fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Białoruski cud gospodarczy. Białoruś warta miliardy

Aleksander Łukaszenko rządzi żelazną ręką na Białorusi od prawie dwudziestu lat
AFP
Realny poziom życia w kraju Aleksandra Łukaszenki jest zaledwie o 1/4 niższy niż w Polsce. Rachunek płaci Rosja.
Oficjalne dane MFW uwzględniające realną moc nabywczą lokalnych walut są dla naszego wschodniego sąsiada zaskakująco dobre. Z dochodem 15 tys. dolarów rocznie Białoruś osiąga lepszy wynik niż dwa kraje Unii Europejskiej (Rumunia i Bułgaria), przebija Turcję, a jej dystans wobec Polski (20,6 tys. dol.) wcale nie jest tak duży.
Jak to możliwe, że kraj, który zdaniem analityków amerykańskiego Kongresu najmniej zreformował komunistyczną gospodarkę ze wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej, jest relatywnie tak zamożny? – Tu nie ma mowy o manipulacji danymi, do jakiej posunęli się Grecy. Nasze liczby odnośnie do Białorusi są realne: poziom życia jest tam rzeczywiście wyraźnie lepszy niż na Ukrainie czy w Bułgarii. Problem jest inny: czy ten system na dłuższą metę jest do utrzymania – przekonuje „Rz” Mark Allen, do niedawna wieloletni szef misji MFW na Europę Środkowo-Wschodnią.
Relatywna zamożność Białorusinów nie jest widoczna od razu. Ze średnią pensją odpowiadającą około 500 dolarom miesięcznie kraj wypada słabo w stosunku do Polski (1,15 tys. dol). Tym bardziej że żywność, kosmetyki, sprzęt AGD i wiele produktów konsumpcyjnych jest tańszych u nas niż po wschodniej stronie Bugu: właściciele hipermarketów w Białymstoku i innych miastach Podlasia szacują, że aż 15 proc. ich klientów to właśnie Białorusini. Po części niższe dochody mieszkańcy Białorusi rekompensują jednak dotacjami państwa do wielu usług komunalnych. Rachunki za elektryczność i ogrzewanie są pokrywane przez prywatnych beneficjantów zaledwie w 1/3. Dotowany jest także transport miejski, darmowa pozostaje opieka zdrowotna i edukacja, a za litr benzyny Białorusini płacą odpowiednik 3 złotych. Państwo zapewnia także dość rozbudowany system świadczeń socjalnych. – Łukaszenko przekonał część Białorusinów, szczególnie na wsi, że jego rządy zapewniają stabilne (choć bardzo skromne) warunki życia i porządek w przeciwieństwie do ogromnych różnic w dochodach i powszechnej przestępczości w sąsiedniej Rosji – przekonują autorzy wydanego trzy miesiące temu raportu Kongresu USA. W przeciwieństwie do sąsiednich republik b. ZSRR, po objęciu władzy w 1994 roku Aleksander Łukaszenko praktycznie całkowicie wstrzymał proces prywatyzacji. Chciał w ten sposób zapobiec powstaniu konkurencyjnej elity i uzależnić od siebie społeczeństwo. Dziś 70 proc. dochodu narodowego wytwarzają przedsiębiorstwa państwowe, a większość ludzi pracuje na rocznych kontraktach i wie, że jeśli narazi się władzom, może stracić jedyne źródło utrzymania. Ale taki system sprzyja też o wiele bardziej sprawiedliwemu podziałowi dochodów niż na Ukrainie czy w Rosji. – Na Białorusi jest tylko jeden oligarcha – Łukaszenko, który dysponuje ogromnym majątkiem za pośrednictwem odrębnego budżetu Administracji Prezydenta – tłumaczy „Rz” Adam Eberhardt, wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. Taki system sprzyja także ograniczeniu korupcji. Tak przynajmniej uważa Wiesław Pokładek, radca ekonomiczny Ambasady RP w Mińsku. – Przypadki przekupstwa od czasu do czasu się zdarzają, jednak zorganizowanej mafii nie ma – mówi. Całkiem częstym widokiem na ulicach Mińska i niektórych dużych miast kraju są drogie, nieraz wręcz luksusowe zachodnie samochody. Należą do 10–15 proc. społeczeństwa, które dzięki dobrym kontaktom z władzą mają dostęp do taniej energii do produkcji przemysłowej bądź mogą prowadzić intratne interesy przez granicę. To za sprawą tych samych ludzi na przedmieściach powstają znacznie mniejsze niż w Polsce, ale jednak znaczące kompleksy domów jednorodzinnych. Na wsi zarobki są już radykalnie niższe – średnio nie więcej niż 200 dolarów miesięcznie. Ale tu Łukaszenko dociera do serc swoich rodaków takimi sposobami, jak utrzymywanie niskich cen alkoholu. Za pół litra wódki trzeba więc zapłacić tylko 14 złotych, a butelka tzw. wina owocowego o 20 proc. zawartości spirytusu kosztuje zaledwie 4 zł. Z możliwości, jakie to stwarza, Białorusini czerpią pełnymi garściami: na wyroby alkoholowe wydają rocznie 2 mld dolarów, więcej niż na leki czy benzynę. – Widocznie się myliliśmy na całej linii – odpowiada nie bez ironii Mark Allen na pytanie, dlaczego kraj, który od lat lekceważy wszystkie rekomendacje MFW, nie skończył jak Grecja, Portugalia czy Cypr. Fundusz zdaje sobie jednak sprawę, że powód „białoruskiego cudu gospodarczego” jest zupełnie inny. – Łukaszenko bardzo sprytnie sprzedaje Rosji prawo do utrzymywania wpływów politycznych w strategicznym miejscu Europy. Kreml tego potrzebuje, aby pokazać, jak dużo korzyści daje integracja gospodarcza z Moskwą. Ale to jest model, który jest nie do powtórzenia w żadnym innym państwie dawnego Związku Radzieckiego – uważa Adam Eberhardt. Rosyjskie dotacje przybierają przede wszystkim postać zaniżonych cen gazu i ropy. To pozwala Białorusinom eksportować z kolosalnym zyskiem wyroby petrochemiczne, nawozy i inne wyroby, których produkcja jest energochłonna. Eksperci oceniają, że kraj w ten sposób otrzymuje ok. 5 mld dolarów dotacji rocznie, czyli dwukrotnie więcej, niż proporcjonalnie do ludności Polska dostaje od Unii Europejskiej. Moskwa wspiera także Łukaszenkę preferencyjnymi kredytami, czy to poprzez związane z Kremlem banki, czy też kierowane przez Rosję międzynarodowe organizacje współpracy gospodarczej. W zamian Władimir Putin żąda jednak coraz dalej idących dowodów podległości wschodniego sąsiada. Po przejęciu kontroli nad strategicznymi jednostkami sił zbrojnych powiązane z rosyjskimi władzami firmy kładą rękę na kluczowych przedsiębiorstwach białoruskich, takich, jak zarządzający siecią przesyłu gazu Biełtransgaz czy producent nawozów Biełaruskali. Coraz więcej wskazuje jednak na to, że sprytny system, który pozwalał Łukaszence na utrzymanie stabilności reżimu na koszt Rosjan, wielkimi krokami zmierza do ściany. Z powodu chronicznego łamania praw człowieka dyktator ostatecznie zraził do siebie Zachód i nie może dłużej szachować Putina alternatywnym sojuszem, jeśli Moskwa wstrzyma pomoc. Kreml chce z kolei ograniczyć rachunek za utrzymanie wpływów na Białorusi nie tylko dlatego, że wraz ze spadkiem cen ropy sama Rosja przeżywa kłopoty gospodarcze, ale Łukaszenko ma coraz mniej wartościowych przedsiębiorstw, które mógłby przekazać pod zastaw udzielonego wsparcia. – Białoruś odziedziczyła po ZSRR rozbudowaną bazę przemysłową, ale z powodu zaniechania reform „przejadła” te środki trwałe. Przestarzałe przedsiębiorstwa nie są już konkurencyjne nie tylko w stosunku do Zachodu, ale także Rosji czy Kazachstanu – uważa białoruski ekonomista Leonid Złotnikow. Prezydent Białorusi próbuje uzupełnić malejące wsparcie Rosji i całkowity brak wsparcia ze strony Zachodu pomocą ze strony coraz bardziej egzotycznych sojuszników. Mińsk zawarł więc umowy na dostawy ropy i gazu po preferencyjnych cenach z Iranem, Wenezuelą, Azerbejdżanem. Wielomiliardowego kredytu kupieckiego udzieliły Białorusinom Chiny. Ale i ta strategia szybko się wyczerpuje: dług zagraniczny kraju (ok. 35 mld dolarów) przekracza już 55 proc. dochodu narodowego, niewiele mniej niż określany przez Bank Światowy za krytyczny limit 60 proc. Ostatnie miesiące przynoszą więc coraz więcej złych danych ekonomicznych. Roczny wskaźnik inflacji w maju wyniósł 20 proc. – bardzo zła wiadomość dla otrzymującej sztywne pensje państwowe większości społeczeństwa. W tym samym czasie produkcja przemysłowa spadła o 10,5 proc., a dochód narodowy w I kwartale w skali roku zmniejszył się o 1,9 proc. A to i tak przeszacowanie, bo wiele przedsiębiorstw produkuje towary do magazynu z braku chętnych na ich zakup: zdaniem Leonida Złotnikowa wartość zgromadzonych na półkach produktów wynosi już 3,7 mld dolarów, 5 procent białoruskiego dochodu narodowego! Czy Białoruś, niczym Grecja w 2008 roku, jest więc u progu gwałtownego załamania, które spowoduje, że już wkrótce jej miejsce w rankingu zamożności krajów świata spadnie o kilkadziesiąt szczebli? Mark Allen w to nie wierzy. – Łukaszenko ręcznie steruje gospodarką i ma duże możliwości ograniczenia popytu i inwestycji, aby dostosować je do możliwości finansowych państwa. Białoruś nie musi więc zbankrutować tak jak Grecja – tłumaczy. Pytanie, jak na taką kurację odchudzającą zareagują sami Białorusini. I czy nie wypowiedzą posłuszeństwa Łukaszence, gdy okaże się, że za cenę odebrania wolności oferuje im poziom życia już nie dwa razy wyższy niż na Ukrainie, tylko na przykład taki sam.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA

REDAKCJA POLECA

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA