fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Zdrowie

Psychiatrzy: Nie ma narzędzi prawnych do psychiatrycznego nadzoru

To psychiatria sądowa zrodziła współczesną psychiatrię
shutterstock
Niebezpieczni chorzy zamiast do szpitala wracają do domu, a powinni być kierowani na przymusowe leczenie.

Eksperci psychiatrii sądowej nie mają wątpliwości: więzień chory na schizofrenię i z historią rozbojów nie powinien być wypuszczany na wolność bez psychiatrycznego nadzoru. Kłopot w tym, że nie ma narzędzi prawnych, które by to umożliwiały. – Potrzeba ustawy podobnej jak dla „bestii", szczególnie niebezpiecznych przestępców seksualnych, którzy po odbyciu kary kierowani są na przymusowe leczenie do ośrodka w Gostyninie – uważa dr Jerzy Pobocha, prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej (PTPS).

Leczenie na wniosek

Jak dodaje, w zakładzie karnym więźniowie mogą liczyć na opiekę psychiatryczną. Problem zaczyna się na wolności, kiedy przestają podlegać przepisom kodeksu karnego. – Obowiązuje ich ustawa o ochronie zdrowia psychicznego, która przymusowe leczenie przewiduje wyłącznie w trybie art. 23, dla osób, które stanowią bezpośrednie zagrożenia dla życia swojego albo innych ludzi, czyli agresywnych lub chcących popełnić samobójstwo. Jeśli zaś brak terapii może spowodować dalsze pogorszenie zdrowia, można wystąpić o leczenie w trybie wnioskowym z art. 29 – podkreśla dr Pobocha.

Według niego gdyby matka Stefana W. skierowałaby taki wniosek do sądu, wyrok zapadłby najwcześniej za rok. Dlatego potrzebna jest nowelizacja obu ustaw, która, na wzór Holandii, gwarantowałaby monitorowanie leczenia osób, które w przeszłości dopuszczały się czynów zagrażających życiu innych ludzi, a w dodatku cierpią na chorobę, która może nasilać te skłonności – uważa dr Pobocha.

Jego zdaniem nadzór nad chorymi na schizofrenię byłby znacznie łatwiejszy niż nad „bestiami" i nie musiałby wymagać izolacji. – Można by ich leczyć ambulatoryjnie. Istnieją zastrzyki o przedłużonym działaniu, które wystarczają na dwa–cztery tygodnie. Wystarczy, by taka osoba regularnie zgłaszała się na zastrzyk. Gwarantem ciągłości leczenia mogłaby być rodzina, która zobowiązywałaby się do nadzoru nad takim chorym. Można zastanowić się nad formami nadzoru elektronicznego, np. opaskami – dodaje dr Pobocha.

Prof. Bartosz Łoza, kierownik Kliniki Psychiatrii Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego i były prezes PTPS, uważa, że wzmocnienia wymaga też psychiatria sądowa: – Polska jest jednym z nielicznych krajów na świecie, w których nie ma takiej specjalizacji. A przecież to psychiatria sądowa zrodziła psychiatrię. Ta dziedzina nie wyrosła z potrzeby zajęcia się osobami, które w XIX w. cierpiały na depresję, ale z potrzeby odizolowania i leczenia osób niebezpiecznych dla społeczeństwa – tłumaczy prof. Łoza i dodaje, że utworzenie takiej specjalizacji środowisko psychiatrów postuluje od lat.

– Na Litwie istnieją nawet specjalizacje w ramach samej psychiatrii sądowej – osobna atestacja z psychiatrii sądowej karnej, cywilnej, rodzinnej, uzależnień czy młodzieży. A u nas biegłym sądowym może zostać każdy psychiatra, który na egzaminie specjalizacyjnym dostaje zaledwie jedno pytanie z tej dziedziny – dodaje dr Jerzy Pobocha.

Konsultant krajowy w dziedzinie psychiatrii prof. Piotr Gałecki jest zdania, że osobna specjalizacja nie jest potrzebna: – Na takiej zasadzie musielibyśmy stworzyć specjalizację z ginekologii czy stomatologii sądowej. Psychiatra sądowy musi umieć rozpoznać i leczyć chorobę, a to potrafi każdy specjalista z tej dziedziny – mówi prof. Gałecki. Przyznaje jednak, że sporo do życzenia zostawia system opiniowania osadzonych. – Psychiatrzy niechętnie podejmują się roli biegłych, bo za wielostronicową opinię, wymagającą przewertowania wielu ksiąg akt i poświęcenia mnóstwa czasu, dostają 190 zł brutto. Być może urealnienie tych stawek zachęciłoby do tej pracy więcej specjalistów – dodaje.

Przechytrzyć biegłego

Dr Jerzy Pobocha uważa, że biegli orzekający o stanie psychicznym przestępców powinni legitymować się nie tylko specjalizacją, ale doświadczeniem w orzekaniu w takich sprawach.

– Pierwsi biegli, którzy orzekali w sprawie norweskiego zabójcy Andersa Breivika, uznali go za chorego na schizofrenię. Dopiero kolejni rozpoznali, że w momencie popełnienia czynu był poczytalny. To istotne, by odróżnić osoby działające z premedytacją od udających chorych psychicznie. Tym bardziej że w schizofrenii występuje tzw. podwójna buchalteria – chorzy funkcjonują normalnie, choć mają omamy i słyszą głosy – podkreśla.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA