fbTrack

Wspomnienia

Największy z największych

Waldemar Baszanowski, ur. 15 sierpnia 1935 roku w Grudziądzu. Dwukrotny mistrz olimpijski, pięciokrotny mistrz świata, sześciokrotny mistrz Europy. 24 razy bił rekordy świata. W latach 1999 – 2008 kierował Europejską Federacją Podnoszenia Ciężarów
EAST NEWS
48 lat temu, 20 września 1969, Waldemar Baszanowski zdobył w Warszawie złoty medal Mistrzostw Świata w podnoszeniu ciężarów. Przypominamy tekst z kwietnia 2011

Zmarł Waldemar Baszanowski, jeden z najwspanialszych polskich sportowców. Miał 75 lat.

– Nie mogę sobie wyobrazić, że już nigdy go nie spotkam. Był moim bliskim kompanem olimpijskim. Nigdy nie zapomnę naszego startu  w Tokio, gdzie zdobyliśmy swoje pierwsze olimpijskie złote medale, i kolejnych igrzysk, w Meksyku, gdzie też wspólnie świętowaliśmy sukces –  wspomina Jerzy Kulej, dwukrotny mistrz olimpijski w boksie.  I od razu dodaje:  Waldek był wyjątkowy na każdym polu. Nie pił, nie palił. Nikt go nie widział, by się z kimś kłócił, zawsze stonowany, powściągliwy. Człowiek sukcesu, żaden polski sportowiec nie był przecież prezydentem europejskiej federacji. A Waldek był.

W 1972 roku na igrzyskach w Monachium, Waldek zajął czwarte miejsce. Najgorsze dla sportowca. Ja już byłem tam w roli komentatora. Kiedy spotkaliśmy się w windzie w wiosce olimpijskiej, powiedział: zazdroszczę ci, że nie startowałeś. Odpowiedziałem, że to ja jemu zazdroszczę, bo olimpijska forma jeszcze była i mógłbym dotrzeć do finału – kończy Kulej.

Złamany kręgosłup

Dwa i pół roku temu Waldemar Baszanowski miał wypadek. Na swojej działce pod Warszawą spadł z drzewa. Wszedł, by podciąć gałąź, pośliznął się i poleciał na głowę. Złamał kręgosłup, uszkodził rdzeń kręgowy. Operacja uratowała mu życie, ale nie postawiła na nogi. Wiedział, że nie odzyska nigdy sprawności, ale się nie poddawał.

– Nie mógł nawet jeździć na wózku inwalidzkim. Porażenie było zbyt poważne. Ruszał tylko rękami i głową. Większość czasu spędzał w pozycji leżącej w łóżku – mówi „Rz" Zygmunt Wasiela, prezes Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów.

– Ale ręce miał silne jak za dawnych czasów. Kiedy go odwiedzałem, siłowaliśmy się – mówi o Baszanowskim jego młodszy kolega Zygmunt Smalcerz, ostatni polski mistrz olimpijski, który teraz w Colorado Springs uczy podnosić ciężary Amerykanów.

Wielki mistrz odciął się jednak od ludzi, nie chciał pokazywać się na wózku, cierpiał w otoczeniu najbliższych. Nieżyjący Piotr Nurowski, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego, głowił się, co ma robić, jak dotrzeć do Baszanowskiego ze słowami otuchy, jak stanąć przed nim twarzą w twarz w sytuacji, gdy mistrz nie życzył sobie takich wizyt.

– Nic nie zapowiadało tego, co się stało. Widziałem się z Waldkiem przed świętami, owszem, nie był w najlepszej kondycji psychicznej, pesymistycznie wypowiadał się o przyszłości, bo był już zmęczony chorobą, ale lekarze nie widzieli realnych zagrożeń – opowiada Wasiela.

– Ostatnie dni spędził na oddziale urologicznym szpitala przy ulicy Szaserów. W najbliższą środę miał mieć badania, a po nich wrócić do domu. Jeszcze w czwartek o 23 rozmawiał z nim lekarz. Później zasnął i już się nie obudził – powiedział „Rz" prezes PZPC.

Był jednym z największych siłaczy w historii tej dyscypliny. Według fachowego pisma „World Weightlifting" trzecim, najlepszym sztangistą wszech czasów, za legendarnym Turkiem Naimem Suleymanoglu i Węgrem Imre Foeldim. Ze sztangą zetknął się podczas odbywania służby wojskowej, ale regularne treningi zaczął dopiero z chwilą rozpoczęcia studiów na Akademii Wychowania Fizycznego w 1957 roku. Jego trenerem był dr Augustyn Dziedzic, to pod jego okiem osiągnął wszystkie największe sukcesy.

On sam twierdzi, że najbardziej ceni olimpijskie złoto z Tokio (1964). Losy zwycięstwa ważyły się wtedy do ostatniej chwili. Kiedy skończył,  najgroźniejsi rywale próbowali mu odebrać złoto. Najpierw sztangista Związku Radzieckiego Władymir Kapłunow, później starszy kolega z reprezentacji Marian Zieliński. Kapłunow nawet nie zdołał zarzucić ciężaru (167,5 kg) na klatkę piersiową, ale Zieliński walczył do końca, choć na sztandze było 170 kg.

Życie z zakrętami

Na pomoście Baszanowski był człowiekiem sukcesu, ale jego życie osobiste nie było usłane różami. Nie brakowało w nim tragedii i dramatów.

„10 lipca 1969 roku w miejscowości Zabostów Mały samochód prowadzony przez Baszanowskiego wpadł w poślizg i przewrócił się do rowu. Żona dwukrotnego mistrza olimpijskiego Anita zginęła na miejscu. Jego wraz z sześcioletnim synem Markiem przewieziono do szpitala powiatowego w Łowiczu". Ta krótka informacja agencyjna wstrząsnęła wtedy Polską.

Dziesięć tygodni po tragedii  na szosie, podczas rozgrywanych na warszawskim Torwarze mistrzostw świata i Europy Baszanowski pobił kilka rekordów świata, wygrał niezagrożony, a zachwycona publiczność zniosła go z pomostu na rękach.

– To był właśnie cały Waldek. Nieprawdopodobnie ambitny, nieludzko twardy i fenomenalnie utalentowany. A przy tym dusza człowiek i złota rączka. W akademiku potrafił naprawić wszystko, sam składał tranzystorowe radia. A później bił rekordy – wspomina Smalcerz.

Na jednej nodze

Rok 1976, 19 marca. Huk spadającego na pomost żelastwa w jednej z treningowych sal na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie na Bielanach. Waldemar Baszanowski niedawno wrócił z Indonezji, gdzie pracował z kadrą tego kraju i prowadzi zajęcia przy głośnej muzyce. Wśród trenujących - mistrz świata juniorów kategorii superciężkiej Robert Skolimowski, po latach ojciec Kamili, mistrzyni olimpijskiej z Sydney (2000) w rzucie młotem.

Baszanowski pokazuje, jak należy wykonać prawidłowo rwanie, podrzut. W pewnym momencie staje na jednej nodze, robi przysiad z ciężką sztangą nad głową. To musi robić wrażenie na każdym. W drzwiach, w efektownym krótkim kożuszku stoi jego druga żona Krystyna (kilka lat później zmarła na raka).

Odjadą do domu dopiero po długim wywiadzie, którego wielki mistrz udzieli mi, młodemu reporterowi studenckiej rozgłośni z Lublina. Taki był zawsze, rozmawiał z każdym, nigdy się nie wywyższał.

Był synem przedwojennego podoficera artylerii Jana Baszanowskiego, który pokochał sport w szkole średniej w Kwidzynie. Biegał, uprawiał gimnastykę, o podnoszeniu ciężarów tylko czytał lub oglądał je w telewizji. Ale później, gdy już chwycił za sztangę, nie miał sobie równych na świecie.

Poza pomostem też był perfekcjonistą. Bardzo dobrze mówił po angielsku, świetnie sprawdził się w roli działacza, o czym najlepiej świadczy funkcja prezydenta Europejskiej Federacji Podnoszenia Ciężarów, którą sprawował przez wiele lat.

Kiedyś, gdy zapytano go, czy gdyby mógł raz jeszcze decydować o swoim życiu, też wybrałby ciężary, odpowiedział od razu: tak, bo miałem do tego smykałkę.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL