fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Geopolityka, Andrzej Talaga: Ukraina potrzebuje własnego mitu

Andrzej Talaga
Fotorzepa, pn Piotr Nowak
Nie przebrzmiały wciąż echa obchodów 1025-lecia chrztu Rusi. Widok prezydentów Putina i Janukowycza podkreślających wspólne korzenie ich państw, pobłogosławionych przez patriarchę Wszechrusi, budzi niepokój, że Ukraina kiepsko wybiera swoją przeszłość. Historia bowiem nie jest wcale dana państwom raz na zawsze, można ją modelować tak, by służyła racji stanu i pasowała do aktualnych potrzeb strategicznych.
Czyni tak Rosja, umacniając poprzez narrację historyczną swoją pozycję w regionie, także Polska nieźle sobie radzi z własną przeszłością i skutecznie wykorzystuje ją do gry politycznej, Ukraina natomiast miota się między skrajnościami, już to hołubiąc Ukraińską Powstańczą Armię, już to sowieckich żołnierzy z drugiej wojny światowej; to rozdarcie dotyczy także oceny źródeł jej państwowości. W takiej sytuacji rosyjski mit o wspólnym początku obu państw jest groźny dla niezależności Kijowa.

1

Stanowisko Moskwy jest proste i konsekwentne, początkiem Rosji była Ruś Kijowska, a szczególnie chrzest Włodzimierza Wielkiego, obecne państwo to kontynuacja tamtego. Skoro jednak na terytorium dawnego imperium wschodnich Słowian funkcjonują jeszcze inne twory – Białoruś i Ukraina, trzeba je uznać za pobratymcze, dziedziczące tę samą cywilizację.
Największym obrońcą takiej wizji jest rosyjski Kościół prawosławny. Patriarchat Moskiewski rozciąga swoje terytorium ekumeniczne zarówno na Rosję, jak i Białoruś oraz Ukrainę. Stanowisko to akceptuje zresztą patriarcha Konstantynopola, symboliczny zwierzchnik całego prawosławia, nie uznając autokefalii patriarchatu kijowskiego. Skoro tak – nadal istnieje jedna, święta Ruś, podzielona jedynie (chwilowo?) na trzy państwa.
Podkreślając wspólnotę historii z Rosją, prezydent Wiktor Janukowycz wchodzi w tę narrację, uznaje ją za uprawomocnioną, co jest niczym innym jak kapitulacją na polu polityki historycznej, której zresztą zaniechał. Nie neguje wprawdzie zasadniczo linii swojego poprzednika Wiktora Juszczenki, ale za to skutecznie ją wycisza.

2

To nieprawda, że taka wersja początków Rosji i Ukrainy jest jedyną uprawomocnioną. Równie dobrze można uznać, że Ruś Kijowska nie ma obecnie żadnej kontynuacji w sensie państwowym.
Początkiem Rosji w dużo większym stopniu było księstwo moskiewskie. Ukształtował je okres dominacji mongolskiej i system jarłyku wielkoksiążęcego, czyli nominowanie przez wielkiego chana na zwierzchnika całej Rusi najbardziej bezwzględnego kolaboranta – księcia Moskwy. Rosyjski system polityczny, obyczaje, relacje państwa z jego ludnością ukształtowały się właśnie tam, a nie w Rusi Kijowskiej, systemowo i kulturowo dużo bliższej Europie niż późniejsze lenna mongolskie.
Ukraina z kolei, jako odrębny byt, najpierw językowo-kulturowy, a potem polityczny, ukształtowała się w Rzeczypospolitej. To w niej wyodrębniło się ukraińskie prawosławie, którego serce biło w akademii kijowsko-mohylańskiej, w niej ukraińska (ruska) szlachta uczyła się demokracji, w niej powstały wolne wojska kozackie. Ta tożsamość zderzyła się szybko z tożsamością polską i umocniła w konfrontacji z nią. Początkiem państwa ukraińskiego była zatem hetmańszczyzna powołana przez Chmielnickiego, de facto suwerenny twór z własną stolicą, administracją, wojskiem i Kościołem.
Gdyby zamknąć rozdział zatytułowany „Ruś Kijowska” i pozostawić ten wspaniały organizm państwowy średniowiecza historykom, a przejąć zaproponowane powyżej dwie narracje, osobne dla Rosji i Ukrainy, znajdziemy się w innej rzeczywistości strategicznej. Roszczenia Moskwy do jakiejkolwiek wspólnoty z Kijowem jawią się jako czysty ekspansjonizm, a nie nawiązywanie do wspólnych wartości.

3

Każdy naród potrzebuje mitu założycielskiego. Luksus polityki polega na tym, że można go sobie wybrać, jednych przodków pominąć, innych wywyższyć. Historia jest dużo więcej niż nauką – jest także strategią państwową. To, jakiej wersji dziejów uczą się dzieci w szkołach, jaka jest przyjęta w społeczeństwie norma myślenia o własnej przeszłości, warunkuje rozwój i przyszłość państwa.
Ukraina nie musi stawiać na Ruś Kijowską, ma inny wybór. Owszem, godniej wskazywać na swoje początki w XI niż w XVII wieku, ale łatwo wówczas wpaść w sidła rosyjskiej polityki historycznej i „ruskiej wspólnoty”. Korzystniejszy byłby dla Kijowa inny mit – o wspólnocie kulturowej oraz historycznej z Polską i oderwaniu się od niej hetmańszczyzny, jako aktu erekcyjnego ukraińskiej państwowości. Dałoby mu to inną pozycję w Europie, jako jej pełnoprawnego członka, który chce tylko wrócić tam, gdzie jego miejsce.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA