Dym wiejski nie był tak widowiskowy, co zresztą zauważyła ta sama Maria Konopnicka w wierszyku

„Na pastwisku":

„Siny dym się wije

Pod lasem, daleko:

Tam pastuszki ognie palą

I kartofle pieką".

W połowie XIII w. Eleonora Prowansalska, żona Henryka III Plantageneta, utyskiwała na jakość powietrza w Londynie. Ale były to czasy, gdy panowało powszechne przekonanie, że dym w izbie zapobiega pleśnieniu i gniciu żywności, poza tym od niepamiętnych czasów „wiadomo było, że od dymu jeszcze nikt nie umarł". Właściwie dopiero w XVII stuleciu zaczęto przebąkiwać o niekorzystnym wpływie dymu na zdrowie. Tymczasem dymu przybywało, gdyż w coraz większym zakresie korzystano z węgla jako opału. Wynalazek maszyny parowej spowodował skokowy wzrost zadymienia – ceną za rewolucję przemysłową była wszechobecna sadza.

Wprawdzie podejmowano kroki zapobiegawcze, m.in. pojawiły się wysokie kominy, a wraz z nimi spektakularne pióropusze dymu unoszące się nad hutami, fabrykami, cegielniami czy gorzelniami, ale od nich sadzy nie ubywało. Postęp techniczny odbywał się kosztem zdrowia. Oceniając to z dzisiejszej perspektywy, dymy zwiastowały ogólny wzrost poziomu życia, a zarazem ogólne pogorszenie stanu zdrowia.

A jednak, aby być w zgodzie z prawdą, trzeba powiedzieć, że początek zadymiania świata, zaczadzania go sadzą, miał miejsce bez mała milion lat temu, gdy gatunek homo opanował sztukę rozniecania i podtrzymywania ognia. O stopniu i skutkach zadymiania kilkaset czy kilkadziesiąt tysięcy lat temu nie można sensownie wnioskować z braku archeologicznych śladów. Ale ślady takie, jak na razie najstarsze, sprzed zaledwie kilku tysiącleci, właśnie uchwycono. Analiza palenisk w domach na słynnym stanowisku prehistorycznym Çatal Höyük (Turcja) wskazuje, że właściciele tych domów narażeni byli na oddychanie powietrzem, w którym zanieczyszczenia niebotycznie przekraczały współczesne dopuszczalne normy.

Autopromocja
Od 29.10 w "Rzeczpospolitej" i "Parkiecie"

Wszystko o zrównoważonym rozwoju i pozafinansowym raportowaniu spółek

Sprawdź szczegóły

Stanowisko Çatal Höyük w 2012 r. zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Ludzie zamieszkiwali tam nieprzerwanie niemal półtora tysiąclecia, w latach 7100–5700 przed Chrystusem. W okresie największej prosperity w tym „mieście" z młodszej epoki kamienia żyło do ośmiu tysięcy ludzi. „Miasto" składało się z indywidualnych domów o powierzchni od 15 do 25 metrów kwadratowych, rozplanowanych jednakowo: jedno pomieszczenie z paleniskiem przy ścianie i z platformami wzniesionymi ponad podłogę (ławy, legowiska). Platformy i ściany pokryte były gipsem. Analizy chemiczne tego gipsu wykazały, że zawiera on cząsteczki sadzy. Gromadzącą się sadzę regularnie zakrywano kolejnymi warstwami gipsu; domy po prostu odnawiano. Domy te funkcjonowały średnio 70 lat, potem na ich miejscu wznoszono nowe.

Naukowcy brytyjscy z Uniwersytetu w Newcastle zbadali poziom zanieczyszczenia wewnątrz tych domów – zmierzyli zawartość PM2,5 w gipsie na ścianach. PM2,5 to pył, którego średnica nie przekracza 2,5 mikrometra; jest tak drobny, że przedostaje się bezpośrednio do krwi, powodując katastrofalne skutki dla zdrowia (nowotwory krtani, gardła, płuc, itd.). Do badań tego „świństwa" naukowcy wykorzystali replikę prehistorycznego domu, zbudowaną w latach 90. z myślą o turystach odwiedzających Çatal Höyük. Badacze podsycali ogień w palenisku i mierzyli poziom PM2,5 w powietrzu. Opis eksperymentu zamieszcza pismo „Environmental Geochemistry and Health". Okazało się, że średnia zawartość PM2,5, gdy ogień płonie dwie godziny, przekracza zdolność pomiarową współczesnych czujników; poziom taki utrzymuje się jeszcze 40 minut po wygaszeniu ognia, osiąga 150 tysięcy (!) mikrogramów na metr sześcienny powietrza. Światowa organizacja Zdrowia WHO rekomenduje normę do 25 mikrogramów. Brak komina w tych jednoizbowych domach był powodem takiej sytuacji. Szkielety odkopywane w Çatal Höyük (wykopaliska trwają tam nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat) noszą ślady chorób nękających ludzi oddychających „żywą sadzą". Ich stan zdrowia był katastrofalny.

Z tej prehistorycznej lekcji ludzkość powinna wyciągnąć wnioski, ponieważ powietrze, jakim oddychamy, wcale nie jest wolne od sadzy. Zostało „wzbogacone" dużo bardziej nowoczesnymi składnikami PM2,5.