fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Minister rolnictwa i rozwoju wsi Jan Krzysztof Ardanowski: Szkalowanie polskiej żywności jest niedopuszczalne

Fotorzepa, Robert Gardziński
Przy wysyłaniu w świat milionów ton żywności niemożliwe, by nic nigdy się nie wydarzyło – mówi minister rolnictwa i rozwoju wsi Jan Krzysztof Ardanowski w rozmowie z Aleksandrą Ptak-Iglewską.

Panie ministrze, protesty rolnicze nasilają się. Po blokadach dróg w kraju w środę działacze AgroUnii zablokowali rondo w centrum stolicy. Są zdesperowani z powodu niskich cen skupu trzody chlewnej czy owoców. Chcą, by rząd interweniował. Będzie interwencja?

Jedni chcą rozmawiać i szukać rozwiązań, a innym zależy tylko na rozgłosie. Łatwo jest krzyczeć, a trudniej przedstawić realne propozycje rozwiązań. Ze strony protestujących nie widzę natomiast, ani dobrej woli do rozmów, ani wiedzy na temat funkcjonowania rynku żywności w Unii Europejskiej. Przecież ramach mechanizmów Wspólnej Polityki Rolnej nie ma instrumentów, które pozwalałyby na interwencję państwa. O tym wie każdy rolnik. Prawem rolników jest protestować, natomiast marnowanie żywności i wysypywanie jabłek w centrum Warszawy nie zbuduje sympatii do rolników. Jabłka można było, jeśli nie przekazać potrzebującym, to chociażby rozdać mieszkańcom.

To co robicie?

Skończyły się proste mechanizmy rozwoju produkcji rolnej i dlatego musimy przebudować nasze rolnictwo. Wieś jest zainteresowana dialogiem, a nie awanturą. 168 organizacji i związków chce rozwiązywać problemy w ramach Porozumienia Rolniczego, a tylko jeden nie chce rozmawiać.

We wtorek (12 marca) w ramach Porozumienia Rolniczego odbyło się spotkanie Zespołu ds. stabilizacji i wsparcia rynku mięsa wołowego. Były to bardzo konstruktywne rozmowy i to podczas takich spotkań, a nie na ulicy, powstają propozycje zmian.

Zmieńmy temat. Naprawdę mamy wojnę handlową z Czechami?

Może to jest przesadzone, ale niektóre kraje reagują zbyt impulsywnie. Czesi prowadzą taką politykę od lat, nagłaśniają wszystkie wpadki na polskim rynku. Polska żywność sprzedaje się na świecie w miarę dobrze, eksport wzrósł w ubiegłym roku do 30 mld euro. Producenci wołowiny sygnalizowali mi chwilowy spadek cen, ale one już wróciły do dawnego poziomu. Wczoraj była z wizytą u nas minister handlu Turcji, w ubiegłym roku eksport polskiej żywności do tego kraju wzrósł o 23 proc. Turcja nie tylko nie wycofuje się z kupowania polskiego mięsa, ale - jak powiedziała minister - chce intensyfikować wymianę handlową. Inne kraje nie reagują więc tak nerwowo. Przy wysyłaniu w świat milionów ton żywności, jest niemożliwe, by nic nigdy się nie wydarzyło. A czasem z takich wpadek robi się młot na czarownice, jak to się stało w Czechach, choć do nas w ostatnim czasie doszły informacje o niedostatkach nadzoru nad bezpieczeństwem żywności właśnie w Czechach.

W Pradze przed tygodniem wykryto nielegalną ubojnię Dziś pojawiła się informacja o salmonelli w mięsie ze Słowacji,. Ale te afery żyją jeden dzień, a nasza – już miesiąc.

Komuś zależy, by to nakręcać. Kontrole w Czechach, wykazały, że są nielegalne ubojnie, nielegalny zakład rozbioru mięsa z krów nieznanego pochodzenia. System rejestracji zwierząt jest tam widocznie dziurawy. Nie robimy z tego wielkiej sprawy, a inni robią.

A zapowiedzi kontroli czeskiego piwa?

Powiedziałem, że jeśli Czesi traktują szkalowanie polskiej żywności jako element swoich rozgrywek, których nie rozumiem i wprowadzają nieadekwatne kontrole wszystkich partii towarów z Polski, to możemy równie dobrze kontrolować ich piwo. W Czechach to wywołało histerię. Nie chcę żadnej eskalacji. Jeśli konsumenci w Europie chcą kupować produkty z jakiegokolwiek kraju, to musimy to uszanować. Niech one jednak konkurują jakością i ceną, a nie sztucznymi barierami i uciążliwością kontroli. Nawet komisarz Anriukaitis stwierdził, że czeskie kontrole są nieadekwatne.

Czesi oznajmili, że być może zakończą kontrole 18 marca.

Tak, a między wierszami przekazują, że zakończą kontrole, gdy uznają, ze polskie warunki bezpieczeństwa żywności są odpowiednie - ich zdaniem, nie Polski, ani służb europejskich. Tymczasem cały system działa na zasadzie wzajemnego zaufania, my szanujemy świadectwa weterynaryjne czeskie czy innych unijnych krajów, a polski system jest respektowany przez innych.

A co odkryli w Polsce inspektorzy z Komisji Europejskiej?

Przyjąłem ich przyjazd z zadowoleniem. Kontrolowali wszystko co chcieli. Wykryli błędy administracyjne, np. nie było dobrego dostępu lekarzy nadzorujących ubój zwierząt i rozbiór mięsa do bazy danych o zwierzętach gospodarskich, czyli z systemem rejestracji i ewidencji zwierząt w ARiMR. Naprawiliśmy już to, mają już dostęp online. Komisja zaleciła kontrole rzeźni – skontrolowaliśmy wszystkie ponad 800. Nie ma żadnych istotnych dla bezpieczeństwa żywności nieprawidłowości.

W Internecie oficjalnie pojawiały się ogłoszenia „chore bydło kupię". Oficjalnie nie widzieli tego ani weterynarze, ani policja. Jak to ma się zmienić?

Faktycznie jest problem z tym, co się dzieje ze zwierzętami pourazowymi. Muszę jednak bronić inspekcji, oni wielokrotnie alarmowali prokuraturę, że są takie ogłoszenia w prasie. Ale nie od tego jest inspekcja, aby je weryfikować. Od łapania złodziei i oszustów są odpowiednie służby i instytucje. Państwo przez lata było słabe, a oszuści czuli się jak ryba w wodzie. W tej chwili policja sprawdza te ogłoszenia. W lutym skontrolowaliśmy też 446 firm pośredniczących w handlu zwierzętami, to jest ogromna praca.

Wspomniał pan, że inspekcja pracuje dobrze. A jednak – policja w rzeźni w Kalinowie była 14 stycznia, a inspekcja weterynaryjna zaalarmowała RASFF dopiero dwa tygodnie później. Inspekcja przez dwa tygodnie nie była w stanie odzyskać materiałów z policji.

Dlatego właśnie zostały wyciągnięte konsekwencje personalne. Odwołałem zastępcę Głównego Lekarza Weterynarii (Jacka Kucharskiego – red.) , który odpowiadał za system bezpieczeństwa żywności. Procedura jest taka, że powiatowi lekarze weterynarii informują GIW o przypadkach wymagających interwencji i informacji do RASFF. Punktem kontaktowym jest Sanepid, ale za nadzór nad bezpieczeństwem odpowiadał konkretny zastępca GLW. Choć był dobry w innych sprawach, to tutaj musiał ponieść konsekwencje. Obecnie informacje do systemu RASFF są przekazywane bezzwłocznie, to musi być działanie automatyczne, a nie uznaniowe. W tym tygodniu zamierzam też skompletować skład kierownictwa Głównego Inspektoratu Weterynarii.

Eksperci są zdania, że takiego konfliktu, jaki teraz mamy z Czechami, nie wyjaśnia się przez wystąpienia w telewizji, tylko rozmową w zaciszu gabinetów.

Jestem tego samego zdania. Rozmawiałem z ministrem Tomanem wielokrotnie, w Brukseli i telefonicznie. Zaproponowałem, by inspektorzy weterynaryjni przyjechali do Polski. Niech rozmawiają i wyjaśniają, jak wzajemnie współpracować. Czesi skarżą się, że dostają za mało informacji. Dla nas wszystkie kraje UE są jednakowo ważne, nie możemy jednego wybranego kraju faworyzować. Czechy są stosunkowo niedużym społeczeństwem, mają przyzwoite rolnictwo, które też chce się rozwijać. Nie dziwię się więc, że chcą promować swoje produkty, a nie być uzależnionymi od rynku polskiego.

Większym od Polski importerem do Czech są Niemcy, takich afer z żywnością niemiecką nie ma...

Trzeba zapytać, czy jak w Niemczech w październiku wykryto taki sam proceder, zabijania chorych, leżących krów, były różne uchybienia nadzoru weterynaryjnego, czy ktoś w Europie to nagłaśniał, czy w Czechach ktoś robił konferencje na ten temat? Dlatego mówię, że przypadek w Polsce został wyolbrzymiony, podczas gdy niemiecki –puszczony mimo uszu.

Pojawiają się zapowiedzi akcji wizerunkowej polskiej żywności – ale nie w Czechach.

Sami hodowcy są przerażeni sytuacją. Boją się, czy inne kraje, słuchając o zarzutach ze strony Czechów, nie zaczną się zastanawiać nad ograniczeniem importu z Polski. Dlatego hodowcy chcą szukać nowych rynków, ale też na znanych już rynkach poprawiać wizerunek naszej żywności. Ja chętnie to wesprę, także finansowo, bo ministerstwo rolnictwa jest żywotnie zainteresowane eksportem. Wesprze ich też fundusz promocji mleka i inne. Producenci chcą zrobić dużą akcję promocyjną i wynająć wyspecjalizowaną firmę PR.

A co z Czechami?

Mam wątpliwość, czy przy takim podejściu mediów czeskich, jakiekolwiek pieniądze z Polski coś na tym rynku poprawią. Każdą kampanię promocyjną można próbować ośmieszyć, a media czeskie mogą odmówić przyjęcia zleceń. Najpierw chcę wyjaśnić sprawę podczas rozmowy z ministrem Tomanem i komisarzem Andrukaitisem w Brukseli.

Rozmawiał pan z komisarzem Andrukaitisem. Jak on ocenia tę sytuację?

Komisarz uważa, że Polska ma realizować zalecenia inspektorów KE. One były podzielone na dwie grupy, szybkie, na które mamy czas do końca marca, i te już prawie zrealizowaliśmy. Kończą się kontrole rzeźni i kontrole lekarzy weterynarii pracujących w rzeźniach, m.in. pod kątem prowadzenia dzienników badań przed i po uboju. Trwa także duża akcja informacyjna dla rolników, co należy robić z bydłem z kontuzjami. Zostały wyznaczone 83 rzeźnie do prowadzenia uboju z konieczności. A druga grupa to dłuższe działania, jak np. zmiana ustawy o weterynarii, która zapewni nadzór państwowych lekarzy weterynarii nad ubojem i badaniem mięsa. To także oczekiwania innych parterów handlowych, np. USA, dużego importera polskiej wieprzowiny, by kraje, z których importują żywność, w całości miały nadzór państwowy.

Wie pan, ile zarabia weterynarz po studiach? 3,2 tys. zł brutto.

Tyle, ile w innych działach administracji. Szukam pomysłu, jak im zwiększyć wynagrodzenia.

Ale znalazł pan 150 mln zł na koła gospodyń wiejskich.

To było 90 mln zł w ubiegłym roku i to nie była decyzja ministerstwa rolnictwa, a rządu.

Eksport żywności sięgnął już 30 mld euro, czy nie powinni go pilnować dobrze opłacani eksperci?

Trzeba poprawić i wyposażenie techniczne i pensje w Inspekcji Weterynaryjnej. W ubiegłym roku Inspekcja Weterynaryjna dostała 380 dodatkowych etatów. Trzeba jednak podkreślić, że nadzór w samych rzeźniach pełnią prywatni lekarze weterynarii, wskazywani jedynie do tych zadań przez inspekcję weterynaryjną. To oni zarabiają nawet po 15 tys. zł. i więcej. Ten system funkcjonuje w Polsce od wejścia do EU i nie był kwestionowany. Wiele osób uważa jednak, że faktycznie jest korupcjogenny. Przygotowujemy zmianę ustawy o weterynarii.

Ale sądzi pan, że ci lekarze, którzy wcześniej zarabiali po 15 tys. zł, przyjdą teraz pracować za kilka razy mniej?

Bardzo wysokie wynagrodzenia w niektórych zakładach mięsnych dla wybranych denerwują pracowników inspekcji. Chcę zmienić ten system, utrzymując zasadę, że właściciele zakładów w dalszym ciągu będą płacić za nadzór nad mięsem, od przebadanego zwierzęcia, ale pieniądze będą trafiać do inspekcji. Powiatowy lekarz weterynarii w przejrzysty sposób będzie wskazywał swoich inspektorów do pracy i rozdzielał pieniądze. Na rynku jest wielu młodych, dobrze wykształconych lekarzy weterynarii i może oni podejmą się pracy nie za 15 tys. ale np. za 5 tys. zł? Są też, technicy weterynarii nie wykorzystywani dotychczas w tym zakresie.

Ale obecnie z Inspekcji Weterynaryjnej odchodzą pracownicy, zatrudnienie spadło o kilkaset osób w ciągu kilku lat. Rząd obiecał im wreszcie 40 mln zł. Ale to oznacza po może 500 zł na osobę, inspektorzy od lat domagali się dużo więcej.

Lekarzom weterynarii trzeba więcej zapłacić, o podwyżki jednak apeluje do mnie kilkadziesiąt instytucji rolniczych. W Inspekcji Weterynaryjnej rozwiążę sprawę w ten sposób – zwiększamy etatyzację, a pieniądze, które trafiały do tej pory do nielicznych kieszeni, trafią do Inspekcji i będą dzielone transparentnie. Na obszarach wiejskich zarobek rzędu 5 tys. zł jest nie do pogardzenia.

Kiedy zmiany wejdą w życie?

Ustawa jest napisana, ale obecnie trwa ustalanie, o ile trzeba w powiatach zwiększyć liczbę etatów. Szukamy na nie pieniędzy. Z budżetu ministerstwa rolnictwa nie jestem w stanie przeznaczyć na ten cel dodatkowych środków. Trwają też rozmowy, jak zaostrzyć system kar dla weterynarzy.

Do niskich zarobków dojdą więc wysokie kary. Czy ktoś jeszcze zostanie w inspekcji?

Jeżeli lekarz, wiedząc o tym, jakie znaczenie dla zdrowia i życia ludzi ma jego decyzja, łamie jednak prawo, to czy mamy to tolerować? Według rolników, jeśli lekarz brał udział w takim przestępstwie, powinno się pozbawić go prawa wykonywania zawodu, a nieuczciwą firmę – prawa prowadzenia działalności gospodarczej.

A co się stało z lekarzem odpowiedzialnym za badanie w Kalinowie?

To wyjaśnia policja i prokuratura, zaczynam już się niecierpliwić kiedy poznamy wyniki ich prac. Muszę mieć pewność, czy lekarz weterynarii był świadomy tego, że pod jego nieobecność w zakładzie był prowadzony nielegalny ubój i udostępnił swoje pieczątki, bo to mięso było stemplowane, czy też nie wiedział, i ktoś jego pieczątki podrobił. Szczęśliwie, to mięso było bezpieczne.

Jak pan ocenia interwencję przeprowadzoną przez firmę Eskimos w zakresie skupu jabłek?

To nie była interwencja, Komisja Europejska uważa interwencję za niedozwoloną pomoc. W ubiegłym roku w sadach były wysokie plony jabłek. Nie chcę używać określenia „klęska urodzaju", bo byłoby to grzechem wobec Stwórcy. W październiku sytuacja polskich sadowników była więc tragiczna. Firmy, które skupują jabłka i je przetwarzają, oferowały rolnikom 10 gr za kilogram, to jest skandaliczna cena, nie pokrywa żadnych kosztów. Tymczasem na rynku światowym cena koncentratu jabłkowego, przecierów, była bardzo wysoka, gdy zaczynaliśmy współpracę z Eskimosem, koncentrat jabłkowy kosztował ok. 600 zł za tonę, obecnie 1100 zł z tendencją wzrostową. Skupy wykorzystywały więc nadprodukcję jabłek do dyktowania niekorzystnych warunków rolnikom, ale same świetnie zarabiały. Słyszałem od nich uwagi, że rolnicy z pocałowaniem ręki przywiozą im jabłka nawet po 5 gr za kg. Szukałem więc na rynku polskiej firmy, która zdecyduje się na takie przedsięwzięcie w porozumieniu z rządem, z jedynym wsparciem w postaci gwarancji kredytowej w BOŚ banku.

Ale Eskimos nadal ma duże opóźnienia w płatnościach dla rolników

Eskimos został zaskoczony tym, że wiele podmiotów, które zgodziły się przetwarzać jabłka skupione w tej akcji i podpisały umowy o współpracy, wycofały się z niej ze strachu przed Niemcami. Przetwórcy mnie poinformowali, że niemiecka firma Doehler, jeden z głównych operatorów na świecie w handlu koncentratem jabłkowym, wysłała bardzo czytelny sygnał do tłoczni jabłek, że jeśli wejdą do współpracy z Eskimosem, to zerwą z nimi kontrakty handlowe i nie będą więcej z nimi współpracować. To ordynarny szantaż. Ta firma korzysta z polskiego rynku i polskich surowców, ale nie czuje żadnego związku z polskimi sadownikami. A Eskimos powiedział, że skupi od rolników 500 tys. ton jabłek, przetworzy je na koncentrat, pulpę, czy kostkę. Nie mogłem nie skorzystać z takiej oferty, nikt inny nie był zainteresowany, a ja nie mogłem czekać i organizować przetargi, nadchodziła zima, owoce mogły się zepsuć w sadach. Eskimos wypłacił 40 mln zł zaliczek. W najbliższych dniach, wypłaci resztę. Wiem, że z opóźnieniem.

Jaki jest efekt tego skupu?

Producenci jabłek prosili o ratunek, bo cena 10 gr. za kg nie pozwalała na przeżycie, ale 30 gr. była już do zaakceptowania. Eskimos skupił jedynie 200 tys. ton i to wystarczyło, by cena w pozostałych skupach szybko wzrosła z 10 gr na 30 gr. Skupy od początku spokojnie mogły zapłacić taką cenę. Będę wspierał polski kapitał, który chce na nowo poukładać rynek skupu, a nie sytuację monopolu utrzymywanego przez kilka firm, które nie szanują sadowników.

Powstaje holding spożywczy. Na jakim etapie są prace?

Prace trwają, powstaje skuteczna spółka, która będzie stabilizowała rynek rolny. Aktualnie tworzymy przepisy konstruujące spółkę, będziemy przygotowani w połowie roku do zdjęcia z rynku owoców na absolutnie komercyjnych zasadach. To będą państwowe spółki, jak Krajowa Spółka Cukrowa, spółki zrzeszone w KOWR. Zadeklarowały wejście do systemu, który będzie reagował, gdy na rynku pojawi się nadmiar produktów szybko psujących się. Chodzi o owoce miękkie, a potem docelowo także jabłka. System ruszy, gdy pojawią się maliny, czyli w maju. Gdy pojawią się maliny, będzie i holding.

Z jednej strony są dobre chęci, a z drugiej realia rynkowe. Znajdzie pan kupców na te produkty?

Na rynku światowym nie ma obecnie problemu ze zbytem owoców i warzyw, wzrost zapotrzebowania na soki, nektary, owoce deserowe jest bardzo duży. Podmioty państwowe będą prowadziły skup, mroziły i przechowywały te produkty, by zdjąć ich część z rynku. Trzeba lepiej zorganizować rynek, by zagospodarować większą podaż owoców i przechowywać ją do następnych lat. Rynek musi zapewnić dochody wszystkim uczestnikom łańcucha „ od pola do stołu", a nie dopuszczać do tego, że rolnicy są marginalizowani i okradani przez przetwórców.

 

Jan Krzysztof Ardanowski – polityk, rolnik i samorządowiec, od 2018 r. minister rolnictwa i rozwoju wsi. W latach 2005–2007 podsekretarz stanu w resorcie rolnictwa, w latach 2007–2010 doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego ds. wsi i rolnictwa, poseł na Sejm VII i VIII kadencji. Absolwent Uniwersytetu Przyrodniczo-Technologicznego im. Jana i Jędrzeja Śniadeckich w Bydgoszczy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA