fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Słuchanie ludzi to jeszcze nie dialog

Adobe Stock
W obecnej sytuacji politycznej szczególnej roli nabiera dialog społeczny, jedyna forma rozmowy z rządzącymi, jaka pozostała – pisze ekspert do spraw przedsiębiorczości i gospodarki Wojciech Warski.

Za Wikipedią: „Przyczyną rozbiorów [Polski] był ustrojowy paraliż i niezdolność kraju do reform (…) Mimo znacznego potencjału gospodarczego (…) podejmowane próby reform i likwidacji podziałów społecznych w myśl idei oświeceniowych upadły”. Tak przed 224 laty upadła I Rzeczpospolita, kontynuatorka Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Partykularne interesy wpływowej koterii targowickiej stały ponad interesem narodowym, a społeczeństwo tkwiło w fatalnym podziale na ludzi oświeconych, zachowawczą magnaterię z duchowieństwem i bierny lud.

Dziś jesteśmy na drodze do powtórki tamtego schematu. Polska ma od 1989 roku swój geopolitycznie najlepszy czas od kilkuset lat, a mimo to, mimo świetnego wzrostu gospodarczego, wszechobecnej retoryki niepodległościowej i godnościowej, rysuje się na horyzoncie groźba co najmniej marginalizacji naszego kraju. Jest ona spowodowana dalece niewystarczającą poprawą jakości życia, która stale przegrywa z otoczeniem zachodnim, brakiem troski o przyszłe pokolenia, faktem jest też radykalizacja grup interesów w społeczeństwie, walczących o swoje racje jako odmienne „plemiona”. Jedyna szansa na wykorzystanie obecnej szansy dziejowej tkwi w ponownym sklejeniu społeczeństwa i odbudowie tego, czego – mimo wysiłków wielu światłych osób – nie udało się dotychczas stworzyć w III Rzeczpospolitej: społeczeństwa obywatelskiego.

Pojęcie społeczeństwa obywatelskiego pozostawało obce i nieznane w ponurych latach PRL-u i tym bardziej należy je odkurzyć. To jest relatywnie niskokosztowa droga do budowy mocnego i niezależnego państwa, silnego wewnętrznym spoiwem zaangażowania społecznego. Państwa, w którym Polacy będą odczuwać wspólnotę losu ze swoim krajem, w którym nie ma miejsca na marsze nacjonalistów, niepotrzebne są marsze obrony LGBT czy ostentacyjna obrona Kościoła. W takim społeczeństwie problemy rozstrzygane są prawdziwie demokratycznie, na drodze ścierania się opinii prezentowanych przez niezależne organizacje i społeczności, think-tanki i partie polityczne. Państwo, jego wszelkie organy i środki przekazu,  jest patronem i organizatorem tego życia publicznego, konsumowanego w postaci mądrego i wyważonego prawodawstwa Sejmu, rzetelnie kontrolowanego przez Senat, z poszanowaniem zdań odmiennych i innych światopoglądów.

Róbmy swoje

Utopia? W obecnym stanie „państwa teoretycznego” - oczywiście tak. Upadek III Rzeczpospolitej wyraża się w tym właśnie, że żaden z organów naczelnych państwa, ani żadna myśl państwowa, nie były w ćwierćwieczu po 1989 roku szczególnie mocno zaangażowane w budowę społeczeństwa obywatelskiego, a już w żadnym razie nie można tego powiedzieć o obecnie rządzących. Podstawowe narzędzie komunikacji w takim społeczeństwie – dialog – jest pojęciem albo dogorywającym i prawie nieistniejącym (dialog obywatelski), albo wykorzystywanym czysto fasadowo i instrumentalnie (dialog społeczny).

Nikt nie ma wątpliwości, że zawłaszczenie radia i telewizji publicznych, uczynienie z programów informacyjnych prymitywnych tub propagandowych rządzących, jest zaprzeczeniem idei dialogu. Za to ma bardzo znaczący wpływ na utrzymanie władzy. W sytuacji, gdy 1/3 populacji Polski nie ma bezpłatnego dostępu do kanałów telewizji prywatnych i jest skazana na słuchanie tylko rządowej telewizji, wspartej przekazem radiomaryjnym, nie dziwi „teflonowość” rządzącego PiS w kolejnych aferach i łamaniu praworządności, nie dziwi też skuteczność w szkalowaniu opozycji i budowaniu alternatywnej rzeczywistości w opisie zjawisk gospodarczych i społecznych.

Ukradzenie społeczeństwu mediów publicznych stanie się istotnym czynnikiem przyszłego upadku państwa. Brak rzetelnego przekazu sprawia, że społeczeństwo polskie poddane jest bezwzględnej indoktrynacji, służącej ukształtowaniu „swoich elit”. W partyjno-państwowej „prawdzie” żyje zbyt wielu Polaków i nie można mieć do nich pretensji, że rzekoma skuteczność działania obecnej władzy budzi ich uznanie, a rzekome przekręty dawniej rządzących są uznane za fakt bezsporny i przyjęte jako karygodne ograbienie społeczeństwa.

Cel utrzymania władzy za wszelką cenę powoduje też oczywistą niechęć obecnie rządzących wobec jakichkolwiek nawiązań do społeczeństwa obywatelskiego. To, co z mizernym efektem udało się uprzednio stworzyć, jest obecnie marginalizowane i usuwane z życia publicznego przez układ rządzący. Jak to się robi? Proste, wystarczy eliminować z obiegu publicznego opinie organizacji pozarządowych (NGO) niekontrolowanych przez władze, wycofać dla nich dotacje celowe, wspierać tylko te fasadowe i angażujące się w popieranie rządzących, tworzyć „dyskusję” publiczną wyłącznie w ich gronie i na ich rzecz - i już! Dlatego obecnie walczy o przetrwanie bardzo zasłużony „Kongres Obywatelski” (nie mający nic wspólnego z partią o podobnej nazwie), ignorowane są opinie think-tanków takich jak Instytut Studiów Strategicznych czy Fundacja Przyjazny Kraj, za to animowane są imprezy organizowane wśród „samych swoich”. O faktycznym wykorzystywaniu dorobku opiniotwórczych zespołów badawczych działających niezależnie nie ma oczywiście mowy, bo po pierwsze, nie są „swoje” , a po drugie – tworzą opracowania i opinie rzadko zgodne z jedynie słuszną linią rządu.

W istniejącej rzeczywistości rodzi się więc pytanie, w jaki sposób społeczeństwo może jeszcze faktycznie wpływać na bieg wydarzeń i swój los? Sposób podstawowy, ale możliwy do wykorzystania tylko raz na cztery lata i to przez już zmanipulowany vox populi  - to wybory. Właśnie mamy je za sobą. Na co dzień pozostaje nam hasło „róbmy swoje” i uparte formułowanie, propagowanie opinii niezależnych tak długo, jak długo nie otrząśnie się szeroka opinia publiczna, lub (oby była to tylko kasandryczna wizja) elity je formułujące nie zostaną zdławione przez aparat państwowy. Dialog obywatelski jest dziś zmarginalizowany, ale nie martwy.

Tak zwane konsultacje

W tej sytuacji szczególnej roli nabiera mozolnie prowadzony dialog społeczny, bo to jedyna forma dialogu, jaka jeszcze pozostała na co dzień z rządzącymi. Dialog społeczny to coś gruntownie innego niż dialog obywatelski, skupia się na innym katalogu spraw i toczony jest przez inne podmioty. Fakt jego prowadzenia nie jest oczywiście altruistycznym wyrazem dobrej woli rządzących, lecz wymuszony jest na szczęście ustawowo, a co ważniejsze – uczestnikami tego dialogu nie są słabe i rozproszone organizacje pozarządowe, ale reprezentatywne związki zawodowe i organizacje pracodawców. Z tą siłą społeczną każdy rząd, nawet najbardziej zadufany w swoich rewolucyjnych racjach, musi się trochę liczyć.

W tej sytuacji dialog społeczny, toczony na forum Rady Dialogu Społecznego (RDS), obarczony jest szczególną odpowiedzialnością. Zapisy ustawy o RDS (art.4 ust.1) uprawniają każdą ze stron Rady do „…wniesienia pod obrady Rady sprawy o dużym znaczeniu społecznym lub gospodarczym, jeżeli uzna, że jej rozwiązanie jest istotne dla zachowania pokoju społecznego, rozwoju społeczno-gospodarczego i wzrostu dobrobytu, zwiększenia konkurencyjności polskiej gospodarki oraz spójności społecznej”. Ten szeroki katalog spraw był dotychczas słabo wykorzystywany, również dlatego, że najbardziej kontrowersyjne ustawy pomijają konsultacje społeczne i zgłaszane są jako projekty poselskie lub tempo tzw. konsultacji nie dawały szans na reakcję. Problem więc w tym jak sprawić, by dialog społeczny miał chociaż cień efektywności i nie był tylko „puszczaniem pary w gwizdek”.

Najnowsze doświadczenia nie są w tej materii budujące i stanowią wręcz krok wstecz wobec kiepskich dokonań poprzedniczki, Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych. Ustawa o RDS nie daje obecnie narzędzi efektywnego działania. Pisała o tym na łamach „Rzeczpospolitej” była przewodnicząca RDS Henryka Bochniarz i szef Business Centre Club Marek Goliszewski, nie raz w tym duchu przemawiał śp. Jan Guz, szef Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych.

Kuriozalne projekty

Koniecznością staje się nadanie RDS nowego impetu w roli poszerzonej o tematy rozwoju społeczno-gospodarczego i spójności społecznej. To wymaga chęci twórczej aktywności ze strony społecznej, relatywnie niewielkich dodatkowych pieniędzy oraz zmian w ustawie o RDS. Przede wszystkim musi zostać zniesiony obowiązek uzyskania od strony rządowej akceptacji stanowisk, które jej dotyczą. Nie można być sędzią w swojej sprawie i dlatego stanowiska strony społecznej muszą zyskać rangę równą dotychczasowym stanowiskom trzech stron. Dla wszelkich stanowisk wyrażanych przez RDS winien istnieć ustawowy obowiązek udzielenia merytorycznej odpowiedzi od właściwego resortu. W żadnych sprawach, nawet organizacyjnych, nie może obowiązywać ścisły konsensus; już teraz w takich sytuacjach sprawdza się zasada "głosowania stronami". Niech miarą oczekiwanej efektywności będzie to, że dotychczas udawało się regularnie stronie społecznej osiągać porozumienie w wielu wspólnych wystąpieniach do strony rządowej np. w kilkunastu konstruktywnie krytycznych stanowiskach dotyczących rozwiązań dla systemu ochrony zdrowia, czy skuteczna krytyka projektu kuriozalnej ustawy „O jawności życia publicznego”.

Działalność RDS pozostaje dla społeczeństwa praktycznie nieznana i nie dzieje się to przypadkiem. Również RDS została odcięta od dostępu do publicznych radia i telewizji, nie ma możliwości ani informować o swoich pracach i problemach, ani toczyć debat i dyskusji. Jest nieomal pewne, że z natury rzeczy trudny do ocenzurowania charakter takich debat nie mieści się w kanonie informacyjnym telewizji p.Kurskiego – a więc nie ma ich w ogóle. To autentyczny skandal i faktyczna działalność antypaństwowa. To musi ulec zauważalnej zmianie.

Nie tylko mieć więcej

W rzeczywistości wykreowanej przez obecnie rządzących wymuszana jest więc nowa rola organizacji biorących udział w dialogu społecznym. To już nie jest tylko kwestia obrony wąskich interesów klanowych pracujących lub przedsiębiorców, dotychczas na ogół przeciwstawnych. To jest z konieczności obowiązek formułowania i wywierania presji na rządzących dla rozwiązań propaństwowych i prospołecznych. Wobec skończonej wielkości zasobów finansowych, ważna staje się dyskusja,  czy społeczeństwo ma otrzymać kolejną porcję „kasy wyborczej” czy może jednak za te same miliardy lepszą edukację i służbę zdrowia? Jak tworzyć rozwiązania podatkowe i emerytalne, zachęcające do podejmowania pracy przez młodzież i „młodych emerytów”? Albo jak przebudować system pomocy społecznej, by był spójny, sprawiedliwy i nie marnotrawny?  Jest konieczne, by RDS przyjęła rolę organizacji uczestniczącej w merytorycznym tworzeniu zrębów „lepszego państwa” i scalaniu społeczeństwa.

Tę nową rolę dialogu społecznego widać było wyraźnie podczas strajku nauczycieli, gdy strona pracodawców pełniła rolę nieformalnego rozjemcy i wsparcia dla toczonych trudnych rozmów. Podobną odpowiedzialność pokazały negocjacje prawa zamówień publicznych, np. zgodnie punktujące na rzecz zatrudniania etatowego przez firmy. Rodzi się więc z trudem i w ograniczonym na razie zakresie współdziałanie związków zawodowych i organizacji pracodawców w RDS. Nic nie jest tu przesądzone, również w  tym gronie są akolici Władzy, ale odczuwalne jest zrozumienie przez większość członków RDS konieczności wspólnych działań, takich jak obrona przed totalną inwigilacją i fiskalizmem, w formułowaniu rozumnej polityki zdrowotnej, edukacyjnej, energetycznej i w wielu innych obszarach życiowo ważnych dla społeczeństwa. Stajki nie są skierowane już tylko na „mieć więcej”; to również oczekiwanie racjonalności i sprawności struktur i agend państwa. Rośnie zrozumienie, że naszym dzieciom i wnukom nie możemy zostawić zdewastowanej ziemi i ponownie upaństwowionej gospodarki.

Inny jest też dziś klimat w organizacjach pracodawców. Ich członkowie to w znakomitej większości klasa średnia, ludzie lepiej niż przeciętna wykształceni i poinformowani. Świadomość silnego wpływu emocji społecznych na świat gospodarki i klimat pracy w firmach każe im interesować się wszystkim, co formuje otoczenie, w którym funkcjonują. Dlatego czas pustego epatowania udziałem Władzy w galach i kongresach minął. To jest ważny wyróżnik i trend, który jeszcze nie dla wszystkich - nawet w organizacjach pracodawców - jest oczywisty.

Rządzący pozorują dialog ze społeczeństwem poprzez wiece i „słuchanie wyborców”. W ich rękach spoczywa jednak wielka odpowiedzialność za uruchomienie faktycznego dialogu ze społeczeństwem, w każdym rozumieniu tego słowa wskazanym w tym artykule. W pozytywnej decyzji politycznej w tej kwestii leży klucz do długoterminowego rozwoju kraju i uniknięcia „wariantu wschodniego” w naszej przyszłej historii. Nikt rządzących z tej dziejowej odpowiedzialności nie zwolni.

Dr Wojciech Warski jest przedsiębiorcą, w latach 2011–2019 był wiceprzewodniczącym Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych oraz Rady Dialogu Społecznego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA