fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Przyszłem - książka Janusza Głowackiego

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Janusz Głowacki w „Przyszłem" tłumaczy Wałęsę i pokazuje, że Polacy niezmiennie są małostkowi i zawistni – pisze Jacek Cieślak.
Poprzez przewodniczącego „Solidarności" Głowacki sportretował polskie społeczeństwo, które idealizuje swoje bohaterstwo i moralną czystość (w końcu spalono tylko jedną stodołę!), a jednocześnie babrze się we własnych brudach.
W książce opisującej trzy lata pracy nad scenariuszem filmu „Wałęsa. Człowiek z nadziei" oraz towarzyszące mu polityczne zdarzenia pokazuje, że Polacy, marząc o kraju z hollywoodzkich bajek, nie potrafią ich pisać, reżyserować i grać głównych ról. Kłania się wspomnienie Janusza Głowackiego z końca strajku w Stoczni Gdańskiej. Napisał wtedy o proteście robotników sarkastyczne „Moc truchleje" i zazdrościł Gajce Kuroniowej wiary w lepszą Polskę. Polska jest może i lepsza. Ale czy Polacy?
W opowieści o tworzeniu scenariusza dla Andrzeja Wajdy udało się zawrzeć sceny, które, choć rozgrywają się dzisiaj, mogłyby się dziać na słynnym korytarzu TVP z czasów Gierka, pokazanym w „Człowieku z marmuru". Po jednym z pokazów „Wałęsy" ważna osoba z mediów bierze pisarza na bok i mówi: „Niech pan przestanie latać i obgadywać, bo to jest bardzo dobry film". Głowacki robi rachunek sumienia i zastanawia się, czy jego telefon jest na podsłuchu. Albo inna scena, gdy po obejrzeniu pompatycznych sekwencji Okrągłego Stołu scenarzysta jest przerażony również tym, że z filmu wypadło to, co nadawało mu ludzki wymiar. Głowackiemu bije serce, zawał tuż-tuż, a producent prosi, by nie pisał listów protestacyjnych do Andrzeja Wajdy, bo po ich lekturze wybitny reżyser źle śpi. Chwilę potem następuje wymiana uwag o tym, kto jakich używa proszków na dobry sen. Mamy to, co u Janusza Głowackiego najlepsze: jest i strasznie, i śmiesznie. Autor nie ukrywa, że z Wajdą, którego podziwia za „Ziemię obiecaną", miał kłopot. Różnił ich temperament, poczucie humoru i widzenie rzeczywistości, co sprawiło, że pierwsza wspólna praca przy filmie „Polowanie na muchy" się nie udała. Kilkanaście lat później scenariusz, który Wajda zamówił u Głowackiego tuż po zakończeniu strajku w 1980 r., przepadł ze względów obyczajowych. Drogi artystów zeszły się, gdy pisarza zarekomendował Roman Polański. Niezawodna okazała się polska rzeczywistość. Gdy scenarzysta wraz z Wajdą martwili się, że gaśnie zainteresowanie ich bohaterem, wybuchały kolejne odsłony sprawy „Bolka". Kulisy życia z Lechem opisała pani Danuta, zaś Polaków podzieliła ostatecznie katastrofa smoleńska. Demonstracje i kontrdemonstracje nie mogły umknąć uwadze pisarza – zarówno przed wyjazdem do Ameryki, jak i po powrocie do Polski przygląda się Polakom z perspektywy baru w warszawskim hotelu Bristol. Po wielkim zwycięstwie nad Sowietami marszałek Piłsudski oburzał się tam na tych, którzy zarzucali mu narodową zdradę. Sam widział w Bristolu przed laty Mieczysława Moczara, a całkiem niedawno spotkał demonstranta, który wyzywał go od zdrajców i pachołków. Stara się nie tracić humoru i objaśnia złożoną przeszłość historii także językiem anegdoty. Młodzi dowiedzą się, że w bloku wschodnim nie dał rady żyć bez wódki zarówno Zdzisław Maklakiewicz... jak i Leonid Breżniew. Mieszkanie pierwszego z nich wskazywał imprezowiczom Jezus z posągu przed stołecznym kościołem św. Krzyża. Ten drugi na pogrzebie swego wiernego towarzysza Susłowa, gdy zaczęła grać orkiestra, poprosił wdowę do tańca. Opowieść, pozornie dygresyjna, układa się w gawędę o niejednoznaczności ludzkiego życia, sprzeczności ludzkiej natury i niedających się ex post pojąć ludzkich zachowaniach układanych potem w wielką historię. By ją zrozumieć, Janusz Głowacki sprowadza wszystko do ludzkiego wymiaru. Służą temu osobiste wspomnienia. Gdy jako dziecko jeździł po wojnie na Hel, wraz ze starszymi kolegami wyszukiwał w pobliskich lasach poniemieckie granaty, które były przydatne okolicznym rybakom do głuszenia ryb. Anegdota o facetach wysługujących się dzieciakami staje się przypowieścią o ludziach, którzy unikają w życiu najmniejszego ryzyka, a po latach wypinają piersi po medale i osądzają innych bez pardonu. Nie ferując wyroków, pisarz ironizuje znacząco na temat swojego ojca: „Był zwolennikiem dochowywania wierności małżeńskiej, a bez przerwy zdradzał moją matkę". Tak dochodzimy do zapisanego w książce pytania, które zadał autorowi parkingowy z osiedla: „Panie Januszu, Bolek czy nie Bolek?". A pan Janusz powołał się na anegdotę arcybiskupa Życińskiego, który zauważył, że gdyby IPN dobrał się do akt wesela w Kanie Galilejskiej, badacze, miast zajmować się cudem, dochodziliby, dlaczego zabrakło wina. Głowacki przypomina, że w PRL „bezpieka lała się z kranu" i „był to skundlony świat". Pisze: „Lech Wałęsa twierdzi, że na sto procent nigdy nie wziął od SB ani grosza. Nie to nie. Ale jakby wziął, to co? Bieda, dzieci, żona nie pracuje, chcą łobuzy płacić, niech płacą. Zrobią kiepski interes (...). Oczywiście SB to wróg śmiertelny, ale przyjaciele rzadko chcą nam za coś płacić". Autor „Przyszłem" dopuszcza, że Wałęsa podpisał mnóstwo papierów, choćby dlatego, że nie był intelektualistą, który uważa, że „co napiszesz piórem, nie wyrąbiesz siekierą". W filmie Głowacki stworzył przekonujący obraz prostego robotnika, obarczonego żoną i rodziną, który podejmuje walkę z systemem, PRL i Związkiem Radzieckim. Tak jak potrafił. Lecha Wałęsy po 1989 r. Głowacki nie idealizuje. Ustami pani Danuty przypomina, jak niszczył dawnych doradców i groteskowo to tłumaczył: „Ale nie zabijałem!". Finał zaś, dedykowany dużej części naszych elit i społeczeństwa, jest jednoznacznie gorzki. Głowacki ilustruje stan umysłów swoim dawnym librettem „Sylwestra w barze mlecznym": „Wszystko wokół się pier.... /My w niewoli, my w niewoli". Własnych obsesji i paranoi. Fragment książki Janusza Głowackiego w najbliższym dodatku Plus Minus.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA