fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

„Salome" Warlikowskiego: Gra w kata i ofiarę

Marlis Petersen (Salome) i Wolfgang Ablinger-Sperrhacke (Herod)
W. Hösl/Staatsoper MUenchen
Do biblijnej „Salome" Krzysztof Warlikowski dodał widmo XX-wiecznej Zagłady, ale niemiecki widz chyba nie rozszyfruje wszystkich obrazów.

Krytykom oceniającym – trzeba przyznać z ogromną uwagą i powagą – spektakl polskiego reżysera w monachijskiej Staatsoper pewien kłopot sprawia już pierwsza scena. Nie ma jej przecież w dramacie Richarda Straussa, Krzysztof Warlikowski dodał zaś jedną z pieśni Gustava Mahlera odtwarzaną z taśmy, zmieniając przy tym tło całej akcji.

Zamiast pałacu króla Heroda w Jerozolimie oglądamy salon-bibliotekę wypełnioną po sufit książkami. Zamiast zmysłowej, upalnej nocy jest klaustrofobiczny mrok, co nie przeszkadza wszakże gospodarzowi domu zabawiać zgromadzonych gości kabaretową wręcz scenką, z postacią sprytnego, chciwego Żyda w roli głównej.

Śmiech jednak w pewnym momencie cichnie, bo rozlega się brutalne walenie w drzwi. Goście w popłochu chowają się do przygotowanych dla nich w domu kryjówek. Dopiero wówczas zaczyna się opera Straussa.

Filmowe analogie

Historia księżniczki Salome, która za swój zmysłowy taniec zażądała od króla Heroda głowy Jana Chrzciciela, Krzysztofa Warlikowskiego interesuje w wymiarze uniwersalnym. W wywiadzie przed premierą przywołał na przykład zapomniany już, a kiedyś skandalizujący film Liliany Cavani „Nocny portier", przedstawiający perwersyjną grę między SS-manem a obozową więźniarką, którą był zauroczony. Za taniec ofiarował jej głowę zabitego więźnia.

Nie o naturalistyczny brutalizm wszakże w monachijskim przedstawieniu chodzi. Krzysztof Warlikowski szczęśliwie uniknął natrętnych odniesień do historycznego konkretu. To my, Polacy w owym zaskakującym prologu z łatwością odnajdujemy przypomnienie faktu, że w warszawskim getcie Żydzi próbowali chodzić na koncerty, a nawet śmiać się z samych siebie w kabaretach, jakby śmiech miał być najlepszą obroną przed śmiercią.

Czytelny jest też dla nas świetny projekt scenograficzny Małgorzaty Szczęśniak, gdy w ostrzejszym świetle pokazuje, że większość książek w tej monumentalnej bibliotece jest zniszczonych i zdewastowanych. I rozumiemy desperację Heroda, gdy z ukrycia wyciąga kasetkę z biżuterią trzymaną jako ostatnie swe zabezpieczenie, a którą chce ofiarować Salome za taniec, byle tylko nie trzeba było zabić proroka Jochanaana. Bo i on jest także tym, który się ukrywa.

Dwoistość ról to klucz do „Salome" w Monachium. Krzysztof Warlikowski – podobnie jak Liliana Cavani w filmie – zadaje pytanie, kto jest tu właściwie katem, a kto ofiarą? Które z tych wcieleń przynależy do delikatnej, młodzieńczej Salome, a które do potężnego Heroda? W „Nocnym portierze" tę grę osłabiały odniesienia do historycznego konkretu, w tym spektaklu ma ona wymiar niemal antycznej tragedii, tym bardziej przejmującej, że bohaterami stali się ludzie, a nie mityczne postaci.

W cieniu bohaterki

Uwspółcześniając akcję Krzysztof Warlikowski nie sprzeniewierzył się oryginałowi. W „Salome" zresztą niemal niemożliwe jest pójście wbrew temu, co skomponował Richard Strauss. Trzeba podążać za misterną narracją i Polak to uczynił.

Bohaterowie noszą co prawda bliższe naszym czasom ubrania, Herod (Wolfgang Ablinger-Sperrhacke) ma więc na głowie kipę, ale relacje między postaciami są takie, jak opisał je Oscar Wilde w dramacie wykorzystanym przez kompozytora. Krzysztof Warlikowski co najwyżej je jeszcze bardziej psychologicznie pogłębił lub stonował, pozbawiając na przykład Jochanaana (Wolfgang Koch) pewnej erotycznej atrakcyjności. A przecież dla Salome jest on nie tyle prorokiem co fascynującym mężczyzną.

W niemieckiej tradycji dramat Richarda Straussa związany jest zwłaszcza z postacią Salome, a kolejne wykonawczynie tej roli zapewniały sobie trwałe miejsce w historii teatru operowego. W Monachium, choć dla Krzysztofa Warlikowskiego stało ono się jednym z miejsc, które uczyniło go jednym z najważniejszych reżyserów Europy, mimo że bywał zarówno podziwiany, jak i wybuczany, musiał zatem ustąpić pierwszeństwa Marlis Petersen i uwielbianemu tu dyrygentowi Kiriłłowi Pietrience. Jako nowy szef Berlińskich Filharmoników ogranicza wszakże swe kontakty ze Staatsoper. „Salome" poprowadził z matematyczną precyzją.

Niemka Marlis Petersen dopiero zaczyna przygodę z Salome, bo też jej głos był wcześniej zbyt delikatny do tej roli, co zresztą w momentach wymagających pełnej ekspresji słychać nadal. Aktorsko jednak Marlis Petersen jest bezbłędna, także w swym tańcu, który tym razem stał się tańcem śmierci.

U Krzysztofa Warlikowskiego wszyscy bowiem giną. Nie chcą wiedzieć, kto łomocze do drzwi i wejdzie za chwilę do salonu. Zażywszy truciznę zastygają w fotelach jak bohaterowie pamiętnego „Zmierzchu bogów" Luchino Viscontiego.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA