fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Krytyka w prawie pracy ma znaczenie wtórne

Fotolia.com
Nie ma żadnych przepisów mówiących, co jest przyzwoite.

Prawo pracy jest coraz bardziej kazuistyczne. To obniża jego prestiż, ponieważ każda dziedzina wiedzy, w której nie udaje się stworzyć teorii i aksjologii, może poczuć się gorzej.

Jest to jednak trochę złudzenie „gorszości", w stosunku do prawa cywilnego. Prawo cywilne ma teorię, wielki dorobek i teoretycznie wszystko można w nim wyjaśnić poprzez odwołanie się do zasad ogólnych. Niestety coraz mniej z tej doniosłości prawa cywilnego wynika. Rzeczywistość bowiem, jeżeli tak można powiedzieć, ma strukturę bardziej podobną do prawa pracy niż do cywilnego. Przypadków pasujących idealnie to teoretycznych rozwiązań prawa cywilnego jest stosunkowo mało, więc wszelkie wyrafinowane rozwiązania wymagają interpretacji i wyjaśnienia. Dlatego też okazuje się, że im głębiej sięgamy z interpretacją przepisu kodeksu cywilnego, tym bardziej ów przepis staje się niepotrzebny. Okazuje się bowiem, że z tego przepisu można wyprowadzić wnioski w każdą dowolną stronę.

Prawo pracy jest kazuistyczne – i już. Nie udaje, że jest inne. Przepisy odgrywają rolę pomocniczą, wyroki kształtują rzeczywistość. Zaraz powiem, o co mi chodzi.

Spróbujmy zdefiniować interpretację najbardziej podstawowych sytuacji opartych na prawie pracy. Na przykład – jak daleko sięga wolność krytyki ze strony pracownika wobec pracodawcy.

W najlepszym razie bez znaczenia

Gdy o tym poczytać, można się załamać banalnością prawniczych przemyśleń. Są w najlepszym razie pozbawione znaczenia. Mówi się tu, że krytyka ma być prowadzona w interesie zakładu pracy, pozostawać w granicach prawa i takie tam. Dramatycznie brakuje ustaleń, które właściwie wartości są ważniejsze, które można poświęcić. Tylko dzięki pewnej jednoznaczności symbolicznych rozstrzygnięć, prawdziwych precedensów, można ukształtować sensownie zbiorowe przekonanie w jakiejkolwiek dziedzinie powszechnych znaczeń.

Tu przychodzi mi na pamięć sławny film Miloša Formana „Skandalista Larry Flynt", a może nie tyle nawet film, ile opisany w nim sławny spór między największym kaznodzieją Ameryki owych czasów Jerrym Falwellem i właścicielem „Hustlera", pornobiznesmenem i pornotwórcą – Larrym Flyntem. Zakończony przed Sądem Najwyższym USA proces dotyczył rozumienia pierwszej poprawki do konstytucji, która nie tylko jest pierwsza w kolejności, ale i najważniejsza, dotyczy bowiem wolności słowa.

A przepisów nie ma

W skrócie rzecz ujmując, Flynt przedstawił pastora w obscenicznej pseudoreklamie i przegrał w pierwszych instancjach. Ostatecznie jednak Sąd Najwyższy stanął na stanowisku, że wolność słowa wymaga ochrony nawet skrajnie obscenicznej reklamy, która była oczywistym żartem, czy też metaforą, w związku z czym prawo nie służy do obrony przed takimi żartami.

Można powiedzieć, że Sąd Najwyższy zajął się w ten sposób kształtowaniem rozumienia pojęć metaforycznych w społeczeństwie. Był to bardzo odważny wyrok, zresztą jednogłośny. Można go interpretować jako wybór wartości, w którym wolność słowa jest ważniejsza niż indywidualne odbieranie słów czy żartów.

Takie podejście w prawie pracy moim zdaniem powinno prowadzić do wniosku, że słowa czy też forma krytyki mają znaczenie wtórne, lub po prostu drugorzędne. Zwłaszcza gdy pewien rodzaj słownictwa czy metafory jest uzasadniony standardami środowiska, w którym praca jest wykonywana.

Ale to tylko pogląd, mój pogląd. Nie mam powodu ukrywać, że jest warunkowany w dużej mierze sprawami, które prowadzę. Sprawami, w których sądy wydają wyroki, nie opierając się w gruncie rzeczy na przepisach, bo żadnych przepisów na temat tego, co jest przyzwoite, nie ma. Stosują więc wprost oceny moralne.

Trudniejszy wybór

I wtedy kluczowe, absolutnie kluczowe jest pytanie: do jakich wartości i ocen moralnych sądy sięgają. Czy odwołują się do wartości przeważających, choć w wielu przypadkach w pewnym cywilizacyjnym sensie wstecznych, czy też promują myślenie odważniejsze i mniej kompromisowe? Czy sądy dostosowują się do tego, co jest, czy też starają się wpływać na rzeczywistość, popychając ją w jakąś, wybraną przez siebie stronę.

To znacznie trudniejszy wybór niż stosowanie prawa.

Autor jest dwokatem, prowadzi kancelarię Tomczak & Partnerzy Spółka Adwokacka

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA