fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Jędrzej Bielecki: Musimy ratować Unię. Za chwilę może być za późno

Marine Le Pen raczej na pewno przejdzie do drugiej tury francuskich wyborów prezydenckich w maju 2017 r. Jeśli zdobędzie Pałac Elizejski, Unia Europejska tego nie przeżyje.
AFP
Po Brexicie i referendum we Włoszech integrację mogą dobić Francuzi. Polska straci na tym najwięcej.

Sytuacja jest wyjątkowa. Po raz pierwszy dalsze istnienie Unii Europejskiej przestało być pewne. Bardzo osłabiona z powodu Brexitu Wspólnota może w dłuższym okresie nie przeżyć skutków klęski referendum we Włoszech. To głosowanie nie tylko pokazuje, że zadłużona po uszy, trzecia największa gospodarka strefy euro nie jest zdolna do reform, ale też otwiera drogę do przejęcia władzy w Rzymie przez eurosceptyczny, populistyczny Ruch Pięciu Gwiazd najdalej za rok. Na Unię czyha zresztą wcześniej wiele innych śmiertelnych niebezpieczeństw, zaczynając od zwycięstwa Marine Le Pen we francuskich wyborach prezydenckich.

PiS a Europa

W tej sytuacji PiS musi odpowiedzieć na pytanie, które od wielu miesięcy zadają sobie zarówno zachodni dyplomaci, jak i zachodnie media: czy jest częścią wielkiej fali ugrupowań populistyczno-narodowych, które – jak Front Narodowy we Francji, włoski Ruch Pięciu Gwiazd, Partia Niepodległościowa Zjednoczonego Królestwa czy holenderska Partia Wolności – chcą dobić zjednoczoną Europę, czy też przeciwnie, to PiS zepchnął na margines skrajną prawicę w Polsce i w decydującym momencie przyłączy się do ratowania Unii.

Na razie wiele świadczy i o jednym, i o drugim.

Rząd Beaty Szydło wdał się w ostry spór z Komisją Europejską w sprawie Trybunału Konstytucyjnego i, szerzej, przestrzegania zasad demokracji, państwa prawa. Według narracji PiS Bruksela nie ma prawa „ingerować" w kwestie ustrojowe w naszym kraju. Inaczej mówiąc, Unia nie jest wiele więcej niż zintegrowaną strefą wolnego handlu, a nie wspólnotą polityczną łączącą kraje o podobnych wartościach.

Ten sam sposób myślenia odnajdujemy w sporze o imigrantów. Rząd Szydło odmówił przyjęcia nawet kilku uchodźców, choć Polska się do tego zobowiązała przed wygraną PiS. W Warszawie przyjęto więc założenie, że solidarność europejska działa w jednym kierunku, w szczególności gdy chodzi o fundusze strukturalne dla naszego kraju. To wywołało ostry konflikt z krajami południa Europy, z Włochami i Grecją na czele.

Równie ostry konflikt wybuchł między naszym krajem a Francją po zerwaniu kontraktu na zakup helikopterów Caracal. I tu chodzi o coś znacznie poważniejszego niż kontrakt biznesowy. To storpedowanie budowanej mozolnie od 2012 r. przez François Hollande'a współpracy wojskowej z Polską, która miała być fundamentem szerszego projektu europejskiej obronności. Teraz Francuzi podjęli ten plan z Niemcami, przy wsparciu Włoch i Hiszpanii. Rola Polski pozostaje tu niejasna.

Nasz kraj, który przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi grał z państwami pierwszej europejskiej ligi – Niemcami i Francją – teraz woli stawiać na kraje Grupy Wyszehradzkiej, gdzie dominują eurosceptyczni przywódcy, tacy jak Robert Fico i Viktor Orbán. Szef naszej dyplomacji Witold Waszczykowski uparcie wskazuje też na Wielką Brytanię jako strategicznego partnera, tak jakby Brexit nie wykluczył Londynu z europejskiej gry.

Wreszcie powtarzające się sygnały, że Polska latem nie poprze Donalda Tuska na drugą kadencję na czele Rady Europejskiej, wywołuje konsternację na Zachodzie. W Unii nigdy się nie zdarzyło, żeby jakiś kraj nie poparł swojego obywatela kandydującego na czołowe stanowisko w Brukseli, nawet jeśli wywodzi się z innej niż rządząca partii. To kolejny sygnał, że dla PiS ważniejsze są lokalne rozgrywki polityczne w kraju od naszego miejsca w Europie.

Bez otwierania traktatu

Jednocześnie jednak w sprawie Unii Jarosław Kaczyński nigdy nie przekroczył rubikonu, jakim byłby apel o wyjście kraju z UE. To go diametralnie odróżnia od Le Pen, Grillo, Farage'a, Hofera czy Wildersa. W przeciwieństwie do lat 2005–2007 nie doszło też do otwartego sporu z Niemcami, najważniejszym krajem Unii. Witold Waszczykowski ostatnio wręcz przyznaje, że zwycięstwo Angeli Merkel w wyborach do Bundestagu jesienią przyszłego roku byłoby w interesie naszego kraju.

Polska, pomijając sprawę Trybunału i uchodźców, wdraża prawo europejskie. Jednym z przykładów było wycofanie podatku od sklepów wielkopowierzchniowych, gdy Komisja Europejska uznała, że jest niezgodny z prawem europejskim. Innym – ratyfikacja paryskiej umowy o przeciwdziałaniu zmianom klimatycznym, której stroną jest Unia. Polska ściśle współpracuje też z Niemcami, gdy idzie o strategię negocjacji z Londynem warunków Brexitu. To kluczowa sprawa dla zachowania fundamentów jednolitego rynku i zapobieżenia efektowi domina po fatalnej decyzji Brytyjczyków. Rząd Szydło ostro krytykował sposób wykorzystania przez poprzedników funduszy strukturalnych, ale dziś wydaje się robić wszystko, aby wrócić do tamtej praktyki. Chyba zrozumiał, że bez unijnej manny nie ma szans na szybki rozwój kraju, na sukces planu Morawieckiego.

Ekipa PiS, w przeciwieństwie do swoich poprzedników, zawarła porozumienie o warunkach działania w Warszawie Frontexu, dzięki czemu w naszej stolicy będzie działał następca tej instytucji, największy tego typu urząd poza unijną centralą – Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej. Jednocześnie rząd Szydło zgodził się na zasadnicze wzmocnienie kompetencji Brukseli w ochronie zewnętrznych granic Unii, łącznie z prawem służb innych państw członkowskich do kontrolowania szlaków masowej imigracji nawet bez zgody państwa, do którego należy dany teren. To zapewne uratuje Schengen.

Ale być może najważniejsze jest wycofanie się Polski z planów otwarcia europejskich traktatów, zdefiniowania na nowo kompetencji Unii i przeprowadzenia „rewolucji kulturalnej" w zjednoczonej Europie, co kiedyś zapowiadał prezes PiS. To byłaby recepta na rozsypanie się Unii, bo przy tej okazji każdy kraj członkowski wystąpiłby z własnymi postulatami.

Równy partner Niemiec

Strategia dwuznaczności w sprawach integracji przyczyniła się do utrzymania wysokich notowań PiS wśród bardzo różnych grup wyborców.

Z jednej strony badania Fundacji Bertelsmanna pokazują, że w ciągu roku poparcie dla Unii wzrosło w Polsce o 9 pkt proc., do 77 proc. W żadnym z dużych krajów Wspólnoty nie jest ono tak duże. Przytłaczającej większości społeczeństwa nie przekonały więc ataki na Brukselę polskiego rządu. Beata Szydło nie może nie brać tego pod uwagę.

Ale z drugiej strony wśród 23 proc. Polaków, którzy są niechętni Unii lub mają do niej stosunek obojętny, jest bardzo wielu wyborców PiS. Bez ich poparcia Jarosław Kaczyński nie ma szans na utrzymanie się przy władzy po następnych wyborach za dwa i pół roku.

Taka strategia oznacza jednak podporządkowanie spraw Unii krajowej polityce. Podobnie robiło i robi niestety wielu innych przywódców Europy, zaczynając od Davida Camerona. Tylko że w Wielkiej Brytanii skończyło się to tragicznie, a Cameron zostanie zapamiętany jako najgorszy brytyjski premier od Neville'a Chamberlaina. To powinno być ostrzeżenie dla Polski.

W sytuacji, gdy zagrożone jest samo istnienie Unii, polscy przywódcy powinni raz jeszcze sobie uświadomić, jak bardzo Wspólnota jest ważna dla polskiej racji stanu. To dzięki niej możliwe było pojednanie z Niemcami i dzięki niej Polska nie musi liczyć tylko na wsparcie dalekiej Ameryki w obliczu coraz bardziej agresywnej Rosji.

W ciągu zaledwie 12 lat członkostwa Polska dokonała też bezprecedensowego skoku cywilizacyjnego, doganiając dwa najbiedniejsze kraje Zachodu – Grecję i Portugalię. Ale aby dobić do „twardego jądra" Unii, a nie pozostać na jej marginesie, stać się zupełnie już równoprawnym partnerem dla Niemiec, potrzebujemy kolejnych 12 lat rozwoju w ramach Wspólnoty, tej szansy, którą dostała Hiszpania po śmierci Franco i przywróceniu demokracji. Sam plan Morawieckiego tego nie dokona.

Odpowiedzialność za Unię

Czas więc na zasadniczy zwrot w polskiej polityce zagranicznej. Nie tylko zerwanie z dwuznacznym podejściem do integracji, ale również przyjęcie przez nasz kraj współodpowiedzialności za dalsze istnieie Unii. Przygotowania do obchodów 60. rocznicy powołania Wspólnot w Rzymie w marcu przyszłego roku, kiedy ma zostać przyjęta deklaracja w sprawie przyszłości zjednoczonej Europy, jest znakomitą po temu okazją.

Od 2004 r. Polska rzadko kiedy potrafiła przejąć taką rolę. Wolała raczej utylitarnie podchodzić do integracji: ile dostaniemy funduszy strukturalnych, jakie będą dopłaty dla rolników, czy reguły ochrony środowiska nie wstrzymają wydobycia węgla – takie pytania wychodziły z Warszawy. Nikt tak naprawdę nie zastanawiał się, gdzie powinny przebiegać ostateczne granice zjednoczonej Europy, czy nie rozsadzi jej przyjęcie Ukrainy i Turcji, czy Unia powinna mieć jednolitą politykę zagraniczną i stopniowo zmierzać do budowy rządu gospodarczego. Polscy wyborcy na takie refleksje nie są więc przygotowani.

Jednym z nielicznych wyjątków było przemówienie Radosława Sikorskiego w Berlinie z 2011 r., w którym zachęcał Niemcy do przejęcia większej odpowiedzialności za losy Unii. A także deklaracje Jarosława Kaczyńskiego w tegorocznym wywiadzie dla „Rzeczpospolitej", w którym apelował o budowę „europejskiej armii" i powołanie „prezydenta Europy" z prawdziwego zdarzenia.

Rząd Beaty Szydło nie musi jednak iść od razu tak daleko, aby przyczynić się zasadniczo do uratowania Unii. Bardzo wiele zrobiłoby przyjęcie choćby symbolicznej liczby uchodźców, podobnie jak deklaracja, że nasz kraj jest zainteresowany przyjęciem euro, nawet jeśli miałoby to nastąpić w dalekiej perspektywie. Wspólna waluta jest dziś najważniejszym projektem politycznym integracji, najsilniejszą więzią, która łączy 19 krajów Europy. Przetrwanie euro leży więc w strategicznym interesie naszego kraju.

Polska powinna także zakopać topór wojenny z Francją i znów stać się jednym z liderów budowy europejskiej obronności. Dobrze by też było, gdyby Beata Szydło wyciągnęła dłoń do krajów południa Europy, szczególnie Hiszpanii i Włoch. A przywódcy PiS nieco wycofali się z narodowo-populistycznej retoryki, która każe czołowym zachodnim politykom, takim jak Alain Juppé, zastanawiać się, czy nasz kraj podziela „wartości europejskie". I bez tego w Paryżu jest wystarczająco dużo pokus, aby budować „małą Unię" – bez Polski.

Po wyborach politycy PiS lubili odwoływać się do obrazu Polski, która „wstaje z kolan". Jeśli tak rzeczywiście jest, to na stojąco widać lepiej, dalej, widać w skali całej Europy, a nie tylko jednego kraju średniej wielkości. Czas, aby to pokazać.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA