fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Krzyżak: Hierarcha narzędziem politycznym

Fotorzepa / Marian Zubrzycki
Prawica odnalazła duchowego przywódcę w abp. Jędraszewskim.

Przez prawie całą kadencję prawica szukała duchownego, który stałby się jej autorytetem i mógłby – nawet nie do końca świadomie – legitymizować jej działania w oczach elektoratu. Jest wprawdzie w polskim Episkopacie kilku biskupów, którzy nie kryją sympatii do obecnie rządzących, ale albo stoją na czele prowincjonalnych diecezji, albo lada chwila odejdą na emerytury lub nawet już na niej są. Kilku z nich – jeszcze za rządów PO – próbowało się angażować w organizowane przez PiS marsze w obronie wolności mediów, ale dostali reprymendę od nuncjusza i choć dziś czasem uda im się przemycić w swoich wystąpieniach wątki miłe dla uszu rządzących, to mimo że czasem ich głos się przydaje, na liderów się nie nadają.

Autorytet taki był pożądany, bo chociaż powszechna opinia jest taka, że Kościół sprzyja partii rządzącej, to jednak coraz częściej stawała się ona celem krytyki także ze strony hierarchów, którzy zaczęli mówić, że dobra zmiana wcale taka dobra nie jest.

W końcu udało się znaleźć kandydata. I teraz trzeba zrobić wszystko, by wykreować go na prawdziwego męża opatrznościowego na miarę co najmniej kard. Stefana Wyszyńskiego. Sztuka ta nie uda się jednak bez wsparcia, więc trzeba szukać sojuszników.

Oczywiście, mam tu na myśli metropolitę krakowskiego abp. Marka Jędraszewskiego. Bo to krakowski hierarcha jest przecież w tej chwili „prześladowany" za mówienie prawdy. To na niego wylewa się fala nienawiści. To on jest na celowniku wszystkich lewaków tego świata, to o nim mówią, że jest „diabłem wcielonym" i „skończonym cymbałem". To jego natychmiastowej dymisji żądali protestujący pod siedzibą Nuncjatury Apostolskiej. To wreszcie na niego doniesiono do prokuratury, bo rzekomo szerzy mowę nienawiści.

Taki duchowy przywódca, w którego obronie stają i ojciec Tadeusz Rydzyk, i przewodniczący polskiego Episkopatu, ale także prymas Czech i szefowie episkopatów Słowacji i Węgier oraz powstańcy warszawscy, jest przecież na wagę złota. To w jego obronie trzeba m.in. zorganizować wiec poparcia, na którym pojawią się politycy.

Jest prawdą, że po słynnym kazaniu z 1 sierpnia, w którym znalazły się słowa o „tęczowej zarazie", na arcybiskupa spłynęła fala mniej lub bardziej uzasadnionej krytyki. Serwis YouTube na jakiś czas zablokował homilię hierarchy, a z mediów społecznościowych wylała się fala hejtu. A w ustach niektórych osób życia publicznego pojawiły się wypowiedzi, których być po prostu nie powinno. Faktem jest, że krakowski metropolita mógł się poczuć skrzywdzony. Nie dziwią kierowane do niego listy z wyrazami solidarności czy modlitwy w jego intencji.

Nie wpadajmy jednak w histerię i przestańmy mówić o prześladowaniu czy dyskryminacji, bo obrażamy tych, którzy rzeczywiście ich doświadczają. Nie utożsamiajmy krytyki – nawet tej najostrzejszej – z prześladowaniami. Przestańmy też robić z arcybiskupa męczennika, bo nim nie jest. I skończmy z nazywaniem „niezłomnym", bo chociaż staje w obronie tradycyjnego – zgodnego z nauką Kościoła – modelu rodziny, to ustawianie go dziś w jednym szeregu z kapłanami prześladowanymi w czasie II wojny światowej, w okresie komunizmu, z Prymasem Tysiąclecia, abp. Antonim Baraniakiem, który przeszedł przez piekło komunistycznego więzienia, czy bł. księdzem Jerzym Popiełuszką – a właśnie z tymi postaciami kojarzą się słowa „prześladowanie" i „niezłomność" – jest zwyczajnym nadużyciem.

Nietrudno jednak zauważyć, że tego typu narracja służy wyłącznie podniesieniu temperatury politycznego sporu i udowodnieniu tego, że Kościół jest po właściwej stronie.

Trudno powiedzieć, czy rola, w jakiej obsadzono abp. Jędraszewskiego, podoba się jemu samemu. Można jednak uznać, że milcząc i nie odcinając się od tego typu działań, zdaje się je legitymizować.

Jakby nie dostrzegał, że zamiast być narzędziem pokoju, które – jak modlił się św. Franciszek – sieje miłość tam, gdzie „panuje nienawiść", stał się narzędziem, za pomocą którego usiłuje się siać podział i nienawiść. A przecież z nauczaniem Kościoła niewiele ma to wspólnego i nie takie są rola i zadanie biskupa. a

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA