fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Czytanie wyroku Amber Gold to lekcja dla polityków

Adobe Stock
Długotrwałość publikacji wyroku w sprawie Amber Gold jest dla polityków bezcenną lekcją, jakie znaczenie ma prawidłowe konstruowanie przepisów proceduralnych.

Na łamach „Rzeczpospolitej" ukazał się ostatnio tekst sędziego Dariusza Czajkowskiego dotyczący problemu długotrwałości ogłaszania wyroku w sprawie afery Amber Gold („Kopernik też był jeden, czyli o wielogodzinnym czytaniu wyroku ws. Amber Gold").

Ogólnie autor (obecnie sędzia nowej Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych Sądu Najwyższego) zmierzał do tezy, że treść art. 418 §1 kodeksu postępowania karnego nie stoi na przeszkodzie temu, żeby sędzia ogłosiła wyrok, nie odczytując go fizycznie. Przywołał przykład Kopernika, aby nakłaniać sędziów do tego, by sprzeciwiali się „utrwalonej linii orzeczniczej" i argumentowi, że „zawsze tak było", jeśli „prawnicza interpretacja prowadzi sędziego do wniosków przeciwnych, ale jawnie rozsądnych, pozwalających na uniknięcie jurydycznych absurdów i wtórnego pokrzywdzenia stron". Na koniec postawił przekorne pytanie: „Kopernik też był jeden. No i co?".

Namawia prekursorów...

Zaczynając od końca: Kopernik nie był jeden, bo byli i przed nim, i po nim. Na przykład Galileusz, któremu zakazano nauczania heliocentryzmu, skazując go na pokutę i więzienie, Giordano Bruno, który w ogóle skończył na stosie, a także wielu innych, bezimiennych, zaginionych w odmętach historii, surowo karanych za wyprzedzanie myślą epok, w których żyli. Bycie forpocztą nowych trendów jest bowiem zwykle tyleż samo zaszczytne co ryzykowne. Od sędziego trudno zaś wymagać zachowań suicydalnych.

Zgodzić się należy z autorem, że serial pod tytułem „Ogłaszanie wyroku w sprawie Amber Gold" pokazuje absurdalność odczytywania całości obszernych orzeczeń karnych. Nie ma jednak racji, przerzucając na sędziów liniowych powinność wypracowania tu właściwych schematów. To ustawodawca powinien dbać o wyposażenie sędziów w odpowiednio efektywne narzędzia przepisów proceduralnych – tak by prowadzony przez nich proces przebiegał sprawnie, ekonomicznie, a jednocześnie gwarantował słuszne prawa podsądnych i możliwie najbardziej sprawiedliwe orzeczenie.

Zapewne trudno to przyznać sędziemu, który swoją obecność w Sądzie Najwyższym zawdzięcza temu, że miast naprawiać te procedury, obecna władza ustawodawcza i wykonawcza zapowiadane reformy w wymiarze sprawiedliwości ograniczała dotychczas głównie do wymiany kadrowej na sobie przychylne.

Merytorycznie sugerowana przez sędziego Czajkowskiego interpretacja art. 418 §1 k.p.k. jest błędna. Fundamentalnymi zasadami wykładni językowej są: tekst prawny należy czytać w taki sposób, aby jakieś jego elementy nie były niepotrzebne oraz że ekscepcji nie należy interpretować rozszerzająco. Z racji dostrzeżenia już wówczas paradoksów, do jakich prowadzi obowiązek odczytywania całej jego treści, w 2015 r. wprowadzono rozwiązanie, że „ogłaszając wyrok, można pominąć treść zarzutów oskarżenia" (§ 1a). Tę część uznano za zbędną, bo zakłada się na tym etapie, że oskarżony już wie z aktu oskarżenia, co mu się zarzuca. Ów wyjątek ma sens tylko dla założenia, że sąd ma w ogóle obowiązek wyrok odczytać, bo przy czynnościach niewerbalnych tudzież tylko niesformalizowanym poinformowaniu o treści orzeczenia nie ma powodu czynić podobnych zastrzeżeń.

Lektura strony 89 uzasadnienia druku sejmowego nr 870 Sejmu VII kadencji jasno wskazuje, że chodziło wtedy jedynie o ograniczenie tylko w tej sferze nadmiernego wysiłku sądu – przy oczywistym dla projektodawców założeniu, że wyroki jednak nadal będą co do zasady odczytywane. Ten zapis nie wzbudził żadnej dyskusji posłów omawiających go na posiedzeniu podkomisji sejmowej z 24 kwietnia 2013 r. Do tego zachowano zasadę, że po ogłoszeniu wyroku „podaje się ustnie najważniejsze powody wyroku" (art. 418 § 3 k.p.k.).

Warto odnotować, że dotychczasowe „odczytywanie aktu oskarżenia" równolegle zastąpiono „zwięzłym przedstawieniem przez oskarżyciela zarzutów oskarżenia" (art. 385 § 1 k.p.k.). Gdyby chciano zerwać z tradycją odczytywania wyroku, też by to wtedy jednoznacznie przesądzono. Reasumując, nie da się inaczej logicznie połączyć obecności § 1a z art. 418 § 1 k.p.k., aniżeli uznając, że w 2015 r. pośrednio zakotwiczono w ustawie karnoprocesowej dotychczasową, wprawdzie siermiężną, lecz ugruntowaną wieloletnią tradycją milionów orzeczeń regułę, że „ogłoszenie wyroku" wymaga – co do zasady – odczytania całości jego treści, przewidując tylko ten wyjątek, że sędzia może zrezygnować ze zbędnego odczytywania zarzutów stawianych oskarżonemu. Można to oczywiście zmienić na przyszłość – ale to już wymaga ingerencji ustawodawczej.

...a koledzy skazali

W wypadku sędzi z Gdańska psychologicznie dodatkową trudność stanowił zapewne fakt, że to akurat nadrzędny nad nią Sąd Apelacyjny w Gdańsku postanowieniem z 9 czerwca 1999 r. w sprawie sygn. II AKo 113/99 niegdyś kategorycznie przesądził, że dla ważności orzeczenia wymagane jest jego ogłoszenie, a brak publikacji lub równoważne z tym ogłoszenie w nieprawidłowy sposób „stanowią najpoważniejsze naruszenia prawa".

Nie bez znaczenia była również sprawa Aliny Czubieniak, gdzie koledzy sędziego Dariusza Czajkowskiego z Izby Dyscyplinarnej SN (z tego samego naboru) niedawno skazali sędzię za treść orzeczenia jako „rażącą i oczywistą obrazę przepisu prawa", a w gruncie rzeczy za to, że referent zechciała być właśnie takim „Kopernikiem" postępowań aresztowych, zastępując ustawodawcę w prawidłowej implementacji międzynarodowych standardów udziału obrońcy podejrzanego w śledztwie obejmującym podejrzanego z wątpliwościami co do poczytalności. Przed podzieleniem losu co najmniej Galileusza uratowała ją właściwa postawa sędziów sądu dyscyplinarnego przy sądzie apelacyjnym, którzy pierwotnie ją uniewinnili. Tylko dlatego owo skandaliczne skazujące orzeczenie Izby Dyscyplinarnej SN nie stało się ostatecznym, lecz jako reformatoryjne na niekorzyść obwinionej może być jeszcze przez nią zaskarżone do innego składu SN.

Z racji ogromnej wagi społecznej sprawa karna dotycząca Amber Gold wydaje się najgorszym miejscem na jakieś eksperymenty procesowe, które mogłyby się zakończyć zakwestionowaniem ważności zapadłego orzeczenia. Z punktu widzenia autorytetu wymiaru sprawiedliwości byłaby to katastrofa o skali nieporównywalnej z obecnymi trudnościami z odczytywaniem wyroku, niwecząca ogromny wysiłek włożony w osądzenie całej sprawy. Dla sędzi – biorąc pod uwagę nastroje społeczne podsycane przez antysędziowską narrację obecnej ekipy – oznaczałoby to zapewne bardzo dolegliwe postępowanie dyscyplinarne, jeśli nie karne.

Osobiście dostrzegam zresztą pozytyw całej sytuacji: długotrwałość publikacji wyroku w tak medialnej sprawie jest bezcenną lekcją dla polityków (wszystkich opcji), jak duże znaczenie ma prawidłowe konstruowanie przepisów proceduralnych i że warto słuchać merytorycznych uwag sędziów, którzy przecież w przeszłości wielokrotnie wskazywali (z różną niestety efektywnością) na rozliczne absurdy procedury, w tym te odnoszące się właśnie do sfery ogłaszania wyroków sądowych.

Autor jest sędzią Sądu Okręgowego w Łodzi

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA