fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Stefan Gierowski: mistrz tysiąca obrazów

Adam Gut
21 maja Stefan Gierowski skończył 95 lat. Jest jednym z najwybitniejszych polskich artystów – klasykiem nowoczesności.

– Trudno wskazywać, kto jest największy, najwybitniejszy, ale z żyjących polskich malarzy Stefan Gierowski jest mistrzem nad mistrze – uważa krytyk sztuki Piotr Rypson. – W malarstwie abstrakcyjnym osiągnął mistrzostwo – nie tylko na skalę polską, ale i światową.

Urodzony w 1925 roku w Częstochowie, w krakowskiej ASP Stefan Gierowski był uczniem Karola Frycza (studenta Stanisława Wyspiańskiego) i formisty Zbigniewa Pronaszki. Zasłynął pod koniec lat 50. jako twórca obrazów abstrakcyjnych inspirowanych poszukiwaniami kolorystycznymi.

– Na przełomie 1968 i 1969 roku zaczęła mnie interesować sprawa koloru, zarówno pod względem fizycznym, jak i malarskim. W końcu lat 70. moje zainteresowania związały się w dużej mierze z czernią i bielą. Skala barw ustaliła się na ośmiu kolorach – mówił artysta w rozmowie z „Rz” w 2017 r. Zamiast tytułów Gierowski nadawał obrazom kolejne numery. Wyjątkiem jest Dekalog, w którym kolejne obrazy szczegółowo objaśnił za pomocą słów. Za ten cykl otrzymał w 1989 r. Nagrodę Komitetu Kultury Niezależnej „Solidarność".

Jego dzieło to około tysiąc obrazów. Z częścią z nich nigdy się nie rozstał budując własną kolekcję. – Chciałem, żeby przypominały to, co robiłem. W rezultacie mam ich na tyle dużo, że mogę bez trudu zrobić wystawę swoich prac z jakiegoś okresu twórczości, a nawet z całości. – wyjaśniał w rozmowie z „Rz”.

Przez ponad 30  lat Stefan Gierowski wykładał na warszawskiej ASP, był też dziekanem Wydziału Malarstwa.
– Pracownia profesora charakteryzowała się różnorodnością postaw studentów – wspomina Antoni Starowieyski, reprezentujący ostatni rocznik dyplomowany przez profesora. – Nigdy nie namawiał do malarstwa abstrakcyjnego czy podążania jego drogą. Dyskusje w pracowni miały charakter otwartej dyskusji. Nie miałem poczucia, by stwarzał dystans, ale był bardzo szanowany i wzbudzał respekt, a jednocześnie był bezpośredni, miał poczucie humoru.

– Chciałem pójść do tej pracowni, bo wiadomo było, że jest dla tych, którzy naprawdę chcą studiować malarstwo – mówi Jarosław Modzelewski, były student i asystent Stefana Gierowskiego na ASP. – Zawsze czuło się, że u profesora na pierwszym miejscu jest malarska robota i sprawy z nią związane. Nigdy nie narzucał, jak obraz ma wyglądać w sensie stylistycznym, tylko pilnował strony formalnej – sposobu użycia koloru, kompozycji. Był tym, kto ma większe doświadczenie i serdecznie pomaga. Kiedy przyszedłem do pracy w ASP na początku lat 80., był to dla mnie samego burzliwy okres związany z działaniami w Gruppie, z wyjazdami. Nigdy nie odczułem presji profesora, że to może przeszkadzać. Przeciwnie. Świetnie wiedział, że to, co robię w obszarze sztuki jest związane z tym, co robię jako pedagog. Już ponad 20 lat nie uczy, dość rzadko się widywaliśmy, ale przez te wszystkie lata świadomość, że jest, że maluje, stanowiła wsparcie. Staram się jak on towarzyszyć młodym  artystom, pokazywać, gdzie są fałszywe wybory, ale nigdy nie narzucać, kim mają być.

– Obrazów już nie maluje, ale wciąż rysuje – ujawnia „Rz” Łukasz Dybalski, wnuk Stefana Gierowskiego i zarazem prezes Fundacji Stefana Gierowskiego.

Wizyty w jego pracowni są przeżyciem. – Po raz pierwszy byłem u niego w latach 90., by kupić obraz dla CSW – opowiada Piotr Rypson. – Skłopotany patrzyłem na profesora, który sam wyciągał i pokazywał swoje płótna. Widać było jego niesamowitą skromność i jakąś szczególną atencję dla widza. Kilka lat temu odbyliśmy z kolei wspaniałą długą rozmowę, podczas której zaprowadził mnie do pracowni z rozłożonymi na stole wszystkimi przyborami malarskimi. Powiedział: „Po prostu czasem przychodzę otworzyć terpentynę czy tubkę z farbą, żeby chociaż poczuć ten zapach”.

– Gdy go odwiedziłem, pokazał mi swoje jeszcze nieskończone obrazy, co było dla mnie dużym przeżyciem – wspomina Antoni Starowieyski. – Zwierzyłem mu się wtedy, że bardzo długo pracuję nad obrazem i mam wątpliwości, czy to dobrze. Powiedział: „Pan po prostu szuka swojego światła w obrazie – tu czas ma znaczenie”. To mi wiele wyjaśniło.

Od 2014 roku, gdy powstała Fundacja Stefana Gierowskiego w Warszawie na ulicy Kredytowej prezentowane są wystawy. Pierwsza była prezentacja twórczości Zbigniewa Dłubaka i Mariana Bogusza. Potem były kolejne wystawy. Systematycznie prezentowane są też odsłony dorbku Gierowskiego. Tuż przed przymusowym koronawirusowym zamknięciem trwała prezentacja „Fragment VI” z 13 obrazami namalowanymi w latach 1969-2009.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA