fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sędziowie i sądy

Wielka reforma sądownictwa: Sędzia pokoju jak lekarze bez wykształcenia

Adobe Stock
Czy lekarzem pierwszego kontaktu powinna być osoba bez wykształcenia medycznego - zastanawia się Mikołaj Prochownik.

Proszę sobie wyobrazić, że w prasie pojawia się notatka o takiej treści:

„Wielka reforma służby zdrowia

Ministerstwo Zdrowia ujawniło założenia dla nowej organizacji służby zdrowia, której celem jest zlikwidowanie bolączek trapiących system od lat, przede wszystkim skrócenie czasu oczekiwania na wizytę u lekarza, wprowadzenie większej kontroli społecznej oraz lepszej jakości i dostępności usług medycznych. Po wprowadzeniu reformy zostaną zlikwidowane wąsko wyspecjalizowane szpitale, które przyjmują najmniej pacjentów, a pensja lekarzy, którzy w nich pracowali zostanie zrównana z pensją lekarzy rodzinnych. Ponadto zostanie wprowadzona nowa instytucja lekarza pierwszego kontaktu, który będzie zajmował się drobnymi chorobami i kontuzjami, np. przeziębieniami, stłuczeniami i nieskomplikowanymi zwichnięciami. Lekarze pierwszego kontaktu będą wybierani w wyborach powszechnych w powiatach, spośród osób posiadających doświadczenie życiowe, natomiast nie będzie wymogu posiadania przez nich wykształcenia medycznego. Przy diagnozowaniu nie będą musieli kierować się zasadami wiedzy medycznej a jedynie dobrem pacjenta."

Bardzo podobna informacja, w odniesieniu do wymiaru sprawiedliwości, pojawiła się ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej" („Wielka reforma sądów powszechnych: sędziowie pokoju zamiast sądów apelacyjnych", autorstwa Agaty Łukaszewicz, opublikowane 12 marca br.). Można oczywiście szukać rozmaitych wad w przedstawionej analogii, jednak każdy powinien się zgodzić, że przy tak daleko idących zmianach w tak newralgicznych i ważnych obszarach działalności państwa (służba zdrowia, wymiar sprawiedliwości), o konsekwencjach, zarówno dla państwa jako całości i każdego z jego mieszkańców z osobna, których znaczenia nie sposób przecenić, niezbędne jest zadanie sobie pytania, chociażby z ostrożności - „Czy reforma na pewno jest oparta na słusznych założeniach?".

Przede wszystkim, warto mieć na względzie, że zmiana całej organizacji wymiaru sprawiedliwości nie dokona się w jednej chwili. System będzie potrzebował najpewniej lat żeby ustabilizować swoje działanie, wyrobić nową codzienną praktykę. Im głębiej idące zmiany (chociażby najbardziej słuszne i wyczekiwane), tym dłuższy będzie okres przejściowy i związany z nim w sposób nieunikniony chaos. Dlatego też, przy tworzeniu założeń do jakiejkolwiek reformy warto kierować się zasadą „brzytwy Ockhama", tj. zmiany wprowadzać tylko tam gdzie są one faktycznie niezbędne i celowe oraz w sposób racjonalny, uzasadniony doświadczeniem.

W tym kontekście warto przyjrzeć się nowej instytucji sędziego pokoju, który miałby zajmować się sprawami, np. „odmowy przyjęcia mandatu za złe parkowanie, drobnej kradzieży sklepowej czy wadliwego remontu mieszkania", przez co należy chyba rozumieć, że do ich kompetencji należałyby sprawy o wykroczenia, przestępstwa mniejszej wagi (niektóre występki) oraz sprawy cywilne o niewielkiej wartości przedmiotu sporu. Sędziowie pokoju mieliby być wybierani w wyborach powszechnych w powiatach, spośród osób o „doświadczeniu życiowym", mających ukończone 35 lat. Nie musieliby mieć wykształcenia prawniczego a orzekaliby według zasad słuszności.

Argumentując za wprowadzeniem tej instytucji, można by wskazać na istnienie w historii prawa podobnie działających, np. pretorów w starożytnym Rzymie, starszyzny plemiennej, która zasiadała pod dębem rozsądzając spory, czy wreszcie sędziów pokoju, którzy działali na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim oraz w okresie II Rzeczypospolitej (do roku 1938). Można też wskazać na współcześnie funkcjonujących sędziów pokoju np. w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii.

Jednak, przy bliższym przyjrzeniu się, żadna z tych analogii nie uzasadnia wprowadzenia sędziów pokoju tu i teraz, w Rzeczypospolitej Polskiej AD 2019. Pretorzy nie musieli mieć wykształcenia prawniczego, ale pomagali im wybitni juryści. Poza tym, z uwagi na obowiązujące w czasach Republiki i Imperium Rzymskiego cursus honorum, pretorem zostawał wyłącznie ktoś, kto miał za sobą ścieżkę kariery na innych, mniej wymagających funkcjach, gdzie zdobywał odpowiednie doświadczenie. Z kolei sądzenie na podstawie zasad słuszności miało uzasadnienie w fakcie, że jednym ze źródeł prawa był zwyczaj. W polskim systemie prawnym zwyczaj nie ma takiego charakteru (warto pamiętać o art. 87 i nast. Konstytucji RP, gdzie źródła prawa zostały w sposób wyczerpujący wymienione).

Z kolei sędziowie pokoju w II RP, faktycznie nie musieli mieć wykształcenia prawniczego, a nawet wyższego (wystarczało średnie), jednak było to spowodowane ówczesną sytuacją społeczną – zdecydowanie niższym niż obecnie odsetkiem osób z ukończonymi studiami, nie mówiąc już o prawniczych, oraz olbrzymimi brakami kadry sędziowskiej (co było efektem polityki zaborców). O trudnościach z jakimi zmagało się odrodzone Państwo Polskie w obsadzie stanowisk sędziowskich może świadczyć fakt, że rząd był zmuszony zawrzeć z Niemcami specjalne porozumienie , na mocy którego na stanowiskach w dawnym zaborze pruskim mieli pozostać sędziowie niemieccy, aby możliwe było w ogóle sprawowanie wymiaru sprawiedliwości na tamtym terenie (stan ten trwał do 31 marca 1920 r.). Poza tym, instytucja sędziów pokoju, odziedziczona po Imperium Rosyjskim, w roku 1928 została zunifikowana z resztą sądownictwa, a w miejsce równolegle istniejących sądów pokoju i powiatowych (w d. zaborach pruskim i austriackim), powstały jednolite sądy grodzkie. Co prawda, ustrój sądów powszechnych z 1928 r. przewidywał utworzenie sądów pokoju obsadzonych wybieranymi sędziami niezawodowymi, którzy mieli rozstrzygać w I instancji w drobnych sprawach, jednak w praktyce instytucja ta się nie sprawdziła i została zniesiona na mocy ustawy z roku 1938 . Ciężko więc szukać tu uzasadnienia dla wprowadzenia ich obecnie.

Z kolei rozpatrując analogie z systemów sądowniczych innych państw, trzeba mieć na względzie, że tam instytucja ta miała wieki na wykształcenie się i przybranie obecnego kształtu oraz, że wyrosła na gruncie odmiennych od naszego systemów prawnych (np. systemu common law). Jak wiadomo z medycyny, nie każdy przeszczep się przyjmie.

Jednak nawet pomijając analogie i odniesienia historyczne, skupiając się jedynie na racjonalności niektórych z założeń reformy, nie sposób znaleźć przekonywającego uzasadnienia zmian w przedstawionym kształcie.

Przede wszystkim, zauważmy jakie konsekwencje będzie miało pominięcie wymogu posiadania przez sędziów pokoju wykształcenia prawniczego (nie mówiąc już o zdanym egzaminie sędziowskim). Sędzia nie będzie dysponował niezbędną wiedzą o prawie, nie tylko o literalnym brzmieniu przepisów, ale o regułach ich wykładni, ogólnych nadrzędnych zasadach oraz istniejących liniach orzeczniczych. Nawet w drobnych sprawach może mieć to niebagatelne znaczenie.

Podobnie jak w przypadku trafnej diagnozy medycznej, niezbędnym elementem rozstrzygnięcia każdego sporu prawnego jest poprawne zidentyfikowanie problemów, które leżą u jego podstaw. Problemy te mogą mieć charakter sporu co do faktów (strony przedstawiają różne wersje wydarzeń) lub co do prawa. Sędzia, który nie będzie znał prawa, nie będzie potrafił poprawnie rozstrzygnąć sporu co do jego interpretacji. Nawet przy ustalaniu stanu faktycznego niezwykle pomocne są wiedza i umiejętności, które prawnik ma okazję zdobyć na studiach lub w ramach praktyki zawodowej. Nieprzypadkowo wydziały prawa mają w programach także zajęcia z kryminalistyki, ekspertyzy sądowej, logiki, psychologii a nawet socjologii. Tymczasem sędzia pokoju pozbawiony będzie oparcia, jakie daje mu wykształcenie w ramach studiów prawniczych i aplikacji. Co więcej, będą się zdarzały sytuacje, gdy jedyną osobą na sali sądowej dysponującą niezbędną wiedzą o prawie będzie... pełnomocnik którejś ze stron. Nie sprzyja to budowaniu autorytetu sądu, niezbędnego do rozstrzygania sporów, nie mówiąc już o zachowaniu zasady równości stron w procesie. Zasadna jest obawa, że sędzia pokoju może sugerować się stanowiskiem profesjonalisty. Potwierdza to też doświadczenie z funkcjonującym obecnie systemem ławników, którzy podczas rozpraw są najczęściej bierni i mimo, że teoretycznie mogą przegłosować sędziego zawodowego przy podejmowaniu rozstrzygnięcia, dzieje się tak niezwykle rzadko. W rezultacie, sędzia bez wykształcenia prawniczego, będzie po prostu nieprzygotowany do efektywnego pełnienia swojej funkcji.

Jeżeli lekarz popełni błąd przy diagnozowaniu schorzenia, skutki tego będą zazwyczaj opłakane. Błędy popełniane przez sądy mogą mieć równie poważne następstwa. Ogromne znaczenie w praktyce ma pewność prawa, czyli to, że dany przepis jest interpretowany tak samo, w takich samych okolicznościach. Zapewnienie spójności i niesprzeczności prawa jest jednym z największych wyzwań z jakimi musi sobie radzić system prawa. Każdy z nas, podejmując rozmaite życiowe decyzje chciałby wiedzieć z jakim ryzykiem prawnym się one wiążą, gdyż od tego zależy np. to czy jego firma nie zbankrutuje a on sam nie będzie podlegał odpowiedzialności karnej. Teza, że oddanie olbrzymiej ilości spraw w ręce nieprofesjonalistów, którzy nie będą mieli niezbędnej wiedzy o prawie, zachwieje pewnością prawa, wpływając destabilizująco na relacje społeczne i gospodarcze, wydaje się być więcej niż prawdopodobna. Pełnomocnicy przedstawiając klientowi informację o stanie prawnym i możliwym wyniku sprawy sądowej, nawet wobec zgodnych stanowisk nauki prawa i orzecznictwa w danej kwestii, zawsze muszą liczyć się z możliwością błędu ludzkiego. Wprowadzenie instytucji sędziów pokoju według przedstawionych założeń spowoduje, że przewidzenie wyniku sprawy w pierwszej instancji i szacowanie ryzyka może się okazać wręcz niemożliwe. W rezultacie, może się okazać, że skutkiem reformy wcale nie będzie skrócenie czasu rozpatrywania spraw sądowych, lecz ich wydłużenie – w sytuacji, gdy błędy popełnione w I instancji przez sędziów pokoju będą naprawiane przez kolejne instancje. Tymczasem likwidacja sądów apelacyjnych i wymieszanie orzekających w nich sędziów z sędziami pozostałych szczebli, przy realnym ryzyku, że zostanie to odebrane jako degradacja, będzie zapewne skutkowało odejściem znacznej liczby wysoko wykwalifikowanych specjalistów do sektora prywatnego, a także generalnym równaniem w dół całego systemu (jaka będzie motywacja sędziów do lepszego orzekania?).

Na koniec, opracowując założenia jakiejkolwiek reformy, warto posługiwać się zasadą stosowaną w medycynie – primum non nocere, po pierwsze, nie szkodzić. Zmiany są dobre jeśli przyczyniają się do rozwiązania realnych problemów, jednocześnie nie tworząc nowych. Polskie sądownictwo nie od dzisiaj zmaga się z rozmaitymi bolączkami, takimi jak zbyt długi czas rozpatrywania spraw, kwestie związane z wpływem społeczeństwa na wymiar sprawiedliwości, błędy orzecznicze (zdarzające się w każdym systemie), czy wreszcie poczucie deficytu sprawiedliwości prawa. Jednak skrócenie czasu rozpatrywania spraw oraz zmniejszenie ilości błędów orzeczniczych można skuteczniej osiągnąć poprzez sprawniejsze obsadzanie istniejących wakatów sędziowskich, zatrudnienie większej ilości asystentów i pracowników administracyjnych, aby sędziowie mogli skupić się na kwestiach merytorycznych oraz stałe podnoszenie poziomu kształcenia, zarówno na uniwersytetach jak i w ramach aplikacji sądowej. Możliwe jest także zapewnienie realnego wpływu obywateli na sądownictwo bez konieczności wywracania do góry nogami całego systemu. Z kolei likwidacji poczucia niedoskonałości i wad stanowionego prawa nie osiągnie się poprzez poluzowanie rygoru jego stosowania przez sędziów, lecz jedynie poprzez stanowienie bardziej przemyślanych i dobrze sformułowanych przepisów, opartych na realnych założeniach.

Mikołaj  Prochownik jest radcą prawnym w Kancelarii Konieczny, Wierzbicki.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA