Zagraniczni dziennikarze mają problemy z dostępem do informacji, zdarza się, że wyprasza się ich ze spotkań prasowych, ponieważ zadają zbyt wiele trudnych pytań. Kończy się to tym, że kontrowersyjne materiały mogą publikować tabloidy, a główne media pozostają niewzruszone na skandale, przecieki i wpadki. W szczególności popełniane przez polityków. Rządzący obóz nie zmienia się w Japonii praktycznie od wojny, a jego powiązania z biznesem są tak silne, że nie można mieć nadziei na zmianę w przyszłości.
Wspominana niechęć do utrzymywania dotychczasowej równowagi korzystnej dla rządzących widoczna staje się u zwykłych ludzi. Obywatele, mieszkańcy terenów sąsiadujących z elektrowniami atomowymi przeznaczonymi do restartu, studenci zrzeszeni w akcji SEALD - ci wszyscy ludzie chcą więcej transparentności na co dzień i oddechu w mediach. Chcą, by ich głos liczył się dla polityków.
Ustawa o sekretach przez analityków oceniana była jako mechanizm, do którego niejako przymuszono Tokio. Naciskał największy sojusznik, Stany Zjednoczone, ponieważ Japonia od dekad uchodziła za kraj, w którym szpiedzy mogą czuć się jak w raju. Wypadki łamania tajemnicy państwowej, tajne informacje publikowane jeszcze podczas Zimnej Wojny w gazetach, niebezpieczeństwo, że obecnie cienka nić porozumienia między Japonią a Chinami czy Koreą Południową może zostać nadwyrężona przez niekontrolowane przecieki. Takie sytuacje juz się zdarzały (japonski oficer marynarki ujawniający tajne dane Rosjanom za pieniądze w 2000 roku, incydent z udziałem chińskiego okrętu podwodnego z 2005, który doprowadził do większej afery w japońskiej armii), ale dziś ich konsekwencje mogłyby być opłakane dla całego regionu. Waszyngton z pewnością nie chciałby po raz kolejny upominać ani premiera Abe ani reszty jego ministrów za niedopatrzenia. Zbyt dużo jest do stracenia szczególnie w kontekście sporów terytorialnych na Morzu Południowochińskim.