fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Luz według Bernharda

materiały
„Dawni mistrzowie” w znakomitej berlińskiej inscenizacji. Łódzki festiwal sztuk przyjemnych i nieprzyjemnych przekroczył półmetek.

Thomas Bernhard austriacki pisarz i dramaturg jeden z najwybitniejszych literatów XX wieku, uznawany jest nie bez powodu za największego niemieckojęzycznego pisarza od czasów Franza Kafki i Roberta Musila. Był pisarzem płodnym, o czym świadczą dość liczne realizacje sceniczne jego dzieł. także w Polsce. Po jego twórczość kilkakrotnie z powodzeniem sięgał Erwin Axer, ale najbardziej przyczynił się do jego popularyzacji w naszym kraju przede wszystkim Krystian Lupa. Można powiedzieć, że Axer i Lupa nadali twórczości Bernharda szczególną markę. U Axera wystarczy wymienić choćby „Komedianta” z Tadeuszem Łomnickim oraz „Święto Borysa” czy „U celu” w przypadku Lupy tych tytułów będzie znacznie więcej. Poczynając od „Kalkwerk” a skończywszy na „Wycince” wszystkie były wydarzeniami artystycznymi. Sukcesy inscenizacji Lupy tak bardzo zaważyły na naszym postrzeganiu dzieł Bernharda, że ostatnio trudno nam sobie wyobrazić, że można je pokazywać inaczej.

Tym bardziej warto więc polecić najnowszą inscenizację, niepokazywanych nigdy dotąd w Polsce „Dawnych mistrzów”, które stały się wielkim wydarzeniem trwającego w Łodzi Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych. I mogłyby być świetnym ukoronowaniem przypadającego dziś Międzynarodowego Dnia Teatru.

W utworach Bernharda często pojawiają się ludzie wyobcowani, naznaczeni samotnością, nieuleczalną chorobą, przeczuciem śmierci. Te stany ducha wypływają w dużej mierze z życiorysu samego autora. Nieuleczalna choroba płuc w sposób znaczący pokrzyżowała jego plany życiowe. Uniemożliwiła zarówno bycie kupcem, jak też aktorem, a do obu profesji Bernhard robił przymiarki. „Dawni mistrzowie” choć również odnoszą się do życiorysu Bernharda zwracają uwagę na zupełnie inną jego cechę: Poczucie humoru, inteligentną złośliwość i sarkazm. Bernhard wielokrotnie dał się poznać jako nonkonformista, który z jednej strony nie szczędził krytyki wobec wielu postaci i zjawisk otaczającego świata,  z drugiej kiepsko znosił krytykę pod własnym adresem. Najbardziej naraził się swej ojczyźnie, Austrii, wyśmiewając to, co dla jej mieszkańców wydawało się świętością: państwo, funkcjonujące w nim instytucje nawet tak szacowne, jak wiedeński Burgtheater, nie oszczędzał też powszechnie uznanych artystów.

To właśnie możemy odnaleźć w powieści „Dawni mistrzowie”. Bernhard pomieścił w niej wiele refleksji o świecie, sztuce, filozofii i literaturze. Wygłasza je, z wielką zapalczywością, osiemdziesięciodwuletni wdowiec Reger. Przez długie lata zamęczał żonę swym podziwem nad dziełami mistrzów. Śmierć żony znacznie zweryfikowała ten pogląd. Reger uznał, że ta jego egzaltacja była mocno przesadzona, że to nie wielcy mistrzowie utrzymywali go przy życiu, tylko miłość tej jednej jedynej kobiety, którą zabierał do muzeum.

Thom Luz, jeden z najciekawszych reżyserów niemieckich w swej inscenizacji „Dawnych mistrzów” przygotowanych z zespołem berlińskiego Deutsches Theather  to właśnie ją, a nie Regera uczynił bohaterką spektaklu. Można powiedzieć, że oboje bohaterów Bernharda zamienił rolami. Ona, która w utworze jest właściwie duchem przywoływanym wspomnieniami tu jest świadkiem opisywanych wydarzeń, stałym bywalcem w wiedeńskim Kunsthistorisches Museum siedzącym regularnie na tej samej ławeczce przed obrazem Tintoretta. Reger zaś przywoływany jest wyłącznie we wspomnieniach. A jego wywody na temat sztuki, obrazoburcze tyrady cechujące się zarówno niezwykłą siłą sugestii, jak i ciętym dowcipem wypowiadane są przez grupkę aktorów, wcielających się zarówno w postacie personelu muzeum, jak i nawiedzonych gości, niekryjących zachwytu nad dziełami wielkich twórców.

„Dawni mistrzowie” Thoma Luza  to przykład teatru nie tylko najwyższej próby ale i najwyższego stopnia wtajemniczenia, bo skierowanego do inteligentnego widza. Widza o dużej wyobraźni i wrażliwości, ale też charakteryzującego się sporym poczuciem humoru. Podczas spektaklu pokazywanego w Łodzi na Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych wielokrotnie rozlegały się salwy śmiechu. A na końcu owacja na stojąco.

Dzieło Luza jest przemyślane w najdrobniejszym szczególe, niezwykle wysmakowane plastycznie, muzycznie i choreograficznie  Sala muzealna, w której toczy się cała opowieść jest oniryczną białą przestrzenią. Jedyne co widać  to stojąca na środku ławeczka muzealna a w dali - schody. Wszystko pozostałe wraz z dziełami mistrzów przeniesione zostało do wyobraźni widza. Luz nie bez powodu uważany jest bowiem za reżysera, który koncentruje się na analizie ciszy i dźwięku w teatrze a także tego, co niewypowiedziane.

Zachwycona trafnością ocen wielu zjawisk o których wspomina Bernhard (jedynie niewielka garstka mistrzów pióra, pędzla i nut wychodzi z tych oskarżycielskich tyrad obronną ręką), łódzka publiczność nagrodziła też wielkimi brawami wykonawców spektaklu. Mistrzostwo wykazała zwłaszcza Katharina Matz. Jej sędziwa bohaterka mówi niewiele, jest prawie niemym świadkiem wydarzeń, porozumiewa się spojrzeniem, ale przede wszystkim przekonuje o wielkiej sile miłości i przywiązaniu do ukochanej osoby, z którą przyszło jej spędzić długie życie.

Za takimi spektaklami jak zaproszeni przez dyrektor Ewę Pilawską berlińscy „Dawni mistrzowie” zrobionymi z lekkością, błyskotliwością, inteligencją, dystansem i poczuciem humoru możemy w polskim teatrze tylko zatęsknić. A spektakl należałoby dedykować zwłaszcza tym „młodym awangardystom”, których dzieła przypominają fedrunek w starym, dawno opuszczonym, a do tego zabetonowanym szybie.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA