W sieci opinii

Haszczyński: Pies za kierownicą

Adobe Stock
Zegar tyka nieubłaganie, do opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię pozostały 172 dni. Negocjacje na temat przyszłych stosunków między Londynem a Wspólnotą idą jak po grudzie. Obie strony zachowują się jak turyści, którzy po przekroczeniu kanału La Manche, niezależnie od kierunku, nie mogą się nadziwić, że w pierwszym samochodzie, który dostrzegli na odwiedzanym terenie, pies siedzi na miejscu zajmowanym u nich przez kierowcę.

Brytyjczycy zostaną sami, jeszcze bardziej przywiązani do swojego lewostronnego ruchu. Odmienność wytykają im coraz częściej negocjatorzy z krajów, które z Unii Europejskiej nie wyjdą.

Można odnieść wrażenie, że Wielka Brytania wypisuje się nie tylko z Unii Europejskiej, ale i z Europy. Jej stosunki ze Wspólnotą mają przypominać te z Kanadą, a może Turcją. Najpoważniejszy problem polega na tym, że część Zjednoczonego Królestwa leży na wyspie, która w większości w tej Europie pozostanie. To Irlandia Północna, w której udało się zakończyć krwawy narodowo-religijny konflikt głównie dzięki temu, że nie jest oddzielona prawdziwą, celno-paszportową, granicą od Republiki Irlandii. Jeżeli granica powróci, wrócą problemy. Jedna z wersji to rozpad Wielkiej Brytanii, która już dawno wielka terytorialnie nie jest. Utrata Ulsteru może wywołać efekt domina, ożywią się nastroje separatystyczne w Szkocji czy Walii. I zostałaby sama Anglia, a to oznaczałoby, że w ciągu niecałego stulecia z imperium ze stolicą w Londynie, nad którym nie zachodziło słońce, ostałby się teren o wielkości pięciu polskich województw.

Próby znalezienia specjalnego rozwiązania dla Irlandii Północnej, najgorszego elementu układanki, wymagają skłonności do kompromisu. A tej dotychczas nie było widać po żadnej ze stron. Wszyscy możni stali się nagle zwolennikami twardych zasad. Ci w Wielkiej Brytanii, mimo wyraźnej zmiany nastrojów, odrzucają możliwość przeprowadzenia drugiego referendum. Ci w Unii, mimo że dosyć luźno podchodzą u siebie do czterech swobód wolnego rynku, w tym wypadku są ich rygorystycznymi wyznawcami. Głoszą, że opuszczanie UE ma boleć, Londyn ma zapłacić, a nie wyciągać wisienki z tortu. W sumie to racja. Paradoksalnie jednak to rygorystyczne potraktowanie czterech swobód przez brytyjskiego premiera Tony'ego Blaira, a zwłaszcza natychmiastowe otwarcie rynku pracy dla obywateli państw, które wstąpiły do Unii w 2004 roku, w tym Polski, doprowadziło ostatecznie do zwycięstwa w referendum opcji brexitowej. Dziś widać, że lepsze było danie sobie czasu, wprowadzenie okresu przejściowego. Może czas jest potrzebny i w sprawie Irlandii Północnej – działanie pod presją grozi tam wybuchem.

Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL