fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Co oznacza Dobra Zmiana?

Wojciech Czabanowski
archiwum prywatne
Dlaczego Prezydent podpisał ustawę o Trybunale? Jak może nie liczyć się z konstytucją? Jak może nie przejmować się tym, co pomyśli o nim środowisko prawnicze? Jak może chcieć być marionetką w rękach Jarosława Kaczyńskiego? Te pytania zdominowały dzisiaj wszystkie media. Tak wiele osób jest zdziwionych albo udaje zdziwienie decyzją Prezydenta.

A mnie dziwi, że kogokolwiek ona dziwi. PiS od dawna posługuje się narracją, wedle której III RP jest zła i należy ją zdemontować. Andrzej Duda przystąpił do takiego PiSu i działał w takim PiSie, który zawsze chciał to zrobić. Trybunał jest elementem nielubianej przez PiS III RP i wobec tego nie cieszył się nigdy szacunkiem tej formacji. Elektorat partii to rozumie i się nie dziwi, a raczej nawet oczekuje, że wreszcie ktoś to wszystko pozamiata.

Politycy obozu rządzącego (w tym Prezydent) są zapewne przekonani, że robią porządek i rozprawiają się z postkomuną raz na zawsze. Konstytucja została uchwalona pod koniec III kadencji sejmu, kiedy władzę sprawowali przecież spadkobiercy poprzedniego systemu i już zapowiadało się na to, że nie wygrają następnych wyborów. Została więc uchwalona w ostatnim roku kadencji i według pisowskiej narracji miała zabezpieczyć ich interesy na przyszłość. Prawica postrzega tamtą konstytucję jako postkomunistyczny instrument służący zachowaniu swoich wpływów. Usunięcie tego instrumentu czy brak poszanowania dla niego i wynikającego z niego porządku jest w tej opowieści czymś normalnym albo wręcz pożądanym. Mniej poprawny politycznie Kukiz mówi o tym otwarcie.

To jest po prostu taki punkt widzenia. Co w tym dziwnego? Wyobraźmy sobie sytuację, w której dwa państwa prowadzą wojnę i jedno ją wygrywa. Wygrani uważają, że porządek ustanowiony traktatem pokojowym jest dobry i godzien szacunku, przegrani uważają, że jest haniebny i niesprawiedliwy. Przy pierwszej nadarzającej się okazji będą chcieli go obalić, zmienić albo zignorować.

Niektórych dziwi, że w tej opowieści to komuniści wymyślili demokrację liberalną. Nie chodzi jednak o to, że ona jest zgodna z duchem komunizmu, tylko o to, że komuniści zaplanowali sobie maksymalnie liberalny i mający poszanowanie dla praw i wolności obywatelskich system postkomunistyczny, by uniknąć rozliczenia za zbrodnie komunistyczne, oraz wolnorynkowy po to, by korzystając ze swoich znajomości w spółkach, służbach specjalnych i innych ważnych instytucjach, uwłaszczyć się na prywatyzacji. Postkomuniści w tej narracji nie byli ideowymi komunistami, którzy chcieli zachowania dyktatury proletariatu, tylko zachłannymi oportunistami pragnącymi wykorzystać transformację dla zapewnienia sobie bezkarności i dominacji ekonomicznej w nowym systemie. Na tym polega postkomunizm.

Dziwi jednak okoliczność, że PiS nie mówi o demontażu III RP wprost. W moim przekonaniu jest to swego rodzaju zasłona dymna, wprowadzona po, by nie podkręcać emocji jeszcze bardziej. Ci, którzy obserwują pisowską narrację od dawna, wiedzą, o co chodzi. Przed wyborami w 2005 roku hasła te były prezentowane bez ogródek. Mówiono o IV Rzeczpospolitej (czyli końcu III), walce z układem i otwarcie krytykowano demokrację liberalną. Tamte slogany zostały jednak ośmieszone przez media i elity III RP, więc PiSowi pewnie głupio się teraz nimi posługiwać. Z drugiej strony PiS nigdy się z tych haseł nie wycofał. Dlatego Andrzej Duda mówi oficjalnie o wzmacnianiu Trybunału, choć oczywiście sapienti satis.

Brak klarownej narracji przy zdecydowanej ofensywie na wielu frontach to jednak błąd. Nawet dla elektoratu PiS może nie być jasne, w jaki sposób wszystkie wprowadzane obecnie ustawy mieszczą się w pojęciu „dobrej zmiany“. W 2005 roku wyborcy wiedzieli, że chodzi o budowanie IV Rzeczpospolitej. Hasło to było jeszcze silne i popularne po wyborach w 2007 roku. Donald Tusk w swoim exposémówił nawet, że „ceniąc dorobek III Rzeczypospolitej, że podzielając większość marzeń i oczekiwań tych, którzy formułowali ambitny projekt IV Rzeczpospolitej“ myśli o Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. Dzisiaj takiej wielkiej narracji brakuje, a w nieujętym w pojęcia chaosie można się łatwo pogubić.

Na koniec dodam jeszcze, że moim ulubionym pytaniem zdziwionych komentatorów jest to: „Jak Prezydent może nie przejmować się tym, co myśli jego środowisko (środowisko prawnicze)?“ A rzeczywiście powinien? To chyba dobrze, że Andrzej Duda nie kieruje się opinią charakterystyczną dla przedstawicieli jego branży. Wyobraźmy sobie, że prezydentem zostałby właściciel jakiegoś dużego banku. Czy również oczekiwalibyśmy, że w swoich decyzjach będzie się kierował opinią innych bankowców? Czy również byłoby dla nas przekonującym argumentem, że powinien zachować się w określony sposób, gdyby uważali tak WSZYSCY bankierzy? Teraz zarzuca się Prezydentowi, że nie robi tego, czego chcą WSZYSCY prawnicy. Nie wiem, dlaczego mało osób to zauważa, ale jest to dokładnie tak samo śmieszne.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA