fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Żadnej grupy nie było. Razem tylko oznajmiamy - Piotr Paduszyński o aferze hejterskiej

Adobe Stock
Zapowiadając procesy, wspólnym przytupem medialnym Kasta potwierdza, że jednak istniała.

Z nieukrywaną ciekawością obserwowałem w ostatnich dniach show, jaki nam wszystkim zafundowała grupa urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości i PiS-owskich nominatów w sądach oraz Krajowej Radzie Sądownictwa łączona przez prasę z jednym z komunikatorów internetowych i grupą dyskusyjną na tym komunikatorze o wdzięcznej nazwie Kasta. Przekaz ten stworzyli razem z grupą swoich pełnomocników procesowych i wydawcami oraz nadawcami mediów (pro)PiS-owskich, w tym telewizji formalnie wciąż publicznej.

Chodzi o konferencje prasowe i następujący po nich potok publikacji dotyczących pozwów i prywatnych aktów oskarżenia, jakie panowie (z kronikarskiego obowiązku odnotuję brak wśród nich chociażby jednej kobiety) wywiedli przeciwko wydawcom prasy, dziennikarzom i komentatorom politycznym.

Nie knuliśmy razem, ale razem się oburzamy

Patrząc na taktykę przyjętą przez bohaterów owego szumu medialnego, nie jestem w stanie nie dostrzegać prymatu PR-u nad interesem procesowym powodów lub oskarżycieli prywatnych. Inna sprawa, że nawet nie wiemy, czy owe pozwy i prywatne akty oskarżenia zostały opłacone i czy w ogóle ktokolwiek będzie miał okazję wyrokować na ich temat.

Skąd wywodzę ów prymat przekazu medialnego nad interesem osób inicjujących owe postępowania? Panowie ci twierdzą, że nie łączyła ich żadna grupa komunikatorowa, w szczególności o nazwie Kasta, na której forum miały być planowane akcje hejterskie wobec różnych sędziów. Tymczasem, zaczynając ewentualne procesy, zamierzonym i wspólnym przytupem medialnym w pierwszej kolejności wyeksponowali swoje współdziałanie, pokazali się jako nieprzypadkowa grupa osób, które łączy coś więcej niż tylko ulokowanie ich przez PiS na niższych i wyższych szczytach administracji wymiaru sprawiedliwości.

Jednocześnie nie zaoferowali żadnego wyjaśnienia dla niekwestionowanego przez nikogo faktu ujawniania w mediach społecznościowych przez różne anonimowe osoby dokumentów pochodzących z Ministerstwa Sprawiedliwości i dotyczących m.in. niepokornych sędziów, których Mała Emi na zlecenie Kasty opluwała. A to przecież oni z ekswiceministrem Łukaszem Piebiakiem, ministrem Zbigniewem Ziobrą i prokuratorem Bogdanem Święczkowskim na czele byli w pierwszej kolejności zobowiązani do wyjaśnienia tych wycieków. Dwaj ostatni nadal są do tego zobowiązani. Brak zainteresowania aż razi.

Nasi bohaterowie wraz ze swoimi mecenasami mają aż nadto wystarczające kompetencje, by wiedzieć, że proces karny o pomówienie wymaga wykazania winy umyślnej, a to będzie trudne, zwłaszcza że większość z nich po ujawnieniu afery nazwanej od nazwiska Łukasza Piebiaka unikała wypowiedzi dla prasy i uczestniczenia w wyjaśnianiu wątpliwości ich dotyczących. Wiedzą również, że jest to kwestia istotna dla opinii publicznej, a prasa miała i ma o niej nie tylko prawo, ale i obowiązek pisać. Może to czynić, jedynie opierając się na wiedzy dostępnej w chwili publikacji, a nie później ujawnianej.

Chroniące nas wszystkich konstytucyjnie gwarantowane prawo do sądu oraz zasada domniemania niewinności osoby, której nie skazano prawomocnym wyrokiem, nie stoją wyżej od również konstytucyjnie gwarantowanej wolności słowa i wyrażania własnych poglądów. Całkowicie rozumiem oczekiwanie, by nie przesądzać o winie, dopóki sąd się o niej nie wypowie, co nastąpi za kilka miesięcy lub lat, jednak publiczna dyskusja o sprawach istotnych (a ta afera taką jest) na taki wyrok nie poczeka. Afera jest tu i teraz, a ten, kto w niej milczy, musi się godzić z różnorodnością ocen pojawiających się w dyskusji i póki nie zajmuje stanowiska, nie może mieć pretensji o wyciągane przez media wnioski.

Wróćmy do zapowiadanych procesów. Można zakładać, że panowie połączeni z ową Kastą będą dążyli do wykazania braku dowodów elektronicznych poświadczających istnienie tej grupy i ich osobisty udział w niej. Wobec braku zapisów źródłowych z komunikatora oraz kodów IP uczestników owej grupy powiedzą, że z braku pewnych dowodów elektronicznych należy się oprzeć na zeznaniach ludzi. Tutaj zaś będą dla siebie wzajemnie świadkami (deklarując brak zmowy) i w efekcie będą chcieli zestawić siebie jako poważnych i racjonalnych obywateli w konfrontacji z Małą Emi, już kreowaną przez aparat propagandowy koalicji rządowej na niezrównoważoną emocjonalnie pijaczkę.

Atakują zamiast wyjaśniać

Nie mam ochoty prognozować rozstrzygnięć sądów, które będą w tych sprawach orzekać. Nie jestem jednak w stanie przeoczyć, że swoimi wspólnymi konferencjami uwiarygodnili twierdzenia o grupie. Jak i tego, że głównie propisowskimi kanałami przekazu tych konferencji potwierdzili powiązanie grupy z obecną większością parlamentarną. Nie przedstawili też żadnego alternatywnego wyjaśnienia nieprzypadkowych wycieków dokumentów z Ministerstwa Sprawiedliwości, o których rozpisuje się prasa i które są oczywiste. Zapewne chcieliby wśród zeznań świadków i stron osiągnąć przewagę 10 czy 9 do 1. Czyli wszyscy kontra Mała Emi. Tyle tylko, że dzięki temu show i nieskrywanemu współdziałaniu swoją potencjalną przewagę już zniwelowali do stosunku 1 do 1. Ich grupa (bez znaczenia jak nazwana) kontra Mała Emi. Problem w tym, że to tylko ona oferuje racjonalne wyjaśnienie, dlaczego i w jaki sposób Ministerstwo Sprawiedliwości przez swoich urzędników wypuszcza do sieci poufne dokumenty i informacje, a czasem też jedynie zwykłe, choć nośne pomówienia.

Narracja panów z grupy ten element pomija. A zaniechanie wyjaśniania sprawy przecieków wręcz ich oskarża. Panowie ci zapominają, że większa liczebność dowodów nie zawsze równa się ich większej wiarygodności.

Prawnik, który w pierwszej kolejności dążyłby do wygrania procesów, unikałby eksponowania powiązań, które PiS-owscy nominaci wiązani z hejtowaniem niepokornych sędziów sami wyeksponowali. Postąpili inaczej, a przecież wiedzy i doświadczenia prawniczego im i ich pełnomocnikom brakować nie powinno. Skoro jednak przyjęli taką ścieżkę, naturalne jest pytanie o to, dlaczego taką drogę wybrali. Moim zdaniem celem tych działań nie było wygranie spraw sądowych, tylko zrobienie PR-u i zastraszenie piszących inaczej, niżby oni chcieli.

Czy bardziej chodzi o robienie PR-u sobie, czy też zaatakowanej tą aferą większości parlamentarnej, to już inna sprawa.

Autor jest adwokatem z Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA