fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Ostentacja gubi PiS

Beata Szydło i Jarosław Kaczyński
AFP
Po co walczyć na wszystkich frontach.

Jarosław Kaczyński być może wyciągnął wnioski z cyklu kolejnych porażek wyborczych i nauczył się panować nad partią w czasie kampanii. Osiągnął historyczne zwycięstwo i jako pierwszy polityk po 1989 r. może samodzielnie sprawować władzę w Polsce, nie będąc skazanym na żadne koalicje. Pierwsze dni po zaprzysiężeniu nowego rządu zdają się jednak sugerować, że nie wyciągnął wniosków z porażki, którą poniósł w efekcie swoich rządów w latach 2005–2007. Choć może wnioski wyciągnął, ale niewłaściwe. Tym bowiem, co wówczas przesądziło o problemach PiS, była wojna, którą ta partia zaczęła toczyć na wszystkich frontach.

Gdzie te korzyści

Wydawać by się mogło, że partia, która w kampanii wyborczej skupiała się na gospodarce, zachętach dla biznesu czy polityce prorodzinnej, pierwsze decyzje będzie właśnie podejmowała w tej dziedzinie. Owszem, premier Beata Szydło zapowiedziała w exposé, że obietnice socjalne zrealizuje w ciągu pierwszych 100 dni rządu. Widać jednak, że PiS ma dziś zupełnie inne priorytety, niż deklarował w kampanii wyborczej, w dodatku realizując je, otwiera kolejne fronty.

Pośpiech w pracach nad budzącą kontrowersje ustawą o Trybunale Konstytucyjnym sprawił, że PiS na dzień dobry skonfliktował się z dużą częścią środowisk prawniczych. Zmiany nie dają partii od razu władzy nad orzeczeniami Trybunału, choć przyspieszają „przejęcie" tej instytucji. Realny zysk wynikający z tej decyzji jest więc relatywnie mniejszy niż wizerunkowe koszty rozpętanej właśnie wojny.

To samo dotyczy ułaskawienia przez prezydenta Andrzeja Dudę Mariusza Kamińskiego. Nieprawomocny wyrok byłego szefa CBA nie przeszkadzał PiS w powołaniu go na stanowisko konstytucyjnego ministra, koordynatora służb specjalnych. Prezydent podjął jednak decyzję o ułaskawieniu, którą część sędziów uznała za ingerencję we władzę sądowniczą. Mało tego, uzasadniając swoją decyzję, Andrzej Duda mówił o „wyręczaniu" wymiaru sprawiedliwości, co dało środowiskom sędziowskim argument o łamaniu niezawisłości sądów.

Znów – korzyści polityczne znacznie mniejsze niż wizerunkowe koszty. Sondaż IPSOS pokazujący, że ponad połowa ankietowanych źle ocenia tę decyzję, a popiera ją tylko 22 proc., pokazuje, że nawet spora grupa wyborców PiS ma z ułaskawieniem Kamińskiego problem.

Bardzo podobnie jest w przypadku pierwszych ruchów nowego ministra kultury. PiS czuł się w ostatnich latach krzywdzony przez media, uważa też, że kluczem do zdobycia większego poparcia jest przejęcie mediów publicznych.

Platforma, gdy tylko mogła, przejęła TVP w całości, kierując tam na stanowiska kierownicze wysokich urzędników Ministerstwa Kultury. Zrobiła to, unikając jednak ostentacji. PiS robi dokładnie odwrotnie. Wicepremier Piotr Gliński w audycjach radiowych sugeruje, który z niepokornych twórców powinien znaleźć pracę w TVP, a podczas własnych występów w publicznej telewizji grozi dziennikarce i zarzuca jej stacji uprawianie antypisowskiej propagandy.

Jeśli dodamy do tego uwikłanie się w pierwszym tygodniu urzędowania wicepremiera w spór z dyrekcją teatru o pornograficzne przedstawienie, mamy obraz zupełnej wizerunkowej katastrofy.

Zasłona dymna?

Czy PiS coś realnie w polityce osiągnął przez ten tydzień poza poklaskiem twardego elektoratu? Nie, ale dał paliwo swoim zaprzysięgłym wrogom wśród twórców i dziennikarzy (pewnie też znalazł nowych przeciwników). Po co? Nie wiadomo.

Taka sama sytuacja była z „nocną zmianą" w służbach specjalnych czy przejęciem kontroli nad sejmową speckomisją. Nowy rząd ma oczywiste prawo przebudowy służb, ale ostentacja, z którą PiS podjął się tych wszystkich działań, sprawiła, że wizerunkowo efekt był fatalny.

Partia, która zapewniała, że w centrum jej zainteresowań są sprawy społeczne i gospodarcze, zaczęła od obsadzenia Zbigniewa Ziobry na stanowisku ministra sprawiedliwości, Mariusza Kamińskiego – koordynatora służb specjalnych, i Antoniego Macierewicza – szefa MON. I to mimo że w kampanii wyborczej nie eksponowała tych postaci i zaprzeczała, że przymierza je do kluczowych stanowisk.

W sferze realnej pierwsze decyzje dotyczyły resortów siłowych, co może sprawić wrażenie, że – podobnie jak w latach 2005–2007 – cała sfera gospodarcza i socjalna była wyłącznie zasłoną dymną, najważniejsze zaś są służby i twarde instrumenty sprawowania władzy.

Kara za arogancję

Dlaczego to zachowanie PiS zastanawia? Zaciekli przeciwnicy tej partii przekonują, że mieli rację, ostrzegając, że stanowi ona zagrożenie dla demokracji. Problem jest jednak znacznie głębszy.

Nie, PiS nie jest poważnym zagrożeniem dla demokracji, jak twierdzą np. dziennikarze „Gazety Wyborczej" czy „Newsweeka". Nie jest tak, że aby zrealizować program partii Jarosława Kaczyńskiego, trzeba łamać zasady demokracji liberalnej. Pewne zagrożenia dla ładu demokratycznego mają – w mojej ocenie – charakter przygodny, owszem, czasem się pojawiają, ale nie wynikają wprost z natury PiS, z jego mentalności, lecz są skutkiem odreagowywania ośmiu lat w opozycji.

Program PiS, w tym, co stanowiło jego część najbardziej pociągającą dla wielu, również centrowych, wyborców, jest możliwy do zrealizowania bez wywoływania wrażenia, że demokracja jest zagrożona. Wszystkim tym, czym obecna partia rządząca zraża sobie ludzi centrum – dość wspomnieć różnicę pomiędzy 36 proc. poparcia dla PiS w sondażach a 22 proc. dla ułaskawienia Mariusza Kamińskiego – są właśnie niepotrzebna ostentacja, arogancja i buta.

Biorąc pod uwagę, że właśnie buta i arogancja zgubiły PO, możliwa jest szybka i gwałtowna zmiana nastrojów społecznych. Tym bardziej że jeśli chodzi o komunikację, nowy rząd – w przeciwieństwie do czasu z kampanii wyborczej – nie potrafi narzucić swojej narracji. Nie tworzy medialnej osłony dla swoich działań, choć, używając kolokwialnego języka, jedzie po bandzie.

Dlatego też fałszywie brzmią obecne na prawicy głosy, że to wszystko wina liberalnych, nieprzychylnych PiS mediów. Gdyby tak było, Jarosławowi Kaczyńskiemu, Andrzejowi Dudzie i Beacie Szydło nie udałoby się wygrać wyborów. Wygrali, bo ich partia miała zupełnie inny przekaz niż dzisiaj. Wroga propaganda nie ma tu więc dziś wielkiego znaczenia.

Czy ulegną pokusie

Arogancja wynika z tego, że Kaczyński wbrew zapewnieniom nie potrafił powstrzymać się od odwetu. Nie potrafił też zahamować triumfalizmu zwycięzców, że jego samego poniosły emocje wygranej.

PiS ma jeszcze szanse wrócić na drogę radykalnej, ale jednak normalnej partii prawicowej. Wciągnął do rządów sporo ciekawych ludzi. Mateusz Morawiecki, Paweł Szałamacha, Anna Streżyńska na stanowiskach ministrów czy wielu fachowców z pokolenia 30-, 40-latków powołanych na wiceministrów w resortach – to pokazuje, że nadzieje, na to, iż ten rząd dokona sporo dobrych zmian, wciąż nie są płonne. Choć PiS zamiast eksponować właśnie fachowość wielu ministrów i wiceministrów, woli ostentację w sferze mediów publicznych, służb specjalnych czy Trybunału Konstytucyjnego.

Dlatego dziś najważniejsze pytanie brzmi: Czy PiS ulegnie pokusom naginania prawa i nadużywania instytucji, skoro już ma tak gigantyczną przewagę nad przeciwnikami? Innymi słowy, czy pokaże, że jest normalną partią polityczną, szanującą mechanizmy demokratyczne, czy też, że jego szaleństwa są immanentną częścią istoty PiS.

Od odpowiedzi na to pytanie zależy, czy okaże się, że rację mieli ci, którzy przestrzegali, że w każdych okolicznościach zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego zagraża demokratycznemu ładowi, czy też ci, którzy uznali, że – mimo radykalizmu części swych poglądów – PiS jest jedną z wielu europejskich partii politycznych, które mają prawo istnieć, wygrywać wybory, a potem spokojnie rządzić. Obie te możliwości są dziś niemal równie prawdopodobne.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA