrycie pewien sędziwy mieszkaniec stolicy wyszedł na ulicę z flagą frankistowskiej Hiszpanii (różniącą się od obecnej jedynie godłem), „El Pais” rozpisywał się o sprawie w takim tonie, jakby chodziło co najmniej o tajne przygotowania do kolejnego wojskowego zamachu stanu. Nic dziwnego, że wielu młodych, wykształconych Hiszpanów potrafi w prywatnej rozmowie użyć wobec Mariano Rajoya czy Jose Marii Aznara dyskredytującego określenia „facha”, faszysta. Tak mówił np. publicznie o byłym premierze Hiszpanii Javier Bardem, wybitny hiszpański aktor, nagrodzony w tym roku Oscarem. W jego oczach przywódcy prawicy to po prostu pogrobowcy generała Franco. Zapatero wie, że „facha” to w Hiszpanii nie tyle tania obelga, ile słowo definiujące człowieka nienowoczesnego, nierozumiejącego współczesności. Takiego, który głosuje na prawicę. Idealny wyborca Partii Ludowej jest więc faszystą, homofobem, popiera wojnę w Iraku, nie ufa muzułmanom i nie wierzy w globalne ocieplenie. Czy ktokolwiek z odrobiną oleju w głowie chciałby mieć coś wspólnego z tak reakcyjnymi poglądami? Wszak przez takie właśnie poglądy Hiszpania była przez 40 lat rządów Franco synonimem zacofania: politycznego, gospodarczego i społecznego. Już dość. Już dość – myślą rodacy Zapatero i z dumą śledzą międzynarodowe kariery tych Hiszpanów, którzy wyrwali się z okowów tradycyjnej, iberyjskiej nienowoczesności. Podziwiają Pedro Almodóvara, znakomitego reżysera i zdeklarowanego geja, Alejandro Amenabara, kolejnego homoseksualistę, który święci triumfy w Hollywood, cieszą się z sukcesów antyfaszysty Bardema. Podziwiają piękną Penelope Cruz, która w swoim dążeniu do nowoczesności postanowiła nakręcić lekko pornograficzny klip muzyczny, w którym montuje menage a trois z własnym bratem i siostrą. Uwielbiają też Santiago Calatravę, architekta znanego z ekstrawaganckich projektów. Pamięć o innym, wielkim i szalonym architekcie Antonio Gaudim została zepchnięta w cień – być może z powodu jego głębokiego katolicyzmu (czy może być coś bardziej passé?). Za to Federico Garcia Lorca, poeta i dramatopisarz, zamordowany podczas wojny domowej przez frankistów, jest odkrywany i czczony na nowo, ze szczególnym naciskiem na jego odmienną orientację seksualną. Hiszpania staje się zatem nowoczesna i modna – wbrew tradycji, wbrew religii i wbrew prawicy. Czy nie warto więc zaufać Zapatero, by Hiszpania raz jeszcze w jakiejś dziedzinie wyprzedziła resztę Europy i świata, zamiast wlec się w ogonie zmian cywilizacyjnych? Hiszpanie zaufali Zapatero. Partia Ludowa przegrała. Ale prawica dostała w tych wyborach o pół miliona głosów więcej niż cztery lata temu. Być może oznacza to, że bycie niepoprawnym reakcjonistą powoli zaczyna być... modne?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA