fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Konrad Szymański: Jak ocalić Ukrainę

Konrad Szymański
Fotorzepa, Robert Gardziński
Zależało nam, by przekonać do naszych racji Holendrów i ratyfikować umowę stowarzyszeniową – pisze sekretarz stanu ds. europejskich w MSZ.

W kwietniowym referendum, zorganizowanym z inicjatywy obywatelskiej, większość Holendrów opowiedziała się wyraźnie przeciwko ratyfikacji przez Królestwo Niderlandów umowy stowarzyszeniowej UE–Ukraina. Oznacza to nie tylko perspektywę upadku samej umowy, ale – w bliskiej perspektywie – także widoków na jej tymczasowe stosowanie. Trwała niezdolność do jej ratyfikacji oznacza zaś po prostu upadek najbardziej zaawansowanego instrumentu współpracy między UE a krajem Partnerstwa Wschodniego, jaki istnieje.

Francja i Niemcy nigdy nie postrzegały umowy jako czegokolwiek więcej niż sumy literalnie rozumianych zapisów dotyczących polityki handlowej i reform politycznych. Złudzenia w tej kwestii królowały tylko w Warszawie. Inne państwa są równie zdystansowane co Paryż i Londyn: Wielka Brytania zajęta jest dziś innymi problemami, a Szwedzi zwracają znacznie większą uwagę na problem ukraińskich reform i korupcji niżbyśmy chcieli.

Udany proces reform na Ukrainie jest ważny dla tego kraju bez względu na problem członkostwa w UE. Zbliżenie z Europą może przebiegać na różnych płaszczyznach politycznych i gospodarczych i członkostwo w UE nie jest tu jedynym rozwiązaniem. Szczególnie, że perspektywa członkostwa nie jest pochodną reform, ale politycznej woli każdego z państw członkowskich UE.

Od czasu rosyjskiej agresji na Ukrainę nawet ostrożna polityka sąsiedztwa UE zaczęła być postrzegana w Europie jako brawurowe igranie z geopolityczną granicą wyznaczaną czołgami przez Rosję.

Dzieje się tak mimo znanego – także w Holandii – faktu, że to właśnie odmowa podpisania umowy stowarzyszeniowej przez prezydenta Wiktora Janukowycza była zapalnikiem Majdanu, który przyniósł liczne ofiary krwi w imię europejskiego powołania Ukrainy. Granicą dla atrakcyjności tego argumentu okazuje się linia Odry.

Ochłodzenie wobec Wschodu dało się zauważyć w niemal wszystkich stolicach Zachodu już podczas pozbawionego treści szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze w roku 2015. Ciekawy jestem, jakie to „korzystne dla Ukrainy rozwiązania przeforsowaliśmy wtedy w Radzie UE", posiłkując się „wsparciem Niemiec i Francji"!?

Kaczyński winowajca?!

Nie przeszkadza to „Rzeczpospolitej" wskazywać Polskę i urzędujący od 13 miesięcy rząd PiS jako kraj odpowiedzialny za ten niekorzystny rozwój wypadków. „Polska nie ma w Brukseli partnerów" i dlatego jest dla Ukraińców „w znacznym stopniu bezużyteczna" – pisze Jędrzej Bielecki, uczciwie zaznaczając, że sami Ukraińcy o tym jeszcze nie wiedzą.

Według tej logiki można rządowi PiS przypisać w zasadzie każdy europejski kryzys i usilnie nie zauważyć fundamentalnych zmian, jakie następują w stolicach państw Unii. Zgodnie z tą logiką, gdyby nie zwycięstwo PiS w wyborach w Warszawie Francja nie przeżywałaby pokus ugody z Rosją, Wielka Brytania nie wyszłaby z UE, w Niemczech nie dyskutowano by o ograniczeniu transferów socjalnych dla obywateli UE28, a w Holendrzy witaliby ambitną politykę wschodnią UE z entuzjazmem. Obawiam się jednak, że fala protekcjonizmu na wspólnym rynku, presja na renacjonalizację budżetu UE i ograniczenie ambicji wobec otoczenia międzynarodowego UE ma w licznych stolicach UE swoje własne źródła i są one poważniejsze niż hipotetyczne wahania sympatii do kolejnych premierów i ministrów w Warszawie.

UE przeżywa liczne kryzysy, ale źródło żadnego z nich nie bije w Warszawie. Wręcz przeciwnie, Warszawa jest wymagającym, ale i konstruktywnym partnerem. Nie inaczej było przy wielotygodniowych negocjacjach nad karkołomnym planem ratunkowym dla umowy stowarzyszeniowej UE–Ukraina.

Wszyscy znaliśmy wynik referendum i naturę sprzeciwu holenderskich wyborców. Tak się złożyło, że żaden z politycznych zarzutów, jakie stawiano umowie, nie miał oparcia w jej postanowieniach. Dlatego nie trzeba było jej zmieniać. To jednak niczego nie ułatwia politycznie. Trzeba było dowieść, że zarzuty są chybione, i udzielić Holendrom stosownych gwarancji.

Decyzja podjęta przez szefów rządów odniosła się do każdego z czterech kluczowych wątków w sposób rzeczowy i skrupulatny. Wiedzieliśmy, co chcemy powiedzieć i czego powiedzieć nam przy tej okazji nie wolno.

W sprawie akcesji zrezygnowaliśmy z jałowych rozważań o „drodze do UE". Szefowie rządów stwierdzili w swej decyzji jedynie oczywisty fakt, że umowa nie przyznaje statusu kandydackiego ani nie stwarza obowiązku przyznania takiego statusu Ukrainie w przyszłości. Tekst – także za sprawą polskich wysiłków – ma charakter ściśle prawny, nie zmienia ani na jotę rygorów traktatowych akcesji do UE ani w jedną, ani w drugą stronę. Po wejściu w życie decyzji sprawa ukraińskiej akcesji będzie dokładnie w tym samym punkcie, gdzie była dotąd, czyli z silnym oparciem w traktatach, ale poza polityczną agendą w UE. Decyzja nie otwiera tej drogi ani jej nie zamyka, ponieważ polityka sąsiedzka jest w pełni niezależna od procesu akcesji. A ta ostatnia rządzi się zasadą jednomyślnej zgody państw członkowskich.

Szanse dla umowy

Umowa nie otwiera rynku pracy, ale nie przesądza o polityce migracyjnej i rynku pracy państw członkowskich. Umowa nie stanowi kolektywnych gwarancji bezpieczeństwa, ale nie ogranicza współpracy w zakresie polityki bezpieczeństwa. Umowa nie stwarza wreszcie nowych zobowiązań budżetowych państw członkowskich, ale nie ogranicza wsparcia dla reform ze strony budżetu UE oraz tych państw, które tego chcą.

Przy wielkim zaangażowaniu rządu premiera Marka Rutte, na trzy miesiące przed bardzo trudnymi dla projektu europejskiego wyborami w Holandii, stworzyliśmy razem sporą szansę na uratowanie umowy stowarzyszeniowej UE–Ukraina, która jest najbardziej zaawansowaną formą współpracy między Europą a Ukrainą na dziś.

Osłabianie tego planu dla własnej retorycznej wygody byłoby dowodem nieodpowiedzialności wobec perspektywy, która jest realna. Dobre wykorzystanie możliwości, jakie stwarza umowa przez stronę europejską i ukraińską, daje szanse na przesunięcie ukraińskiej gospodarki i handlu na Zachód. Daje szanse na wsparcie dla reform i tym samym utrzymanie oporu przed geopolitycznym naciskiem w regionie. Nie stanie się to automatycznie, ale jakikolwiek nieprzemyślany ruch w tej sprawie w czasie ostatniego szczytu RE pogrzebałby sprawę jakiegokolwiek zbliżenia Ukrainy do Europy na lata. Dlatego premier Beata Szydło została do końca przy stole negocjacyjnym w sprawie Ukrainy, ale go nie przewróciła.

W konkluzjach Rada Europejska potwierdza przywiązanie do prawa międzynarodowego i integralności terytorialnej Ukrainy, a także wskazuje na geopolityczną wagę współpracy regionalnej. Konkluzje wspierają proces znoszenia wiz dla Ukraińców. Przy tej samej okazji przedłużyliśmy sankcje wobec Rosji. W samej decyzji mowa jest o bliskich i trwałych stosunkach Ukrainy z UE. Sama decyzja jest wprost osadzona w regułach traktatowych UE, a więc także tych, które dotyczą rozszerzenia, ale warto pamiętać, że temat ten dziś nie stoi na agendzie UE. Jest tak od lat, nie od zeszłego czwartku. Przypomnę, że mamy dziś na europejskiej agendzie raczej zawężenie (Brexit) niż rozszerzenie.

Dziś jest za to czas na budowanie na Ukrainie sprawnego państwa, więzów społecznych z Zachodem i wydolnej gospodarki. W tej sprawie umowa stowarzyszeniowa stwarza wymierne szanse.

To będzie trudna droga, którą Ukraina przebywa w skrajnie niekorzystnych warunkach. Polska przypomina o tym czasem zbyt wymagającym europejskim partnerom. Jednak upadek tej umowy oznaczałby prawdziwy cios dla tych procesów na długie lata. Negocjowano ją siedem lat w czasach, które dziś wydają się w Europie sielanką. Żadne barwne porównania do statusu Peru ani poruszające prometejskie uniesienia tego nie zmienią.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA