fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Afryka dzika dawno odkryta

Wiceprezes Alioune Diop pokazuje „polską” kopalnię fosforytów w Lam Lam. Sam 20 lat mieszkał nad Wisłą.
Bloomberg Businessweek Polska, Paweł Rożyński Paweł Rożyński
Tak śpiewał kiedyś Zbigniew Wodecki. Polski biznes odkrywa Afrykę właśnie teraz. A ma tam większe atuty, niż może się wydawać.
Koniec listopada, druga w nocy. Dakar. Godzinę wcześniej wysiadłem z samolotu. Przy wyjściu z lotniska kłębi się tłum rasy czarnej, który błyskawicznie mnie otacza i wykrzykuje z każdej strony coś po francusku. Ktoś próbuje chwytać za moją walizkę:
– Przyjechaliśmy po pana. Witamy!
– Jesteście od pana Diopa? – pytam. Alioune Diop to człowiek, który ma mnie stąd odebrać. Wiceprezes spółki AIG wydobywającej w Senegalu fosforyty, w którą zainwestowała polska Grupa Azoty Police. Tak postawione pytanie to rzecz jasna błąd.
– Tak, oczywiście, od Diopa! Zawieziemy na miejsce, zapraszamy! – podchodzi wysoki jegomość.
Chwilowa ulga po kilkunastogodzinnej podróży zamienia się jednak w niepokój, gdy przekrzykiwać – po francusku i łamaną angielszczyzną – zaczynają się kolejne osoby. – To ja jestem od pana Diopa. – Nie, to ja. Proszę ze mną. – Nazywam się Diop! Przyjechałem po pana! – ten przebija wszystkich. Jeden z Senegalczyków próbuje mi nawet wcisnąć swój telefon: – Nie wierzy pan, że to ja? Proszę wykręcić numer.
Wybawiają mnie słowa wypowiedziane nagle tuż obok i do tego po polsku:
– Witam pana. Alioune Diop to ja. Przepraszam za spóźnienie. – Mój Boże, zna pan ich wszystkich? – Nie znam. Po prostu wszyscy chcą pomóc. Jesteśmy gościnnym narodem – odpowiada bez cienia zdziwienia. Do samochodu odprowadza nas cała gromada ludzi, bez przerwy proponujących jakieś usługi. – I przedsiębiorczym. A Diop to tutaj popularne nazwisko – dodaje. Mój towarzysz lekko utyka – kontuzja po grze w piłkę z dzieckiem. Piłka nożna to tutaj sport narodowy obok walk laamb, rodzaju zapasów skrzyżowanych z boksem. Diop woli jednak narty, na których szusował nawet trzy–cztery razy w roku. Bo przez 20 lat mieszkał w Polsce. Studiował na Politechnice Warszawskiej, a potem pracował jako menedżer w firmie budowlanej. Przed rokiem trafił do polskiej spółki w Senegalu.
Lotnisko zostaje za nami. Oto Dakar, 2–milionowa stolica Senegalu. Brama do Afryki.
W czasach kolonialnych z wysepki Goree, oddalonej o kilka kilometrów od obecnego portu w Dakarze, wysyłano niewolników do obu Ameryk. Teraz wiodą stąd szlaki handlowe do Wspólnoty Gospodarczej Państw Zachodniej Afryki (ECOWAS) skupiającej 15 krajów – m.in. Mali, Nigerię, Wybrzeże Kości Słoniowej i Togo. Większość z nich posługuje się jedną walutą – frankiem CFA.
Do Dakaru przyjeżdżają tysiące biznesmenów, a na redzie stoją statki pełne towarów. W tym i takie, które obsługują połączenia z Polską. Do Afryki płyną z nawozami, a w drogę powrotną zabierają surowiec do ich wyrobu – fosforyty, wydobywane w oddalonym o 80 km Lam Lam. Do Szczecina właśnie wyruszył już czwarty taki statek.
Ładunek, który powiózł, to niejedyny efekt polskiej działalności w Senegalu. Są też inne. Wśród przekleństw w języku wolof, którym w Senegalu i krajach ościennych posługuje się kilkanaście milionów ludzi, pojawiło się swojskie słowo na literę „k". Coraz częściej używają go pracownicy polskiej kopalni i okolicznych wiosek.
Djibou Diao, dyrektor produkcji AIG, po polsku klnie jak szewc, a raczej górnik. Ten „główny sztygar", jak się sam przedstawia, to również „Polak" – absolwent Akademii Górniczo–Hutniczej w Krakowie, rocznik 1982, specjalizacja: górnictwo odkrywkowe. A Lam Lam to właśnie kopalnia odkrywkowa. Złoża fosforytów znajdują się na głębokości do 25 m i zwykle zalegają warstwami o grubości 5–10 m. Tutejsze złoże odkryto już w latach 50., kopiąc studnię.
Robotnicy pracują tu na dwie zmiany, całą dobę. Nie widać jednak nikogo z kilofem czy dźwigającego worek na plecach. Wokół same żółte koparki i ogromne ciężarówki. Te ostatnie mogą zabrać jednorazowo nawet 100 t ładunku. Koparki zdejmują jasnobrązową ziemię i kamienie, aż dokopią się do fosforytów. – A oto i one – Djibou Diao wskazuje na śnieżnobiałe górki piasku. – Te są oczyszczone i gotowe do wysłania do portu w Dakarze.
W dzień przed palącym słońcem nie ma gdzie się schronić. Najgorzej jest jednak podczas trwającej od lipca do października pory deszczowej. Wtedy odkrywka zamienia się w morze błota i prace trzeba przerwać.
Grupa Azoty Police w sierpniu kupiła za 28,85 mln dol. 55 proc. akcji w AIG, senegalskiej spółce z koncesjami na dostęp do złóż ilmenitów i fosforytów. Pierwsze służą do wyrobu bieli tytanowej, drugie zaś nawozów sztucznych. Inwestycja w Afryce odbiła się w Polsce szerokim echem. Firma twierdzi, że przyniosła już pokaźne oszczędności – w przyszłym roku ma to być 30 mln zł. Ale najważniejsze jest bezpieczeństwo dostaw. Bez dostępu do własnych złóż polski producent nawozów miał co kilka lat kłopoty finansowe, gdy ceny fosforytów szły w górę albo zabrakło surowca. – Docelowo kopalnie w Senegalu mają zapewniać połowę zapotrzebowania Polic, które sięga 1 mln t – deklaruje prezes Grupy Azoty Paweł Jarczewski. I zapowiada, że inwestycja w złoża w Senegalu to początek ekspansji firmy na rynki afrykańskie.
Złoża w Lam Lam starczą jeszcze tylko na cztery lata, ale Azoty mają już koncesję na eksplorację złóż w rejonie Kebemer, na północy kraju, blisko Saint Louis – pierwszego francuskiego miasta w Afryce i jazzowej stolicy kontynentu. Tutaj surowca starczy i na 50 lat. Polacy myślą nawet o budowie linii kolejowej i portu. Policka spółka chce zresztą nie tylko sprowadzać surowce i sprzedawać gotowe nawozy. Za dwa lata ma się rozpocząć budowa fabryki kwasu fosforowego. Z kolei za cztery lata planowana jest inwestycja w fabrykę samych nawozów.
– Tymczasem proszę uważać na węże – ostrzega „główny sztygar", kiedy spacerujemy wzdłuż krawędzi wydrążonych kraterów, omijając majestatyczne baobaby. Na koniec rzuca „Ba benin yon" – do widzenia. Tym razem w wolof.
Od tego roku Afryka staje się w Polsce modna. Kolejne firmy ogłaszają plany związane z rynkiem surowców lub dostawami towarów. W projekty w Senegalu angażuje się Marek Orłowski, znany jako założyciel spółki Nepentes, potentata na rynku dermokosmetyków (sprzedał ją kilka lat temu koncernowi Sanofi–Avensis). Orłowski ma w Polsce udziały w wielu firmach od Medicalgorithmics (producent przenośnych EKG), poprzez fundusze venture capital Adiuvo i Orenore, po firmę Warszawskie Niebo, która obsługuje balon widokowy nad brzegiem Wisły. Proszony o konkretne informacje na temat swoich afrykańskich przedsięwzięć, nie odpowiada. Nieoficjalnie można usłyszeć, że chodzi m.in. o handel ryżem.
Jedna ze spółek z jego grupy Orenore, Fair Minds Consulting Group, razem z kancelarią prawną Elżanowski Cherka & Wąsowski podpisała w maju z APIX – senegalską rządową agencją ds. promocji inwestycji – umowę o współpracy i utworzeniu strefy ekonomicznej przy budowanym właśnie nowym lotnisku, 40 km od Dakaru. Ta kancelaria to kolejny polski gracz zaangażowany na Czarnym Lądzie. W sierpniu Filip Elżanowski chwalił się ponad setką klientów z Polski, którzy aktywnie działają w Afryce Zachodniej. Nic więcej nie wiadomo, bo kancelaria także nie odpowiedziała na nasze prośby o rozmowę i informacje. Być może hołduje zasadzie „tisze jedziesz, dalsze budjesz".
Polska może liczyć w Afryce na ekspansję w takich sektorach jak rolnictwo, przemysł, bezpieczeństwo i infrastruktura drogowa oraz energetyka. Mor Talla Kane, prezes CNES, największej organizacji pracodawców w Senegalu, skupiającej 3 tys. firm, najchętniej widziałby Polaków w tej ostatniej branży: – Braki prądu to nasza największa bolączka. Hamują rozwój i zagraniczne inwestycje – mówi. Nieformalnie wiadomo, że jego krajem interesuje się kilka kolejnych dużych firm z GPW (jako spółki publiczne też niczego nie ujawniają). Przyciągnęła je inwestycja Azotów, która uwiarygodniła Senegal w polskich oczach. Prezes nawozowego potentata odbierał już telefony z prośbą o pomoc w zorganizowaniu biznesu i podzielenie się doświadczeniem.
Senegal to jednak niejedyny przyczółek dla polskiego biznesu w Afryce. Nie licząc niefortunnej inwestycji KGHM w Kongu sprzed ponad dekady (skończyła się fatalnie – KGHM musiał w pośpiechu wycofać się ze złoża Kimpe w 1999 roku, tracąc ok. 40 mln dol., gdy kongijskie władze zapragnęły uzyskać udziały w biznesie), największym naszym inwestorem jest tutaj najbogatszy Polak Jan Kulczyk. W 2006 roku kupił udziały w Ophir Energy, który ma koncesje na poszukiwania i wydobycie ropy i gazu w dziesięciu krajach afrykańskich. To był sukces, a akcje szybko podrożały kilkukrotnie. Wtedy Afryka stała się pasją biznesmena, jak mawiają jego współpracownicy, wręcz idee fixe. – Europa nie jest w stanie dalej sama się rozwijać – mamy kapitał ludzki, finansowy i przemysłowy, ale potrzebujemy dla niego odbiorców – mówił Kulczyk na tegorocznym Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach. Teraz inwestuje w kolejne złoża. Na bazie własnych kopalin zamierza postawić w Nigerii elektrownię gazową i zakłady nawozowe. Nic dziwnego, że w tym roku Kulczyk ubrany w lokalny strój odebrał nagrodę „przyjaciel Nigerii".
Surowców w Afryce szuka też inny z najbogatszych Polaków Roman Karkosik. Jego fundusz Krezus dostał koncesje w Gwinei uprawniające do poszukiwania złota i boksytów. Te ostatnie używane są w metalurgii oraz do wyrobu materiałów ogniotrwałych i szybko twardniejących cementów. – Afryka ma ogromne i niezagospodarowane jak dotąd złoża i rezerwy surowców. Dla firmy, która wchodzi na rynek surowcowy, jest to kontynent oferujący prawdopodobnie najwięcej możliwości – przekonuje prezes Krezusa Paweł Konzal.
Ale polska obecność w Afryce to nie tylko surowce. Firma H. Cegielski z Poznania wkrótce zaoferuje niewielkie elektrownie o silnikach spalinowych. Są bardzo potrzebne na kontynencie, który ma problem z dużymi niedoborami energii elektrycznej.
– Europa staje się coraz mniej rentowna, zwłaszcza zachodnia. Nikt jeszcze nie wie, czy Afryka okaże się zyskowna, ale stoimy przed wyborem, czy przyglądać się doświadczeniom innych, ryzykując, że pociąg odjedzie bez nas, czy też samemu przecierać szlaki – mówi Cezary Miksa koordynujący w Afryce działania firmy informatycznej Asseco Poland. Spółka skupia się na dwóch krajach: Etiopii i Nigerii. Miksa jeździ tam od kwietnia, kiedy to zapadła decyzja o inwestycjach w tym regionie świata. Spędził już tu łącznie 50 dni.
Dlaczego biedna Etiopia? – Bo ma mocne fundamenty. To drugi najbardziej ludne państwo w Afryce oraz najszybciej rozwijający się kraj na kontynencie pozbawiony bogactw naturalnych. Inne rosną głównie dzięki nim. Tyle że z bogactw tych korzystają wąskie elity – tłumaczy.
Również Paweł Ossowski, dyr. ds. rozwoju Górnośląskiej Centrali Zaopatrzenia Medycznego „Zarys", widzi w Afryce świetny rynek zbytu. Sprzedaje materiały opatrunkowe, rękawiczki, strzykawki za łącznie 100 mln zł rocznie. Do tej pory skupiał się na Europie Środkowej. Aby utrzymać tempo rozwoju sięgające 10 proc. w skali roku, wchodzi do Afryki. – Tu polska marka może łatwiej zaistnieć. Zachodnie koncerny dotąd nie garnęły się do Afryki, bojąc się komplikacji politycznych i niestabilności gospodarczej – tłumaczy.
Paradoksalnie, polscy przedsiębiorcy często unikają najlepiej rozwiniętej i stabilnej RPA. – Ten rynek przypomina Europę. Tam karty są już rozdane – mówią. Teraz, po śmierci Nelsona Mandeli, powracają też uśpione obawy, czy władze RPA nie pójdą śladem Roberta Mugabe, który w Zimbabwe brutalnie rugował białych farmerów i przedsiębiorców.
Mimo tych wszystkich szans polskie obroty handlowe z Afryką są śmiesznie niskie – za ubiegły rok to 1,3 mld euro eksportu i 1,2 mld euro importu.
Sławomir Majman, szef Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych: – Spóźniliśmy się, mając pod nosem bogaty rynek europejski. Nie mieliśmy tak ciężkiego kryzysu jak na Zachodzie. Nie musieliśmy z taką determinacją szukać innych rynków. Tegoroczne spowolnienie gospodarcze wiele zmieniło.
Pomnik „afrykańskiego odrodzenia" w Dakarze to 50–metrowy monument, gigant wyższy niż nowojorska Statua Wolności. Przedstawia mężczyznę obejmującego kobietę i unoszącego wysoko dziecko. Za 10 euro można wjechać na górę do głowy mężczyzny, skąd poprzez małe okienka widać cały Dakar. Monument podzielił Senegalczyków. Imamowie skrytykowali pomnik jako niezgodny z islamem, który wyznaje tu 90 proc. obywateli. Duchownych zbulwersował m.in. wizerunek kobiety, niezwykle skąpo odzianej. Ale to, że monument (wybudowany przez firmę z Korei Północnej) symbolizuje wielkie aspiracje, jest dla wszystkich jasne.
Do niedawna kontynent był traktowany pogardliwie. Kojarzył się z miejscem niebezpiecznym i mało stabilnym. Wojny, rabunki, susze, epidemie i malaria. Dzisiaj w Afryce świat coraz częściej widzi gospodarczego tygrysa. W tym roku Polaków zszokowała informacja, że LOT wymieni wadliwe akumulatory w swych dreamlinerach w bazie Ethiopian Airways w Addis Abebie. Okazało się, że działa tam supernowoczesne centrum obsługi maszyn Boeinga. Sześć na 10 najprężniej rozwijających się gospodarek świata w ciągu ostatnich 10 lat to kraje afrykańskie. W ubiegłym roku Wybrzeże Kości Słoniowej miało 10–procentowy wzrost PKB, Niger – 11 proc., a Liberia 8,5 proc.
Pomaga w tym wzrost cen surowców. Ale dziś gra toczy się już nie tylko o nie, lecz także (a może przede wszystkim) o afrykańską klasę średnią. To ogromny potencjalny rynek zbytu. Tylko Nigeria, która obecnie liczy 170 mln mieszkańców, ma ich mieć w 2050 roku aż 400 mln.
Niektóre kraje, jak choćby Gwinea Równikowa, już dziś mają nominalnie stopę życiową zbliżoną do Polski (nominalnie, bo gros pieniędzy przypada na wąską elitę). Stolica Namibii Windhoek to miasto zamożne i schludne, o europejskim charakterze, z wieloma budynkami z początku ubiegłego stulecia, z czasów niemieckiej kolonizacji. Można się dogadać po angielsku, niemiecku i w afrikaans. Egzotyki dodają tylko kobiety Herero, które chodzą na co dzień ulicami w strojach z epoki wiktoriańskiej z wielkimi kapeluszami. Rządzący tu dawni rewolucjoniści odrzucili utopię i mimo szermowania lewicowymi hasłami i zwracania się dalej do siebie per „towarzyszu" stali się pełnokrwistymi kapitalistami.
Wiele afrykańskich państw liberalizuje gospodarkę i ułatwia życie firmom. – W Gwinei utrudnia nam pracę brak infrastruktury, ale z drugiej strony uzyskaliśmy koncesję dużo szybciej, niż ktokolwiek mógłby to zrobić w Polsce – podkreśla Paweł Konzal, prezes Krezusa. Jak dodaje, działalność ułatwia prosty fakt, że Afryka leży w dużej części w tej samej strefie czasowej co Polska.
El Hadji Malick Gakou to wielka figura w Senegalu. Były minister handlu i przemysłu w latach 2012–2013, wiceszef drugiej partii w kraju, niezwykle wpływowy polityk. Przyjmuje mnie w swoim domu w Dakarze w lokalnym stroju zwanym sabadorem i czubatych kapciach babusz. Taki strój w piątek noszą tutaj niemal wszyscy.
„Przyszły prezydent", jak mówi o nim ulica, wita mnie po polsku. To bez wątpienia najwyżej postawiony „Polak" w Senegalu. W Afryce byłby drugim „polskim prezydentem" po Alpha Oumar Konare, byłej głowie państwa w Mali i do niedawna szefie całej Unii Afrykańskiej. Obaj studiowali nad Wisłą.
Gakou ma mir na biednych przedmieściach Dakaru, skąd się wywodzi. A kto ma przedmieścia, ma Dakar, kto zaś ma Dakar, ma cały Senegal. Podkreśla, że jego kraj to najstarsza i najbardziej stabilna afrykańska demokracja. Mówi szybko i nieco łyka wyrazy. – Zupełnie nie rozumiem, dlaczego polską cebulę i mleko sprzedają w Senegalu firmy holenderskie – mówi. Przekonuje, że Polska może odegrać w Afryce ogromną rolę. Ma coś, czego nie mają byłe potęgi kolonialne – doświadczenie transformacji z kraju nierozwiniętego do rozwiniętego. – Pamiętam jeszcze, jak były u was kartki na mięso – dodaje. – Teraz przyszedł świetny czas dla Polski, a my mamy trochę dość Francuzów, Anglików czy Amerykanów. To niedobrze, że gospodarka Senegalu jest w trzech czwartych uzależniona od Francji. Witamy Polaków z otwartymi ramionami.
W Afryce wierzą, że Polacy mają partnerskie podejście, inne niż ekskolonizatorzy. – Nasi pracownicy, którzy tam jadą, mają obowiązkową pogadankę. Macie zapomnieć o jakimkolwiek poczuciu wyższości. Przypomnijcie sobie, jak zagraniczni ekspaci traktowali nas na początku lat 90. Nie było wtedy miło – mówi anonimowo jeden z przedstawicieli Azotów.
– Chcemy nie tylko brać, ale i dzielić się tym, co posiadamy – zapewnia prezes Jarczewski. Firma myśli o projekcie edukacyjnym dla senegalskich rolników. – Centrum Kompetencji Puławy przygotowuje ofertę współpracy dla rządu Senegalu. Chcemy podzielić się wiedzą i doświadczeniami w zakresie badania gleby, wód, aplikacji nawozów czy edukacji rolnej – mówi Jarczewski.
Niewątpliwie urzędnicy i biznesmeni z Afryki są bardzo drażliwi na punkcie traktowania ich z wyższością. Czasem aż nazbyt. Kiedy jeden z szefów KIG rozpoczął wystąpienie na wspomnianym kongresie w Katowicach, wskazując, że Senegal to kraj, w którym plagą jest AIDS, zbulwersowało to ministra zasobów naturalnych Senegalu. Wstał i powiedział: „Szanowny panie, to nie my zabiegamy o was, ale wy o nas, są tu i Anglicy, i Francuzi, i Amerykanie, z nimi możemy współpracować". Sytuację musiał łagodzić minister skarbu Włodzimierz Karpiński.
Mecenas Paweł Grześkowiak, partner w warszawskiej kancelarii Gide Loyrette Nouel, częsty bywalec w Afryce, wspomina, jak podczas forum w listopadzie w Łodzi wygłosił odczyt o ryzykach prawnych inwestycji w Afryce i zwrócił uwagę na fakt, że firmy wolą arbitraże międzynarodowe niż poleganie na lokalnym sądownictwie. Po odczycie podeszli do niego przedstawiciele m.in. Nigerii i zaczęli protestować, zarzucając mu szkalowanie ich kraju. Lokalne sądy bowiem – ich zdaniem – nie są stronnicze, a korupcja jest jedynie marginesem.
Często naszym atutem w Afryce jest znajomość starych polskich produktów. W czasach PRL kraje socjalistyczne pomagały Afryce i intensywnie z nią handlowały. Na swoje dawne rynki eksportowe wraca Ursus. Przed kilkoma miesiącami podpisał z etiopską spółką METEC wartą 90 mln dol. umowę na dostawę 3 tys. traktorów wraz z częściami zamiennymi i wyposażeniem centrów serwisowych. To potężny kontrakt – w ubiegłym roku Ursus wyprodukował łącznie 700 ciągników.
W takich sprawach kluczem jest sprawny ambasador. To Jacek Jankowski, ambasador w Addis Abebie, poinformował Ursus o możliwości sprzedania ciągników Etiopczykom i pomagał w negocjacjach.
Kilka dekad wcześniej, w latach 70., proste i wytrzymałe ursusy trafiły do Angoli. Do tej pory o nich tam pamiętają. W maju 2013 Kongijczyk Tony Kamanga Bulela był z misją gospodarczą w Angoli jako reprezentant polskich zakładów PZL i rozmawiał w tamtejszym Ministerstwie Rolnictwa o sprzedaży samolotów do spryskiwania pól. Nagle usłyszał: – Chcemy sprowadzić do Angoli 7 tys. traktorów, są na to gwarancje rządowe. A ten Ursus to jeszcze u was istnieje?
– Nie jesteśmy postrzegani jak byli kolonizatorzy. Tę kartę mamy czystą. Afrykanom sprawia przyjemność, jak opowiadamy o naszej historii, zaborach i walce o niepodległość. Czują swoistą więź – mówi Jarosław Sroka, członek zarządu Kulczyk Holding. Gwoli ścisłości – w Afryce kolonii nie mieliśmy, ale działająca w 20–leciu międzywojennym Liga Morska i Kolonialna oraz wielu polityków i wojskowych – jak np. Kazimierz Sosnkowski – miało takie aspiracje. Liga zabiegała o kawałek Afryki, by zyskać dostęp do surowców i miejsce dla emigracji, co miało być panaceum na przeludnienie kraju i rozwiązanie konfliktów narodowościowych. Na celowniku były m.in. Liberia, Angola i Madagaskar.
„I teraz ta Polska, która do 1914 roku była kolonialnym terytorium trzech różnych krajów i której zostało zezwolone wykonanie prawa Wilsona o samostanowieniu, potrzebuje kolonii nie w Europie, lecz Afryce (...). Poprzedni sługa cesarzowej Austrii Marii Teresy, cesarzowej Rosji Katarzyny II i Fryderyka Wielkiego w Prusach teraz chce być Panem w afrykańskim kraju" – dziwił się liberyjski „The Weekly Mirror" 28 sierpnia 1936 roku.
Nigdy nie była to jednak oficjalna polityka rządu RP. Szef MSZ Józef Beck pisał w swych „Pamiętnikach": „W dziedzinie spraw określanych jako kolonialne Polska przeszła nawet okres podniecenia, szczerze mówiąc, zupełnie dziecinnego. Od razu powiedziałem naszym »kolonizatorom«, że moim zdaniem kolonie polskie zaczynają się już w Rembertowie".
– Musimy się spieszyć do tej panny młodej na wydaniu, bo może się okazać, że wkrótce będzie miała azjatycko brzmiące nazwisko – mówił podczas panelu afrykańskiego na katowickim kongresie Paweł Wiktor, wiceprezes zajmującej się ochroną środowiska Consus Carbon Engineering.
Sławomir Majman: – W Polsce potrzebujemy Chińczyków i ich pieniędzy. W Afryce przeciwnie. Musimy ich wypierać.
Na Czarnym Lądzie Chińczycy budują nowe drogi, mosty, stadiony. Mają przewagę, gdyż podąża za nimi państwowy bank, gotów sfinansować każde przedsięwzięcie. Wybudowali w Addis Abebie siedzibę Unii Afrykańskiej. To 20–piętrowy biurowiec z salą konferencyjną na 2,5 tys. miejsc, który kosztował 200 mln dol. Podarowali go w prezencie.
A jednak są w Afryce coraz mniej lubiani. Dlaczego? – Wszystko to chińskie – krzywi się  70–letni taksówkarz Ousmane, kiedy wiezie mnie przez Dakar swoim niewiele młodszym autem. I pokazuje kramy na jednej z głównych ulic. Nie ma tu co prawda chińskich pagód z charakterystycznymi dachami, ale na parterze są sklepy, a przy wejściu na schodkach siedzą Chińczycy i obserwują pracę swych czarnych pracowników. – Zalewają nas swoimi produktami, a ludzie, jak brakuje pieniędzy, muszą kupować, choć to tandeta. Zbliżają się święta, muszę kupić wnukom zabawki – mówi Ousmane.
Afrykanie narzekają, że przybysze z Kraju Środka dobijają lokalny przemysł (jak np. tekstylny w Senegalu), nie pozwalają zarobić lokalnym społecznościom – bo dają kontrakty swoim firmom i ściągają swoich robotników (w Afryce pracuje już ich ponad milion). W ubiegłym roku Chińczycy wysłali do Afryki towary warte 85 mld dol. – od materiałów budowlanych i chemikaliów po zabawki. Kupują głównie surowce.
Polskie firmy, które chcą próbować interesów w Afryce, mogą liczyć na wsparcie finansowe z UE. Z państwowej szkatuły dostaną też środki na udział w targach i wystawach. W tym roku Nigerię (w kwietniu) oraz RPA i Zambię (w październiku) odwiedził Donald Tusk. W tej ostatniej podróży premierowi towarzyszyli liczni dygnitarze, w tym wielu ministrów, korzystając przez kilka dni z okazji do oglądania wspaniałych atrakcji turystycznych Południowej Afryki. Wyjazdy te miały na celu „kontynuację i zacieśnianie już istniejących oraz nawiązywanie nowych relacji biznesowych". Była też grupa przedsiębiorców z branż m.in. transportowej, górniczej, budowlanej, obronnej czy meblarskiej, a nawet przedstawiciele publicznych uczelni.
Łatwo spotkać się z opinią, że takie działania nie przynoszą zamierzonych skutków, poza wymianą wizytówek.
– Te wyprawy nie są dobrze przemyślane. Premier pojechał do krajów anglojęzycznych. W ten sposób zlekceważył te francuskojęzyczne – krytykuje Malick Gakou.
Problem w tym, że nie za bardzo umiemy robić interesy w Afryce.
Niedawno polska ambasada w Lizbonie, dawnej metropolii kolonialnej, organizowała spotkanie biznesowe i zaprosiła najbogatszą kobietę Afryki Isabel Dos Santos z Angoli, której majątek „Forbes" oszacował na 3 mld dol. (jest to dobry przykład, jak w Afryce robi się interesy – Dos Santos jest bowiem najstarszą córką prezydenta kraju). – Dzwonię do znajomych polskich biznesmenów i firm i mówię, że muszą tam pojechać i się z nią spotkać. Mogą łatwo to zrobić, bo przyjęcie będzie w polskiej ambasadzie. A oni po kolei pytają, czy warto. Żal im wydać na bilet 3 tys. zł! – dziwi się jeden z naszych rozmówców.
Polacy przerażają często brakiem znajomości języków obcych. – Przyjeżdża delegacja, w tym duży producent kurczaków. Ani be, ani me w obcym języku. W rozmowach z lokalnymi biznesmenami tłumaczenia podejmuje się ich... brytyjski konkurent – opowiada jeden z uczestników wyprawy.
Polacy nie rozumieją też, że nie ma czegoś takiego jak jedna Afryka. – Różnice w mentalności np. między Nigeryjczykami a Etiopczykami, którzy nigdy nie zostali skolonizowani, są ogromne – mówi Cezary Miksa z Asseco Poland. Jak opisuje, ci pierwsi są wręcz agresywni w negocjacjach, dla nich nie istnieje pojęcie oszukania, jest co najwyżej przechytrzenie przeciwnika. Etiopczycy są mało asertywni i wycofani. Na każde pytanie opowiadają: „Tak, w porządku, dobrze". To bywa problematyczne. Przytakują podczas negocjacji, akceptują każdą propozycję. – I dopiero kiedy przychodzi do potwierdzenia zakresu współpracy na piśmie, poznajemy ich prawdziwe oczekiwania – opowiada Miksa. – Kiedy Senegalczyk mówi, że przyjdzie o godz. 17, to oczekuj go o 18. Tu czas płynie zupełnie inaczej – instruuje mnie taksówkarz Ousmane. Mijamy akurat wielki baobab w centrum Dakaru – drzewo rośnie dokładnie na środku drogi, otoczone z obu stron asfaltem. Gdy mówię, że Polak zwykle spóźnia się tzw. kwadrans akademicki, jest pełen podziwu. Znów mamy coś wspólnego.
Przygotowania do rozpoczęcia biznesu w Afryce trwają długo. Azoty rozpoznawały teren przez rok. To i tak krótko. Bo trzeba poznać ludzi, zaprzyjaźnić się, ważne są więzi nieformalne, lokalne relacje. – Mieliśmy kradzieże paliwa – opowiada pracownik Azotów. – Co i rusz okazywało się, że koparka czy ciężarówka mają do dna wyssany bak. Kierownictwo zaczęło jeździć po okolicznych wioskach, poznawać się tam z ważnymi osobami. Podarowano trochę wołów i zeszyty dla dzieci. No i kradzieże ustały – opowiada. – Przeniosły się w okolice sąsiedniego złoża, gdzie kopią Hiszpanie.
Także Paweł Konzal, prezes Krezusa, przekonuje, że trzeba zabiegać o lokalne społeczności i na tym budować przewagę konkurencyjną. Konzal spędził pod koniec sierpnia dwa tygodnie w Gwinei, spotykając się z przedstawicielami wszystkich miejscowości, które objęte są koncesjami spółki. Wyjaśniał, czym zajmuje się Krezus i jakie ma plany w Gwinei, oraz osobiście odpowiadał na pytania mieszkańców. Zapłacił lokalne podatki w sposób najbardziej możliwie przejrzysty – w obecności mieszkańców oraz przedstawicieli władzy lokalnej i centralnej. – To nowe standardy na tym rynku – podkreśla prezes Krezusa.
Kongijczyk Tony Kamanga Bulela to prywatnie stryj Patrycji Kazadi, piosenkarki i aktorki. Prowadzi własną firmę pośredniczącą w kontaktach gospodarczych między Polską a środkową Afryką. Zamierza wkrótce otworzyć dwa biura w Kinszasie i w Luandzie w sąsiedniej Angoli. By coś zdziałać, trzeba być na miejscu.
Demokratyczna Republika Konga, dawny Zair, sąsiad Konga–Brazzaville, to drugie pod względem powierzchni państwo afrykańskie, które zamieszkuje 250 grup etnicznych. Największe to Kongo, Luba i Mongo. Pod dżunglą znajdują się nieprzebrane bogactwa. To tutaj Joseph Conrad umiejscowił słynne „Jądro ciemności".
Kamanga Bulela już w 2006 roku zwietrzył interes w Polsce, gdy Rosja ogłosiła embargo na polskie produkty rolne. Powiedział wtedy swojemu kierowcy: „Przecież mogliby sprzedawać to samo do Konga, które importuje dużo żywności".
– A ja mam dojście do Leppera – odparł kierowca pan Janek. – Bo ze Stasiem Łyżwińskim wychowaliśmy się w jednym bloku w Radomiu.
Kamanga spotkał się z kim trzeba. Gotowy był już plan wyjazdu polskiej misji gospodarczej z przewodniczącym Lepperem do Konga, a tu nagle miesiąc wcześniej wybuchła afera gruntowa. – Wszystko się zawaliło – ubolewa.
Teraz sprowadza tu z Polski m.in. linie do produkcji oleju palmowego czy wody pitnej. I nie owija w bawełnę. – W Afryce nie ma biznesu bez madesu ya bana. Polacy kompletnie tego nie rozumieją – mówi.
„Madesu ya bana" oznacza w najpopularniejszym w Kongu języku lingala „fasolę dla dziecka". W Polsce nazywa się to łapówką czy kopertówką. W Afryce są to zwykle niewielkie opłaty, które pozwalają ruszyć lub przyspieszyć jakąkolwiek sprawę. Inaczej firma będzie czekała miesiącami na zezwolenie, a statek na redzie portu. Fasolę – określenie wzięło się od najpopularniejszego tutaj pokarmu – trzeba dać każdemu, od kogo coś zależy. Może być to zwykła sekretarka, a może być i dyrektor. Zwykle chodzi o cały łańcuszek osób. – W Afryce ludzie zarabiają bardzo mało. Komu się uda uzyskać posadę, musi wspierać całą masę pociotków – tłumaczy Tony Kamanga Bulela. – Ma potrzeby.
Na lotnisku w Dakarze urzędnik też widocznie miał potrzeby, bo przeglądał mój paszport najdłużej, jak się dało, uśmiechając się przy tym życzliwie. „Czy mógłby mi pan dać 10 dol. na kawę?" – zapytał w końcu wprost. Dałem. Szybko wkleił wizę i – wciąż uśmiechnięty – życzył mi udanego pobytu.
Madesu ya bana to zjawisko powszechne w całej Afryce, choć jego lokalne nazwy różnią się, a skala jest mniejsza lub większa w poszczególnych krajach. Uzależnienia od niego kontynentu nie zmienią żadne wprowadzane pod presją Zachodu zakazy i nakazy transparentności. We Francji czy Niemczech jeszcze dwa lata temu pieniądze na takie wydatki w Afryce można było odpisać od podatku.
Fasoli oczywiście nie przyjmuje oficjalnie minister, prezydent czy inny wysoki urzędnik, bo mu formalnie nie wolno. Trzeba więc dotrzeć do jego prawej ręki – łącznika, człowieka od kontaktów. Problem w tym, że często trudno odróżnić człowieka, który ma kontakty, od tego, który tylko mówi, że je ma. Dlatego polskie firmy są ostrożne, choć przez tę ostrożność nierzadko może uciec duża szansa.
Nie tylko to zniechęca inwestorów. W Afryce trzeba dużo wydawać, pokazywać, że ma się pieniądze i jest się biznesmenem poważnym. To wiąże się choćby z zatrzymywaniem się w najlepszych hotelach, a te są w Afryce piekielnie drogie. Nocleg w Radisson Blu w Dakarze kosztuje 1,2 tys. zł, żadnych promocji. Wynajęty na miesiąc apartament w Luandzie – 15–20 tys. dol. Stolica Angoli to najdroższe miasto świata, w sumie w pierwszej 10 najkosztowniejszych metropolii są jeszcze Ndżamena (stolica Czadu) i Libreville (stolica Gabonu).
Potem trzeba zainwestować w przyjaźń, w prezenty, liczne spotkania, poznać rodziny, zaprosić do Polski. – Ktoś, kto nie chce tu inwestować wiele lat, kto musi pół roku oszczędzać na bilet, niech lepiej leci do Afryki najwyżej na wakacje z żoną – mówi Piotr Gierałtowski, architekt, jeden z pionierów graffiti w Polsce, a obecnie inwestor wprowadzający polskie firmy do Nigerii i Wysp Zielonego Przylądka. Jego zdaniem najbardziej intratne są kontrakty rządowe. Gierałtowskiemu udało się odnowić kilka szpitali, myśli o budowie osiedla mieszkaniowego.
– Jesteś z Polski? Lato! – powitał mnie mój taryfiarz Ousmane. – Lewanski – dodał jeszcze po chwili namysłu. – Chyba Lewandowski – poprawiam. – Tak, tak, Borussia. Koszulkę z Lewandowskim widział też w Mozambiku mecenas Grześkowiak. – Ale z tą znajomością Polski w Afryce to bym nie przesadzał. Mniej więcej tak nas znają, jak my ich – mówi. Niedawno na lotnisku w Dakarze urzędnik wklejający wizę w jego paszport dziwił się, że takie państwo w ogóle istnieje. A po informacji, że jest w Europie, długo nie mógł się pozbierać.
A jednak polskie firmy mają atut ułatwiający wepchnięcie się między dawne potęgi kolonialne a agresywnie inwestujących Chińczyków. Są nim afrykańscy absolwenci naszych uczelni.
Tony Kamanga Bulela przyjechał nad Wisłę na studia medyczne. Już jako siedmioletnie dziecko chciał być lekarzem, najlepiej pediatrą lub ginekologiem, aby być blisko ludzi. Dlatego w szkole wołali na niego „doktor". Zdobył polskie stypendium wzorem swego starszego brata. Mówi, że Polskę kocha. I podkreśla, jak bardzo się zmieniła. W latach 90. wołano za nim „Murzynek Bambo". Teraz już tego nie ma.
Malick Gakou mocno zaangażował się w promocję Polski. – Robię to z serca, bo Polska mi wiele dała, wyedukowała mnie. Cała moja młodość to Polska. Niedawno w telewizji dyskutowaliśmy, kto powinien być wzorem dla Senegalu, i słyszę: „Napoleon". Mówię wszystkim: „Nie, naszym wzorem powinien być polski król Kazimierz Wielki, zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną". Tak wielkiej przemiany Senegal potrzebuje – opowiada Gakou.
Po powrocie do ojczyzny przez dwa lata nie mógł znaleźć pracy. Dyplom polskiej uczelni budził politowanie wśród dominujących wśród tutejszych elit absolwentów Sorbony czy Georgetown. „Czego cię mogli nauczyć u tych komunistów?" – pytali. W efekcie musiał go nostryfikować, przechodząc uciążliwe procedury. Walka z tą bzdurą i słabą opinią o polskich uczelniach stała się jego pierwszym celem.
Udało się. Pomógł fakt, że szybko zaczął się liczyć na politycznej scenie. Współtworzył odłam partii socjalistycznej, który jest obecnie drugą siłą w kraju. Stoi też na czele afrykańskiej organizacji absolwentów polskich uczelni. – Oni są dla was kluczem, to ambasadorowie polskości. Jeśli Polska chce istnieć w Afryce, musi się na nich oprzeć. Nie ma bowiem takich kontaktów i wpływów jak dawne mocarstwa kolonialne – tłumaczy.
W Senegalu organizacja absolwentów zrzesza 40 osób, w całej Afryce – 800. Nie wszyscy jednak do niej należą. Kiedy polska ambasada w Luandzie urządza przyjęcie, przychodzi niemal połowa angolańskiego rządu. Podobno wszyscy rozmawiają ze sobą po polsku, popisują się nawet, kto robi to lepiej.
bsolwenci są ważni, bo Polska - może z wyjątkiem Polonii w RPA – nie może liczyć na liczne diaspory, jak dawne kraje kolonialne. W Senegalu polska diaspora liczy... 25 osób, z czego duża część to zakonnice. Jej szefową jest Barbara Diop, która studiowała razem z Januszem Piechocińskim, wyemigrowała z Polski do Francji w 1983 roku i zatrudniła się w firmie produkującej cement. Ta z kolei wysłała ją do Senegalu jako kontrolera ds. jakości na budowie zapory wodnej. Tu poznała męża Senegalczyka.
Niestety – w Afryce, po reformie ministra Radosława Sikorskiego w 2008 roku, na 54 państwa zostało już tylko 10 polskich ambasad. – Trudno było o gorszy moment na ich likwidację – ubolewa Barbara Diop.
– Francuzi mają swój układ, Anglicy mają układ. Żydzi i Libańczycy swoje. Trzeba budować własny, polski układ, własne nieformalne powiązania – przekonuje Tony Kamanga Bulela. – Chcę wrócić na stałe do Konga. Nie po to przyjechałem do Polski, by tu umrzeć – mówi. Tam chce robić biznes, a potem karierę polityczną. – Czuję, że mogę odegrać poważniejszą rolę, a ściągnięcie polskich inwestorów byłoby potem moim atutem. Patriota, który załatwił miejsca pracy i coś zbudował! To już coś – mówi. – No i zdecydowanie wolę afrykański klimat – dodaje po chwili.
Źródło: Bloomberg Businessweek Polska
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA