fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Spór o Trybunał Konstytucyjny

Pietryga: Trybunał – próba psychoanalizy

Fotorzepa/Marta
Jedną z bezpośrednich przyczyn obecnego kryzysu było zaangażowanie się sędziów Trybunału Konstytucyjnego w prace nad nową ustawą dotyczącą tej instytucji – pisze publicysta „Rzeczpospolitej".

Po kilku miesiącach intensywnego politycznego boksowania z zaufania społecznego do Trybunału pozostały strzępy. Spór podzielił polityków, opinię publiczną i środowiska prawnicze. Wykopany rów podziału robi się coraz głębszy, a wyjście z labiryntu prawniczych interpretacji, opinii wydaje się coraz mniej prawdopodobne.

A nawet jeśli – zakładając to teoretycznie – któraś ze stron w końcu wygra spór o skład TK lub dojdzie do kompromisu, Trybunał już nigdy nie będzie taki sam. Bo jego autorytet jako jednej z najważniejszych instytucji państwa, która powinna się cieszyć bezsprzecznym zaufaniem obywateli, legł w gruzach i ciężko będzie go odbudować. Oznacza to, że przyszłe wyroki zostaną naznaczone polityczną skazą braku bezstronności i tak będą odbierane przez część społeczeństwa. Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania na dłuższą metę również politycznie. Jest niebezpieczna dla państwa, gdyż społeczny brak zaufania do wyroków konstytucyjnego sądu uderza w jego fundamenty.

W tej sytuacji jedynym rozwiązaniem wydaje się reforma TK, tak aby zabezpieczyć go w przyszłości przed politycznymi pułapkami. Czy obecny rząd, parlament i prezydenta stać na przeprowadzenie takiej ponadpolitycznej reformy? To pytanie otwarte.

Reforma wydaje się niezbędna, im szybciej nastąpi, tym lepiej. Zanim jednak Trybunał zacznie się budować od nowa, warto sięgnąć w przeszłość, dokonując swoistej psychoanalizy. Bo powodów obecnego kryzysu należy szukać w przeszłości – i dalekiej, i bliższej. Dużą rolę w upadku tej instytucji odegrała nie tylko oczywista chęć politycznego podporządkowania sobie TK czy uzyskania na niego wpływu przez każdą opcję, która była u władzy, ale również wygórowane ambicje i pycha osób, które zasiadły w Trybunale.

Po Safjanie jazda w dół

„Dobra jakość", zarówno w sensie orzeczniczym, jak i klarowności poczynań części sędziów, zakończyła się wraz z odejściem w stan spoczynku sędziego i prezesa TK prof. Marka Safjana – taką opinię można usłyszeć od ludzi, którzy byli związani z Trybunałem w przeszłości. Prof. Safjan, w odróżnieniu od późniejszych prezesów, spajał tę instytucję swoim autorytetem, zarówno merytorycznie, jak i organizacyjnie. A sędziowie wydający wyroki nie byli wolnymi elektronami ze skłonnościami do budowania własnych królestw orzeczniczych wokół spraw, w których akurat się specjalizowali i w których ciężko było znaleźć merytorycznego przeciwnika wśród innych sędziów. Bo przecież trudno np. profesorowi filozofii prawa dyskutować jak równy z równym z karnistą o sprawie z prawa karnego, co więcej, przekonać go do swoich racji.

Prof. Safjan miał ten dar, że ogarniał całość, nawet najbardziej skomplikowaną materię. Podczas narad nad wyrokami potrafił dzielić racje i wyciągać z nich to, co najistotniejsze, i doprowadzić do rozwiązań kompromisowych – również i z takim poglądem można się było spotkać. A miernikiem tego była bardzo mała liczba tzw. zdań odrębnych do wyroków. Prof. Safjana jednak w pewnym momencie zabrakło.

Grzech pierworodny

Jest też inna opinia, chociaż nie wyklucza tej pierwszej, że TK od zawsze naznaczony był politycznym piętnem. A wszystko przez mechanizm zgłaszania kandydatów i wyboru sędziów przez Sejm, który pozwalał budować polityczne wpływy. Z tą jednak różnicą, że przez lata czyniono to bardziej finezyjnie, niż obecnie robi to PiS, a przed kilkoma miesiącami robiła Platforma Obywatelska.

Ów mechanizm bowiem bezsprzecznie pozwala sejmowej większości wskazywać kandydatów na sędziów spośród najlepszych i najbardziej doświadczonych prawników, ale również z uwzględnieniem ich cech osobowościowych, światopoglądu, podejścia do aksjologii. Trudno się zatem spodziewać, aby władza np. lewicowo-liberalna wysunęła jako kandydata na sędziego Trybunału osobę o konserwatywnych poglądach, nawet jeśli należałby do grona najwybitniejszych prawników.

Oczywiście o ręcznym sterowaniu TK czy „partyjnych" sędziach nie mogło być mowy. Tego rodzaju opinie, które padają w debacie publicznej, są nieprawdziwe. Tutaj trudno też o naciski, zwłaszcza że po zakończonej kadencji przechodzi się w stan spoczynku.

Od własnego systemu wartości przy orzekaniu trudno jednak uciec. Konstytucja zawiera wiele postanowień dopuszczających różną interpretację przepisów i sędziowie naturalnie wybierają tę bliższą ich poglądom. Dlatego wybór kandydata o odpowiednim profilu może pozwolić osiągnąć zamierzony polityczny cel. System wartości był przyczyną tarć między sędziami Trybunału, zazwyczaj zamkniętych w gmachu przy ul. Szucha. Czasami jednak podziały wydostawały się na zewnątrz. Tak było przed laty, kiedy sędziów podzielił stosunek do PRL-owskiej przeszłości. Toczący się na przestrzeni kilku lat konflikt eksplodował na zewnątrz w styczniu 2009 r.

TK długo był zdominowany przez sędziów o liberalno-lewicowym światopoglądzie i działał praktycznie jednomyślnie. Sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy w 2005 r. wybory wygrał PiS (tworząc koalicję z LPR i Samoobroną), a jego dwuletnie rządy zbiegły się z kończącą się kadencją kilku sędziów. W 2006 r. do Trybunału trafili nowi sędziowie: Teresa Liszcz, Zbigniew Cieślak, Maria Gintowt-Jankowicz, Wojciech Hermeliński i Marek Kotlinowski. Byli to ludzie o zbliżonych poglądach dotyczących prawa, ich wejście do TK naruszyło światopoglądowe status quo.

Na konflikt nie trzeba było długo czekać. Podziały szybko zaczęły się tworzyć przy rozpoznawaniu spraw o zabarwieniu polityczno-prawnym i przywilejów z czasów PRL. Właśnie w tych sprawach zdania odrębne stały się wkrótce regułą, a nazwiska ich autorów zaczęły się powtarzać. Tak się stało, kiedy większość sędziów Trybunału uznała wykup mieszkań spółdzielczych na preferencyjnych zasadach za niekonstytucyjny. Na 14 głosujących zdania odrębne zgłosiło aż dziewięciu. Również dziewięć zdań odrębnych zgłoszono w sprawie ustawy lustracyjnej, cztery – ustawy o służbie wywiadu i kontrwywiadu wojskowego, pięć – komisji ds. nacisków. W sumie w 2007 r. zgłoszono 19, a w 2008 r. ponad 30 zdań odrębnych we wszystkich rozpatrywanych sprawach. Zgłaszali je głównie sędziowie, którzy weszli do TK w 2006 r.

Sędziów Trybunału jest 15. Wyrok zapada większością głosów (np. 9:6). Taka sytuacja pokazywała jasno, że TK jest podzielony, a w pewnych sprawach nie ma dyskusji, i nie wykuwa się kompromisów. A światopoglądowa większość po prostu narzuca swoje zdanie mniejszości. Ta sytuacja dobrze pokazuje, dlaczego tak zaciekle toczy się polityczny bój o Trybunał: bo przekonania czy sympatie polityczne zaledwie kilku sędziów mogą obalać nawet najważniejsze ustawy.

Strażnicy budżetu

W ostatnich latach ujawniła się skłonność sędziów TK do szczególnej troski o stan finansów publicznych, które okazywały się ważniejsze niż prawa konstytucyjne obywateli. Trybunał nie znalazł sposobu, a może nie chciał, na legislacyjne manipulacje polityków, stając się mimowolnym uczestnikiem politycznej gry.

Kilkakrotnie wchodził w rolę strażnika równowagi budżetowej, mało krytycznie spoglądając na decyzje rządzących. Tak było w sprawie waloryzacji rent i emerytur, kiedy to ochrona budżetu zasłoniła inne wartości. Stwierdził, że prawa socjalne obywateli nie mogą pozostawać bez związku z aktualnymi możliwościami finansowymi państwa. To nie był punkt widzenia obywatela, ale władzy. Takim zakładnikiem budżetu TK stał się też przy orzekaniu o ustawie podważającej wiek emerytalny czy o przepisach likwidujących OFE.

Jak daleko było mu w rozumieniu ustawy zasadniczej do np. portugalskiego jego odpowiednika, który w czasie największego kryzysu w tym kraju uznał rządowe cięcia płac i emerytur za niezgodne z konstytucją, wskazując rządowi, że powinien szukać innych dróg wyjścia z kryzysu. W Polsce taki sposób myślenia o konstytucji był trudny do udźwignięcia.

Dobrze to zresztą w jednym ze zdań odrębnych podsumował sędzia Trybunału Zbigniew Cieślak, który stwierdził, że „TK staje się mało wydajnym kontrolerem systemu prawnego. Wzorce konstytucyjne są jak gdyby spłaszczone w procesie kontroli konstytucyjności ustaw".

Ambicja okazała się zgubna

Niewątpliwie jednym z bezpośrednich czynników, które doprowadziły do obecnego kryzysu, było zaangażowanie się sędziów Trybunału w prace nad nową ustawą dotyczącą tej instytucji. Prof. Andrzej Rzepliński zaraz po objęciu funkcji prezesa TK zapowiedział jego reformę i zmiany w ustawie. Prace otwartego zespołu w Trybunale trwały kilka lat.

W ten sposób przygotowany spójny projekt ostatecznie do laski marszałkowskiej wniósł prezydent RP. Sędziowie aktywnie uczestniczyli w jego pracach. Szycie ustawy przez osoby, której treść dotyczyła bezpośrednio ich interesów, niespecjalnie wzbudził wątpliwości posłów. Polski proces legislacyjny stał się zbyt zdegenerowany, aby ktoś zawracał sobie głowę takimi niuansami, tym bardziej że było to dzieło nie byle kogo, ale sędziów TK.

Prof. Rzepliński, mając reformatorskie ambicje, nie przewidział jednak jednego – że przy okazji otwarcia prac legislacyjnych nad ustawą o Trybunale pojawi się pokusa zagwarantowania sobie przez polityków większego wpływu na skład TK. Pokusa była tym większa, że rządząca przez osiem lat Platforma czuła już schyłek swojej władzy.

Wydarzenia potoczyły się więc szybko. W czerwcu, przy bardzo słabych protestach, PO pozbawiła nowy parlament prawa wyboru dwóch sędziów Trybunału, wybierając ich w starej kadencji niejako awansem. Plan był prosty: zapewnić sobie większość w TK. Tak rozpoczęło się polityczne piekło, które trwa do dzisiaj i które zdemolowało wizerunek tej instytucji, stawiając ją w niemal beznadziejnej sytuacji.

Co z symbiozą

Dobrym podsumowaniem może być wypowiedź, jakiej udzielił prof. Rzepliński „Rzeczpospolitej" w styczniu 2009 r., będąc jeszcze zwykłym sędzią Trybunału. – Jeżeli wybór sędziów ma charakter polityczny, zresztą inny być nie powinien, to i wyroki TK są polityczne w klasycznym, arystotelesowskim znaczeniu: jako troska o dobro wspólne. To, że sędziowie przychodzą do TK z różnych kadencji Sejmu, z różnymi życiorysami i poglądami stanowi jego zasadniczą wartość. Boję się nawet myśleć, że mogliby być klonami jedynie słusznego poglądu na prawo czy kwestie filozoficzne – powiedział Rzepliński.

To bardzo ważne zdanie, które dziś pozwala zrozumieć istotę toczonego sporu o Trybunał. Symbioza polityki z TK panowała od zawsze, była trochę wpisana w jego rolę. Zmieniały się rządy, zmieniali się sędziowie, starzy odchodzili, a nowych wybierali politycy, którzy mieli aktualnie w Sejmie większość. Wszystko toczyło się w politycznym rytmie kadencji parlamentu. Ową symbiozę sędziów i polityków zaburzyła w czerwcu Platforma, łamiąc ukształtowany przez lata schemat. Rozpoczęło się polityczne piekło, którego świadkami jesteśmy obecnie. PiS walczy o wpływ na Trybunał, teraz chcąc dla siebie znacznie więcej.

Spór okazuje się jednak zbyt silny i zbyt destrukcyjny, aby TK mógł dalej funkcjonować w obecnej formie. Kiedy bitewny kurz opadnie, warto postawić sobie pytanie, jaka powinna być pozycja tej instytucji w państwie prawa, czy owa symbioza nie okazała się krucha i zgubna i czy gorset oddzielający strażników konstytucji od politycznych wpływów nie powinien być sztywniejszy.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA

WIDEO KOMENTARZ

REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA