fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Roman Kuźniar: Porządek nie zabija

Fotorzepa, Radek Pasterski
Wojny toczą konkretne państwa, a zbrodnie popełniają konkretni ludzie lub rządy – pisze były doradca prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Upadek Aleppo po długotrwałym oblężeniu, śmierć tysięcy niewinnych cywilów, zniszczenia zadane temu starożytnemu miastu stały się pretekstem do oskarżeń wobec porządku międzynarodowego. W wielu komentarzach to właśnie porządek jest obwiniany o ten wyjątkowy dramat. Znowu słyszymy i czytamy, że zarówno porządek, jak i społeczność międzynarodowa to fikcja, co gorsza, bezczynna, obojętna, a to już ociera się o absurd.

Do autorów tego lamentu dołączył ostatnio historyk idei Marek Cichocki. On i pozostali z tej szkoły nie chcą zauważyć, że nikt, to znaczy my, państwa, nie wyposażyliśmy naszego porządku w narzędzia skutecznego działania w takich sytuacjach. Owszem, dzisiejszy porządek jest o niebo lepszy od niegdysiejszego chaosu w postaci wojny wszystkich przeciw wszystkim, ale to jeszcze nie porządek porównywalny z państwem. Ale nawet gdyby użyć tego porównania, to przecież mamy w porządku wewnątrz-państwowym kodeks karny, policję, sądy i ... pełne więzienia. Czyli tych, którzy naruszają prawo i popełniają zbrodnie. Czy mówimy wtedy, że prawo jest fikcją lub obwiniamy wymiar sprawiedliwości?

W życiu międzynarodowym mamy prawo i nawet, choć w bardzo ograniczonym stopniu, pewne organy i sądownictwo. Ale nie ma narzędzi egzekucji prawa, nie ma żadnej nadrzędnej władzy. Nie należy więc szukać w porządku międzynarodowym tego, czego tam nie umieściliśmy. Kto pójdzie na wojnę z mocarstwem, gdy zamierza ono dokonać agresji na Irak lub Ukrainę?

To nie porządek bombarduje czy morduje. Wojny toczą konkretne państwa, a zbrodnie popełniają konkretni ludzie lub rządy. To jest ich odpowiedzialność. Społeczność międzynarodowa robi dziś więcej niż kiedykolwiek w przeszłości, aby powstrzymać przemoc, aby ulżyć niedoli ofiar. Zresztą, owa społeczność, to przede wszystkim Zachód, głównie Europa. Walczący najczęściej robią wszystko, aby społeczności międzynarodowej uniemożliwić niesienie pomocy, aby nie mogła powstrzymać konfliktu. Dopiero jak się wykrwawią, dają jej szansę.

Coraz częściej czytamy, że dramatowi Aleppo winien jest Barack Obama, bo nie bombardował Baszara Asada, gdy obiecał. Tak, obiecał, ale nie mógł, bo Obama to na szczęście nie Putin. Niepotrzebnie obiecał. Ale gdy miał bombardować, wiedział, że rezultatem będzie Libia do kwadratu, a nawet więcej. Obama dał się namówić Francuzom i Anglikom do wyprawy przeciwko Kadafiemu. Uczynił to niechętnie, ale zrozumiał lekcję. Wszak Libia stała się wzorcowym państwem upadłym, w którym nadal trwają walki i giną ludzie, w którym nie działają żadne służby państwowe od szpitali i szkół po bezpieczeństwo wewnętrzne. Obama nie chciał powtórki na nieporównanie większą skalę.

Problem Syrii polegał na tym, że gdy stosunkowo szybko okazało się, że Asada nie da się obalić, należało szukać pokoju, a nie dążyć do zwycięstwa. Było inaczej. Wszystkie strony dążyły do absolutnego zwycięstwa: rebelianci, „Państwo Islamskie", Arabia Saudyjska, Katar, Turcja, Francja. Zachód i niektóre państwa arabskie chciały za wszelką cenę usunąć Asada. Więc dzisiaj mamy w Syrii i Asada, i Putina.

W każdej z takich sytuacji nie trzeba szukać winnych w abstrakcjach. Zło jest w nas, w ludziach, w polityce, w żądzy władzy, a nie w porządku międzynarodowym.

Autor jest politologiem, profesorem nauk humanistycznych, dyplomatą. Od 2010 do 2015 roku był doradcą prezydenta RP Bronisława Komorowskiego ds. międzynarodowych

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA